czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział IV

                   Z biegiem czasu słońce coraz bardziej zbliżało się ku zachodowi, sprawiając iż niebo nad naszymi głowami powoli poczęło zmieniać kolor z czystego błękitu na głęboki granat. Temperatura powietrza spadała nieubłaganie, powodując mimowolne drżenie mojej dolnej szczęki. Rzucając przelotne spojrzenie w stronę Harrego, dostrzegłem burzę jego loków rozwianą na wszystkie strony przez otaczający nas chłodny wiatr. Brunet odgarnął niesforne kosmyki włosów z twarzy, starając się zapanować nad szczękaniem zębów. W pewnym momencie wyczuł na sobie moje spojrzenie, odwzajemniając je z lekkim uśmiechem. Jego policzki, w których pojawiły się dwa urocze dołeczki oraz nos były zaczerwienione od zimna. Nie mogąc patrzeć na chłopca w tym stanie, niespodziewanie zatrzymałem się w pół kroku, odpinając jedną z toreb wiszących na moim ramieniu. Harry również zatrzymał się, mierząc mnie zarówno zaintrygowanym, jak i podejrzliwym spojrzeniem.
-Co jest w tych torbach? - spytał utkwiwszy w nich swój wzrok.
-W tej mydło, ręczniki, szampon do włosów i inne tego typy pierdoły, a w tej ubrania - wyjaśniłem, grzebiąc w drugiej z nich.
-Czego szukasz? - usłyszałem po chwili.
-Tego - powiedziałem wyciągając z torby ciepłą, granatową bluzę. - Załóż ją - poleciłem wręczając odzienie chłopcu.
-Mogę? - zdziwił się, ściskając w dłoni miękki materiał.
-Oczywiście, przecież widzę, że jest ci zimno - wzruszyłem ramionami, zapinając torbę.
-Ale jest twoja - sapnął, nieco zmieszany.
-Właśnie. Jest moja, więc ja decyduję komu ją pożyczam - posłałem mu lekki uśmiech.
-Ale... - zaczął, jednak nie pozwoliłem mu dojść do słowa.
-Harry, daj spokój i po prostu ją załóż - westchnąłem. - To pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz, gdy będziesz musiał pożyczyć ode mnie ubrania.
-Jak to? - spytał, spoglądając na mnie spod uniesionych brwi.
-Nie jestem głupi. Zdaję sobie sprawę, z tego, że idąc do szkoły nie spakowałeś się na miesięczną podróż do Paryża, tak na wszelki wypadek - wywróciłem oczyma. Nie mówiąc nic więcej, chłopiec zdjął z ramion swój plecak, kładąc go na ziemi, tuż obok swoich stóp. Jednym sprawnym ruchem, wciągnął on na siebie bluzę, otulając się ciepłym materiałem. Następnie z powrotem założył plecak, ściągając rękawy bluzy tak, by zakryły jego dłonie aż po czubki palców.
-Dziękuję - wymruczał, uśmiechając się dość niepewnie.
-Nie ma za co - odparłem ciepło, ruszając z miejsca.
                   Harry cały czas dreptał obok mnie, starając się dotrzymać mi kroku. Po pewnym czasie jednak westchnął zniecierpliwiony, ściągając brwi.
-Daleko jeszcze? - jęknął żałośnie.
-Jeszcze kawałek - odparłem.
-Daleko jeszcze? - spytał ponownie, po upływie niespełna trzech minut.
-Nie - westchnąłem.
-Daleko jeszcze? - powtórzył po raz trzeci, gdy udało nam się pokonać co najwyżej sto metrów.
-Jesteś gorszy niż moje cztery młodsze siostry razem wzięte - burknąłem, kręcąc głową z dezaprobatą.
-Masz młodsze siostry? - zawołał wesoło z szerokim uśmiechem na ustach.
-Tak, a ty? Masz rodzeństwo? - spojrzałem na niego wyczekująco.
-Moim ulubionym kolorem jest zielony - rzucił od niechcenia, zupełnie jakby była to odpowiedź na moje pytanie.
