piątek, 20 czerwca 2014

Prolog

                   Mieliście kiedyś wrażenie, że świat wali się wam pod nogami? Że jedna głupia decyzja, obraca wszystkie wasze plany i marzenia w proch, z którego nigdy nie powstanie? Że wasze życie skończyło się zanim jeszcze na dobre się zaczęło? Cóż... ja tak.
                   W życiu podejmowałem wiele decyzji. Czasem tych lepszych, niekiedy tych gorszych. Zawsze jednak umiałem poradzić sobie z ich konsekwencjami i w końcu wyjść na prostą, lecz tym razem nie miałem na to nawet najmniejszych nadziei. Może dlatego, że w tym przypadku tak naprawdę niewiele zależało ode mnie? Bardzo możliwe. Mimo wszystko, gdybym tylko nie działał w afekcie, gdybym tylko utrzymał swoje uczucia na wodzy, lub zwyczajnie pomyślał, może wszystko potoczyłoby się inaczej? Może nie tkwiłbym teraz w tym martwym punkcie. W tej ślepej uliczce, z której nie mogę znaleźć drogi powrotnej.
                   Możliwe też, że zwyczajnie się nad sobą użalam. Przecież to nie tak, że moja dziewczyna zdradziła mnie z moim najlepszym przyjacielem. Nie, żebym był na tyle głupi, by pobić go do nieprzytomności na terenie kampusu naszej uczelni. Nikt nie powiedział również, że po wyjściu ze szpitala, pozwał mnie i zobowiązał do wypłacenia mu odszkodowania w wysokości wszystkich moich oszczędności. Nie zostałem też przez to wydalony z uniwersytetu, co to to nie. A to, że chcąc utopić smutki w alkoholu, piłem aż do rana, po czym zostałem dyscyplinarnie zwolniony za stawienie się w miejscu pracy w stanie nietrzeźwym, to wierutna bzdura...
                   Dobra, macie mnie, tak właśnie było. Nie wiem tylko kogo starałem się oszukać bardziej. Was, czy samego siebie. Może po prostu nie chciałem dopuścić tego do świadomości? Sądzę, że nie byłem jeszcze gotów, by stanąć przed lustrem i patrząc sobie w oczy powiedzieć "Mam na imię Louis i moje życie właśnie się skończyło". Przyznaję, że czasem dramatyzuję, lecz uwierzcie mi, że nie tym razem. Zostałem sam. Bez wykształcenia, pracy i pieniędzy, w mieszkaniu, w którego skrzynce znalazłem wniosek nakazujący mi eksmisję w trybie natychmiastowym, z powodu zaległości w regulowaniu należności właścicielowi wynajmowanego lokum, w postaci czynszu.
                   Kiedyś miałem dziewczynę i przyjaciół, u których mógłbym się zatrzymać. Jednak wystarczyło tak niewiele, bym przekonał się iż nie są oni ludźmi, za których niegdyś ich uważałem. Zawsze starałem się być w porządku. Nie wiem czym zasłużyłem sobie na to co spotkało mnie z ich strony... Doszedłem jednak do wniosku, że świat jest po prostu niesprawiedliwy i ma ze mną na pieńku, bo nie oszukujmy się, nigdy nie byłem urodzony w czepku. Lecz tym razem, wiedz, że trochę przegiąłeś, losie. Trzeba znać granice.
                   Szczerze mówiąc nie było mi przykro, gdy zapinałem suwak mojej ostatniej, spakowanej torby. Nie było niczego co dłużej trzymałoby mnie w Manchesterze. Nic za czym mógłbym tęsknić. Owszem, miałem stąd blisko do mojego rodzinnego domu, lecz nieczęsto korzystałem z tego przywileju. Z rodzicami nigdy nie dogadywałem się zbyt dobrze. Natomiast miny mojej matki i słów ojca, gdy dowiedzieli się, że wyleciałem ze studiów, nie zapomnę do końca życia. Jakkolwiek okropnie to nie zabrzmi, kocham moje cztery młodsze siostry, jednak częściej szargały one moje nerwy, niż wzbudzały we mnie czułość. Kiedyś jedna z nich, Daisy, powiedziała mi, że jestem najgorszym, starszym bratem na świecie. Czemu do dziś mam wrażenie, że mówiła prawdę?
                   Westchnąwszy głęboko, udałem się na przedpokój, gdzie wsunąłem na stopy moją ulubioną parę butów. Ramiona okryłem ciepłą, bordową bluzą, po czym zarzuciłem na nie dwie, dość ciężkie torby podróżne. Z kamienną twarzą, ruszyłem w stronę drzwi, lecz w ostatniej chwili, odwróciłem się na pięcie, podążając w kierunku lustra, wiszącego na jednej ze ścian. Widniało na nim kilka plam i zacieków oraz niewielka warstwa kurzu, jednak zignorowałem to, studiując uważnym wzrokiem swoje odbicie. Moja grzywka jak zwykle tworzyła artystyczny nieład, a niezdrowo blada twarz sprawiała wrażenie nieco zmęczonej. W końcu złapałem spojrzenie swoich niebieskich tęczówek i zbierając się w sobie, odważyłem się otworzyć usta.