-Wiem - westchnąłem, wyczuwając aluzję. Skoro nie chciał mówić o swojej rodzinie, to trudno. Najprawdopodobniej przeżyję bez tej wiedzy. Oczywiście, pod warunkiem, że nie wymordował on swoich bliskich, po czym postanowił wykorzystać mnie do pomocy przy ucieczce za granicę przed wymiarem sprawiedliwości. Zadrżałem lekko na tę myśl, lecz wystarczył mi jeden rzut oka na jego słodką, niewinną twarz, bym uznał iż trochę za bardzo dałem się ponieść wyobraźni.
-Więc... - zaczął Harry wyrywając mnie z zamyślenia. - Daleko jeszcze?
-Tak - warknąłem.
-Ale przed chwilą mówiłeś, że nie! - zawołał oburzony.
-Skoro znasz odpowiedź na pytanie to po co je zadajesz? - wyrzuciłem ręce w powietrze.
-Chciałem się upewnić - burknął, krzyżując ramiona na piersi.
-Jesteś niemożliwy - pokręciłem głową z dezaprobatą.
                   Po upływie niespełna kilku minut znaleźliśmy się na stacji kolejowej, gdzie od razu udałem się do rozkładu jazdy, by stwierdzić, że ostatni interesujący nas pociąg odjechał... kwadrans temu. A niech to szlag. Załamując ręce odwróciłem się do stojącego za moimi plecami Harrego, który przyglądał mi się z pytaniem wymalowanym na twarzy. Nie mówiąc ani słowa westchnąłem ciężko, kierując się do wnętrza budynku.
-Kiedy przyjedzie nasz pociąg? - spytał Loczek, ruszając za mną.
-Jutro rano - odparłem, nawet na niego nie patrząc.
-Czyli... czyli musimy tu spać? - w jego głosie usłyszeć się dało nutkę niepokoju
-Nie mamy innego wyjścia - westchnąłem otwierając drzwi i puszczając bruneta przodem.
-Oh - mruknął jedynie pod nosem, czekając aż dorównam mu kroku.
                   Ja natomiast od razu skierowałem się w stronę pierwszej z brzegu ławki, na którą momentalnie zrzuciłem obie torby, dając swoim ramionom chwilę wytchnienia. Harry przyglądał mi się z zaciekawieniem, nie mówiąc przy tym ani słowa. Zamiast tego, zdjął swój plecak i usiadł na ławce, kładąc go sobie na kolanach.
-Pamiętasz co mówiłeś mi wcześniej? - spytałem patrząc na chłopca ze śmiertelną powagą wymalowaną na twarzy.
-Że moim ulubionym kolorem jest zielony? -  zmieszał się nieco, niezręcznie drapiąc po karku.
-Tak... Ale mówiłeś też, że nie jesteś złodziejem - przypomniałem mu.
-Bo nie jestem - odparł hardo.
-Cóż... to wspaniale, bo tak się składa, że właśnie zamierzam ci uwierzyć i naprawdę nie chcę tego później żałować - skupiłem swój wzrok na twarzy chłopca, pragnąc wyczytać z niej wszystkie emocje, które targały nim w tamtym momencie. - Pójdę teraz kupić bilety, a ty tu grzecznie poczekasz i popilnujesz naszych rzeczy, zgoda?
-Zgoda - odparł skinąwszy głową, a jego powieka ani drgnęła.
                   Biorąc ostatni głęboki wdech, obróciłem się na pięcie, ruszając w stronę okienka. Co jakiś czas rzucałem w kierunku ławki zmartwione spojrzenie, lecz Harry wydawał się nie robić nic podejrzanego. Siedział spokojnie, bawiąc się suwakiem mojej bluzy, którą miał na sobie, sporadycznie zerkając na nasz bagaż. Gdy wróciłem do niego z biletami schowanymi w kieszeni, ten nadal zajmował swoje miejsce, wyglądając tak niewinnie jak tylko mógł. Przywitał mnie słodkim uśmiechem, po czym przesunął nieco moje torby, by zrobić dla mnie miejsce na ławce, które poklepał zapraszająco. Już miałem usiąść, gdy usłyszałem głośne burczenie wydawane przez żołądek bruneta. Do uszu chłopca również musiał dotrzeć ten dźwięk, gdyż spuścił on wzrok, zawstydzony, wściekle się rumieniąc.
-Poczekasz tu jeszcze chwilę? - spytałem, na co on niepewnie, lecz z determinacją skinął głową.
                   Rozejrzawszy się w okół, zdałem sobie sprawę z tego iż na całej stacji nie ma nikogo poza nami. Nie myśląc zbyt wiele, wyszedłem na zewnątrz, mając nadzieję, że chociaż tam spotkam jakiś ludzi. I nie pomyliłem się. Najwyraźniej czekając na pociąg, stało tam dwóch studentów, na oko w moim wieku. Podszedłszy do nich, odchrząknąłem znacząco, by zwrócić na siebie ich uwagę.
-Przepraszam, że przeszkadzam, ale potrzebuję pomocy. Wiecie może gdzie tu najbliżej mogę kupić coś do jedzenia? - spytałem, na co brunet i blondyn wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami.
-Jakieś kilkaset metrów stąd jest Subway - powiedział jeden z nich.
-Tak, idź prosto, a potem skręć w prawo i będzie zaraz za rogiem - dodał drugi.
-Dzięki - rzuciłem, posyłając im wdzięczny uśmiech, po czym ruszyłem przed siebie według wskazówek blondyna.
                   Po kilku minutach udało mi się szczęśliwie dotrzeć na miejsce, gdzie zamówiłem dwie kanapki. Jedną dla siebie i drugą dla Harrego. Biorąc zamówienie na wynos, zapłaciłem za nie ostatnimi drobniakami, po czym ruszyłem z powrotem na stację. Gdy wchodziłem do środka, studentów nie było już na zewnątrz, lecz w przeciwieństwie do nich, Harry siedział na ławce, pokornie pilnując naszego bagażu. Będąc szczerym muszę przyznać iż odetchnąłem z ulgą, gdyż cały czas martwiłem się, że zwyczajnie nie będę miał do czego wracać. Dostrzegając mnie z drugiego końca pomieszczenia, Loczek uśmiechnął się szeroko, machając do mnie wyciągniętą nad głowę dłonią. Zaśmiałem się rozczulony, na entuzjazm z jakim witał mnie chłopiec. Już po chwili, opadłem na ławkę obok niego, rzucając mu na kolana torbę, z jego kanapką.
-Co to? - spytał zaskoczony, zaglądając do środka.
-Twoja kolacja - odparłem, wzruszając ramionami.
-Nie musiałeś kupować mi jedzenia - powiedział Harry, spinając się lekko.
-Musiałem. Twój brzuch dał nam jasno do zrozumienia, że jesteś głodny jak cholera - rzuciłem, wywracając oczyma.
-Wcale nie. Nie wydawaj na mnie więcej pieniędzy - burknął pod nosem, zwijając z powrotem swoją torbę.
-Harry, zgadzając się wziąć cię ze sobą do Paryża, tak jakby stałem się za ciebie odpowiedzialny - westchnąłem. - Więc zamknij się i zjedz tą kanapkę, żebym mógł spokojnie spać po nocach - zażądałem srogim tonem, lecz kąciki moich ust uniosły się ku górze, gdy Harry ponownie zajrzał do wnętrza papierowej torby.
-Oddam ci... - wymruczał, patrząc mi w oczy.
-Daj spokój. Poza tym nie masz pieniędzy - lekceważąco machnąłem dłonią.
-Mogę oddać ci coś innego - szepnął, w napięciu rozglądając się dookoła, po czym zieleń tego tęczówek ponownie spotkała się z błękitem moich. Oczy chłopca wyrażały na raz wiele sprzecznych emocji, a żarząca się w nich wcześniej iskra, nagle przygasła. Brunet przygryzł mocno dolną wargę, po czym umieścił dłonie na rozporku swoich spodni, powoli go rozpinając.
-Mógłbyś przestać to robić? - odchrząknąłem, odwracając wzrok, skrępowany.
-Wiesz przecież, że nic innego nie mogę ci dać - jęknął, brzmiąc dość bezradnie.
-Ale od razu oddawać siebie? Za kanapkę? Czy to trochę nie przesada? - wyplułem te słowa, patrząc na niego z mieszanką zdegustowania i potępienia, na co jego policzki pokryły się intensywnym różem.
-Nie tylko za kanapkę. Naprawdę bardzo dużo dla mnie robisz - szepnął, nadal trzymając między palcami suwak przy rozporku swoich spodni.
-Okej, ale czemu oferujesz mi swoje ciało w ten sposób? Nie możesz mnie po prostu... - urwałem zastanawiając się nad tym co właściwie chciałem powiedzieć - ...przytulić? - rzuciłem pierwsze co przyszło mi do głowy.