-Mam na imię Louis i moje życie właśnie się skończyło - burknąłem, choć odbicie zdawało się być niezainteresowane. - Dlatego zamierzam rozpocząć je od nowa - dodałem przekonany o słuszności swoich słów, po czym ponownie ruszyłem w stronę drzwi.
                   Upewniwszy się iż każdy zamek jest zamknięty na wszystkie spusty, schowałem klucz pod wycieraczkę i opuściłem klatkę schodową. Pod kamienicą czekał na mnie zaparkowany samochód mojego kumpla, który niestety w trakcie mojej podróży będę musiał zwrócić mu w jego rodzinnym mieście. Wrzuciwszy torby do bagażnika, usiadłem za kierownicą. Poprawiając wsteczne lusterko, przekręciłem kluczyk w stacyjce, tym samym uruchamiając silnik.
                   Zanim się obejrzałem, upłynęła godzina od mojego wyjazdu. Natomiast przekreślony znak z napisem Manchester minąłem już dawno temu. O ile się nie myliłem, w chwili obecnej znajdowałem się w Holmes Chapel w Cheshire. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie słyszałem o tym mieście. Uświadomiłem sobie jednak iż przez najbliższy miesiąc zwiedzę całą masę miejsc, których brak na mapach nie robi nikomu większej różnicy.
                   Chcąc mieć to z głowy, zatrzymałem się w (o ile można było to tak nazwać) centrum czegoś, co szczerze mówiąc bardziej zasługiwało na miano wsi, by za ostatnie oszczędności zrobić zapasy na drogę. Rozmyślając o trasie jaką powinienem przebyć w najbliższym czasie, nieświadomie cały czas pomijałem jeden przystanek. Zdając sobie jednak sprawę z jego wagi, plułem sobie w brodę. Kto bowiem nie bierze mapy w miesięczną podróż z Manchesteru do Paryża, na miłość Boską?!
                   Straciłem już nadzieję, że kiedykolwiek sobie przypomnę, gdy nagle niczym spod ziemi wyrósł całkiem wysoki dzieciak o burzy, kasztanowych loków. Podążał niezgrabnie na swoich długich, szczupłych nogach, trzymając się kurczowo ramion plecaka spoczywającego na jego plecach. Nie mając nic do stracenia, wyskoczyłem z samochodu, biegnąc w jego stronę.
-Cześć - wypaliłem, zagradzając mu drogę.
-Dzień dobry - odparł dość niepewnie, uspokajając oddech po niegroźnym zawale, którego doznał na mój widok.
-Spokojnie mały, nie patrz tak na mnie, nie zrobię ci krzywdy - zaśmiałem się sympatycznie, by nieco go rozluźnić.
-Przepraszam, po prostu trochę mnie pan zaskoczył - odchrząknął, niezręcznie drapiąc się po karku.
-To ja przepraszam. Niecodziennie zaczepiam nastolatków na ulicy i chyba zwyczajnie nie mam w tym wprawy - rzuciłem, wzruszając ramionami.
-Nie szkodzi, proszę pana, lubię poznawać nowych ludzi - odparł z szerokim uśmiechem, ukazując w ten sposób dołeczki w policzkach oraz rządek śnieżnobiałych zębów.
-Um okej... ale nie mów do mnie proszę pana. Mam dopiero dwadzieścia lat, a to sprawia, że czuję się staro - skrzywiłem się lekko.
-Więc jak mam się do ciebie zwracać? - spytał nieco zmieszany.
-Wystarczy Louis - odparłem.
-W takim razie miło cię poznać Louis. Ja mam na imię Harry - posłał mi kolejny, promienny uśmiech, którego zwyczajnie nie mogłem nie odwzajemnić.
-Ładnie - rzuciłem.
-Dziękuję. Jaki jest twój ulubiony kolor? - wypalił z głupkowatym wyrazem twarzy.
-Słucham? - ściągnąłem brwi w konsternacji.
-Spytałem jaki jest twój ulubiony kolor? - powtórzył niezrażony.
-Wiem, słyszałem za pierwszym razem, ale... czemu? - dopytywałem, nie wiedząc dokąd chłopiec zmierza.
-Ponieważ zaraz po imieniu to jedna z najważniejszych informacji, gdy chce się kogoś poznać - ton jego głosu brzmiał zupełnie jakby była to najoczywistsza rzecz pod słońcem.
-Jesteś dziwny - wyrwało mi się niezbyt uprzejmie.