-Oglądałem kiedyś taki program, w którym mówili, że dziewczyny lubią się przytulać, a chłopcy wolą seks. Po prostu chciałem sprawić ci przyjemność i zrobić coś dla ciebie, tak jak ty robisz to wszystko dla mnie. Nie lubisz uprawiać seksu? - spytał prosto z mostu, a moje oczy rosły z każdym kolejnym słowem, póki nie osiągnęły rozmiaru spodków. W chwilach takich jak ta, nie mogłem uwierzyć, że naprawdę rozmawiałem z tym samym chłopcem, który uważał, że poza imieniem, najważniejszą informacją jaką należy zdobyć o człowieku jest jego ulubiony kolor.
-Ja... um... oczywiście, że lubię. Po prostu... nie z tobą? Nie w ten sposób? - plątałem się, nie mając pojęcia jak się zachować, w rezultacie brzmiąc jak idiota. - Nie wiem jak ubrać to w słowa - poddałem się w końcu.
-Chodzi o to, że lubisz tylko dziewczyny? - spojrzał na mnie z czymś co w pierwszej chwili wziąłbym za rozczarowanie, ale... to było absurdalne. On nie mógłby być rozczarowany, bo ja... Nie, nie i jeszcze raz nie.
-Tego nie powiedziałem - przecząco pokręciłem głową.
-Nic już nie rozumiem - ściągnął brwi, zdezorientowany.
-Po prostu nie wierzę w płci. Kiedy się w kimś zakochuję nie liczy się dla mnie to czy to chłopak czy dziewczyna, tylko wnętrze tej osoby, rozumiesz? - starałem się to wytłumaczyć najprościej jak umiałem.
-Czyli jesteś biseksualistą? - doszedł do prostego wniosku.
-Można tak powiedzieć - skinąłem głową.
-To ładne - posłał mi słodki uśmiech.
-Słucham? - ściągnąłem brwi, zaskoczony jego doborem słów.
-To ładne, że kochasz sercem, a nie oczami - wyjaśnił, uśmiechając się nieco szerzej, w następstwie czego w jego policzkach pojawiły się dwa urocze dołeczki.
-Dziękuję? - odparłem niepewnie.
-Czyli nie chcesz uprawiać ze mną seksu? - spytał jak gdyby nigdy nic, z tą samą wesołą miną. Jego bezpośredniość była wręcz urzekająca.
-Za to, że kupiłem ci kanapkę, żebyś poczuł się jak skończona szmata i stracił szacunek do samego siebie? Nie, dziękuję - skrzywiłem się.
-To też jest ładne. To znaczy miłe - westchnął rozczulony, układając głowę na moim ramieniu.
-Co masz na myśli? -spytałem, nieświadomie wplatając palce w burzę jego loków, po czym delikatnie podrapałem go za uchem, na co ten zamruczał niczym rozkoszny kociak.
-To, że bardziej dbasz o moje uczucia niż swoje potrzeby. To naprawdę miłe. Niewiele ludzi się o mnie troszczy - wyszeptał wtulając się w mój bok.
-A co z twoimi rodzicami? - spytałem zarówno zaskoczony co zmartwiony.
-Lubię cię - wyznał, chowając twarz w zagłębieniu mojego ramienia.
-Ja ciebie też, ale zadałem ci pytanie - zwróciłem mu uwagę, czule głaszcząc go po burzy kasztanowych loków.
-Wiem, po prostu postanowiłem na nie nie odpowiadać - wymruczał owiewając moją szyję swoim ciepłym oddechem.
                   Potem słowa nie były nam już potrzebne. Szczerze mówiąc odniosłem wrażenie jakby minęły wieki, zanim którykolwiek z nas odważył się odezwać. W tym czasie, pogrążeni w zupełnej ciszy, siedzieliśmy na drewnianej ławce, złączeni w żelaznym uścisku. Harry owinięty był wokół mojej talii z twarzą schowaną w zagłębieniu mojego ramienia, którym troskliwie go obejmowałem. W tamtym momencie poczułem niewyobrażalne wyrzuty sumienia, spowodowane moimi wcześniejszymi wątpliwościami związanymi z intencjami bruneta. Jak kiedykolwiek mogłem pomyśleć, że ten skąpany w niewinności chłopiec o twarzy anioła i umyśle dziecka, mógłby mieć złe zamiary? Znaliśmy się zaledwie kilka godzin, a on tulił się do mnie jakby trzymał w ramionach cały swój świat. Ufał mi bezgranicznie, nic o mnie nie wiedząc, więc czemu ze mną miałoby być inaczej? Nadal się martwiłem, wciąż byłem przerażony i choć z jednej strony Harry był tego przyczyną, z drugiej napawał mnie pewnego rodzaju spokojem i poczuciem ulgi, ponieważ cokolwiek, by się teraz nie stało - byliśmy w tym razem.