-Jednak nie umniejsza to wagi mojego pytania - skrzyżował ramiona na piersi, domagając się odpowiedzi.
-Daj spokój - prychnąłem, śmiejąc się pod nosem.
-Okej. W takim razie, który pokemon jest twoim ulubionym? - jego wargi ponownie wykrzywiły się w szerokim uśmiechu.
-Co z tobą jest nie tak? - pokręciłem głową z dezaprobatą, żałując decyzji o zaczepieniu akurat tego dzieciaka.
-Czuję się w porządku, ale dziękuję, że pytasz, to miłe - odparł wesoło, nie wyczuwając w moich słowach ni krzty ironii.
-Mhmm... słuchaj mały, nie wracasz przypadkiem ze szkoły? - westchnąłem, przechodząc do rzeczy.
-Wracam. Dostałem dziś B ze sprawdzianu z algebry - pochwalił się z dumnym wyrazem twarzy.
-Gratuluję. A miałeś dziś może geografię? - zagaiłem.
-Tak! Skąd wiedziałeś?! - zawołał łapiąc się za głowę, zupełnie jakbym właśnie wyciągnął królika z pustego cylindra.
-Tak tylko strzelałem. Czy to znaczy, że masz przy sobie atlas? - ciągnąłem, nie zważając na jego absurdalne zachowanie.
-Oczywiście, pani Austin zawsze stawia F gdy się go nie ma, a ja nie lubię dostawać F - wydął dolną wargę.
-Oh. A mógłbym go na chwilę zobaczyć? - poprosiłem.
-Jasne, proszę bardzo - powiedział podając mi atlas, uprzednio wyciągając go z granatowego plecaka.
-Dzięki - burknąłem pod nosem, otwierając go na spisie treści.
-Sam ozdobiłem okładkę - pochwalił się, z powrotem zamykając książkę, z moją dłonią pomiędzy stronami.
-Jest... ładna - odchrząknąłem niezręcznie, studiując wzrokiem kolorowe szlaczki i napisy, widniejące na okładce. Gdyby nie to, że Loczek był prawie o pół głowy wyższy ode mnie, nie dałbym mu więcej niżeli jedenaście lat.
-Dziękuję - odparł z szerokim uśmiechem, stając obok mnie, by mieć lepszy widok na mapy. - Czego szukasz? - spytał układając głowę na moim ramieniu, zupełnie jakbyśmy znali się od lat. W tamtym momencie począłem zastanawiać się co się stało z organizowanymi w szkole akcjami typu "nie rozmawiaj z nieznajomym, nawet gdy oferuje ci cukierki". O ile jeszcze takie organizowano, brunet musiał je przespać lub spędzić w swoim kolorowym świecie pokemonów.
-Najkrótszej drogi nad morze - rzuciłem od niechcenia.
-Jedziesz nad morze? Ty to masz szczęście! Też zawsze chciałem pojechać nad morze! - powiedział chłopak, mocniej wtulając się w mój bok.
-Aha - burknąłem pod nosem, nieco zwiększając dystans między nami.
-Będziesz się opalać i robić zamki z piasku, jak ludzie w filmach? - zawołał pełen entuzjazmu.
-Niekoniecznie - rzuciłem nie odrywając wzroku od mapy.
-Czemu? W telewizji wyglądało to zabawnie - zdziwił się.
-Może dlatego, że ja wcale nie jadę nad morze? - westchnąłem zniecierpliwiony.
-Jak to? Przecież mówiłeś, że... - zaczął, jednak wszedłem mu w słowo.
-Po prostu wsiadam tam na prom - uprzedziłem jego pytanie, odpowiadając na nie.
-Oh... - tchnął, nieco zmieszany. - A co to prom? - w momencie, gdy zadał to pytanie, ponownie począłem kwestionować jego wiek.
-Statek - wyjaśniłem.
-Naprawdę? Będziesz płynąć statkiem? To też zawsze chciałem zrobić! - słowo daję, że jego uśmiech byłby w stanie rozświetlić każdy mrok.
-Fajnie - mruknąłem, wciąż śledząc trasę na mapie.
-A gdzie płyniesz? - dopytywał.
-Do Francji, a z portu planuję dostać się do Paryża - rzuciłem od niechcenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast okrzyku ekscytacji, odpowiedziała mi cisza. Zaskoczony uniosłem wzrok, utkwiwszy go w twarzy chłopca. Przeszedł przez nią pewnego rodzaju cień, natomiast jego prawa powieka drgnęła lekko. Zielone oczy Loczka przybrały intensywny szmaragdowy odcień, a źrenice urosły do niebotycznych rozmiarów.
-O mój Boże, zobaczysz Wieżę Eiffla! - zawołał w końcu, pełen entuzjazmu.
-Tak, najprawdopodobniej - odparłem niepewnie, zastanawiając się co było powodem jego pierwszorzędnej reakcji.
-Mogę jechać z tobą? - spytał nagle, na co ja zaniosłem się śmiechem.
-Żartujesz, prawda? - uspokoiłem się nieco, widząc poważny wyraz jego twarzy.
-Nie. Zawsze chciałem zobaczyć Paryż - odparł posyłając mi lekki uśmiech.
-I naprawdę myślisz, że zabiorę ze sobą za granicę chłopca, o którym wiem tylko tyle, że na na imię Henry i ma w czwartki geografię? - prychnąłem, unosząc jedną brew.
-Mam na imię Harry i gdybyś tylko nie zmienił tematu, wiedziałbyś również jaki jest mój ulubiony kolor i pokemon - wydął dolną wargę.
-Nadal za mało. Przykro mi mały. Ale dziękuję za atlas - zaśmiałem się, wręczając mu go z powrotem.
-Ale... - zaczął, chowając książkę do plecaka, jednak ja jedynie odwróciłem się na pięcie, ruszając z powrotem do samochodu.
-Nie odchodź, gdy ze mną rozmawiasz, to niegrzeczne - oburzył się, dorównując mi kroku.
-Przepraszam, trochę mi się spieszy - rzuciłem przez ramię, otwierając drzwi auta, na którego siedzeniu leżał mój portfel.
-Czyli nie mogę jechać z tobą? - jęknął zawiedziony.
-Oczywiście, że nie. Idź lepiej spytać jakiegoś pokemona jaki jest jego ulubiony kolor - prychnąłem sarkastycznie, po czym zamknąłem drzwi auta.
                   Minąwszy obojętnie kędzierzawego chłopca o smutnych, zielonych oczach udałem się do najbliższego sklepu. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na wydanie zbyt wielu pieniędzy, więc wyszedłem z niego po upływie niespełna dziesięciu minut. Zatrzymawszy się przy samochodzie z ulgą dostrzegłem iż Loczek sobie odpuścił. Szczerze mówiąc pewien byłem iż jest on jedną z tych osób, które przyczepiają się do człowieka jak rzep do psiego ogona. Poza tym... co z nim do jasnej cholery było nie tak? Jaki nastolatek wypytuje ludzi o ich ulubione kolory i pokemony i prosi nieznajomych o podwózkę do Paryża?
                   Wyrzucając z głowy burzę kasztanowych loków, otworzyłem drzwi samochodu, wsiadając za kierownicę. Chwila... co? Jak to otworzyłem drzwi? Przecież powinny być zamknięte! Spanikowany, począłem przetrząsać wszystkie schowki modląc się, by nic z nich nie zginęło. Stwierdziwszy iż wszystko jest na swoim miejscu, odetchnąłem z ulgą, przeczesując włosy palcami. Jak mogłem być tak głupi i zostawić drzwi otwarte? Przecież to nawet nie jest mój samochód! Może nie zawsze dopisywało mi szczęście, jednak tym razem miałem go naprawdę dużo.
                   Opanowując drżenie dłoni, przekręciłem kluczyk w stacyjce, tym samym uruchamiając silnik. Następnie włączyłem radio, nastawiając je na swoją ulubioną stację. Poprawiwszy wsteczne lusterko, wcisnąłem pedał gazu i zanim się obejrzałem, żegnałem już Homles Chapel i wspomnienie smutnych, szmaragdowych tęczówek.

✗ ✗ ✗

Proszę, przeczytaj, to bardzo ważne!
Tak więc przedstawiam wam prolog Małego Księcia, jednak to czy pojawi się tu pierwszy rozdział zależy tylko i wyłącznie od was. W pierwotnym zamyśle opowiadanie to posiada około 30 części, których pisanie nie idzie mi tak dobrze jak zakładałam na początku, więc to czy kolejne rozdziały pojawią się na blogu zależne jest od tego jak wiele osób wyrazi chęć czytania, gdyż potrzebuję motywacji, którą jesteście w głównej mierze wy. Jeśli chcielibyście poznać dalszy ciąg tej historii, wystarczy jeśli napiszecie komentarz tu lub w zakładce informowani, bądź też bezpośrednią wiadomość na moim twitterze lub tumblrze
Jeśli podejmę decyzję o kontynuowaniu tego opowiadania, pierwszego rozdziału spodziewać możecie się już w lipcu, jednak nie mogę zagwarantować tego jak długo czekać będziecie na kolejne.
Osoby, które są ze mną od początku z góry chciałabym przeprosić, gdyż będzie to moje ostatnie opowiadanie i z całego serca chciałabym je wam zadedykować, jednak nie będzie to możliwe, jeśli nie doczeka się zakończenia.
To by było na tyle, jeśli to przeczytałeś to wiedz, że jesteś wypiździsty po posadce i łap dolara $$$