sobota, 19 lipca 2014

Rozdział III

                   Ponieważ rozpocząłem swoją podróż w największych godzinach szczytu, zajęła ona przeszło dwa razy więcej czasu, niż gdybym nie trafił na żaden korek uliczny. Na początku może było to słodkie i zabawne, jednak prędzej czy później fałsze Harrego naprawdę zaczęły działać mi na nerwy. Chłopiec zdawał się jednak tego nie dostrzegać, śpiewając w najlepsze. W pewnym momencie pożałowałem również pokazania Harremu płyty Steve'a Earle'a, gdyż brunet w kółko puszczał tę jedną, konkretną piosenkę, która mimo iż niegdyś należała do moich ulubionych, teraz gotowała mi krew w żyłach. Oczywiście przesłuchanie jej dziesiątki razy i tak nie sprawiło, że Loczek zapoznał się z jej tekstem. Mijając tablicę głoszącą hasło "Witamy w Stafford!", głośno odetchnąłem z ulgą. Harry zmierzył mnie wtedy podejrzliwym spojrzeniem i już otwierał usta, by coś powiedzieć, lecz koniec końców zrezygnował, powracając do śpiewania. Po upływie pięciu minut zatrzymałem się na przypadkowym parkingu pod jakąś kamienicą, wyłączając silnik.
-Już jesteśmy w Paryżu? - zawołał zaskoczony Harry, wyglądając przez okno.
-Nie, głuptasie. Poczekaj tu - zaśmiałem się rozbawiony, odpinając swój pas bezpieczeństwa.
                   Otworzywszy drzwi, wysiadłem za zewnątrz, opierając się plecami o bok samochodu. Z tylnej kieszeni moich spodni wyciągnąłem telefon, od razu wchodząc w spis kontaktów, z którego wybrałem numer mojego kumpla Stana. Odczekałem kilka sygnałów, gdy nagle po drugiej stronie słuchawki, usłyszałem głos szatyna.
-Halo? - chłopak ziewnął przeciągle.
-Nawet nie próbuj mi wmówić, że właśnie cię obudziłem - zawołałem z udawanym oburzeniem.
-Cóż... może troszeczkę - zachichotał.
-Człowieku jest siódma wieczorem! Kto normalny śpi o tej porze?! - pokręciłem głową z dezaprobatą.
-Ten kto imprezował do siódmej rano - odparł szatyn.
-Coś mi mówi, że ten sam ktoś opuścił dziś wykłady - prychnąłem.
-Mnie przynajmniej nie wylali z uczelni - zripostował.
-Auć. To było mocne - skrzywiłem się lekko.
-Trochę przegiąłem, przepraszam - jęknął skruszony.
-Nie ma sprawy - rzuciłem, wzruszając ramionami, mimo iż szatyn nie mógł tego zobaczyć.
-Więc...? Czemu zawdzięczam ten niespodziewany telefon? - zagaił Stan.
-Naprawdę już zapomniałeś, że wróciłeś ode mnie pociągiem i pożyczyłeś mi swój samochód? - westchnąłem, kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Nie, oczywiście, że nie - zaprzeczył szybko. - Po prostu myślałem, że skazałeś go na wieczne nieoddanie tak jak wszystkie moje bluzy, T-shirty i szczoteczki do zębów, które u ciebie zostawiłem.
-Oh, daj spokój! Przecież mówimy o samochodzie! - zawołałem urażony. Okej, może od czasu do czasu przywłaszczałem sobie niektóre jego rzeczy, ale znałem granice.
-Dobra, dobra - rzucił pobłażliwie. - Mówimy o moim samochodzie, ale o jakiej sytuacji konkretnie? Rozbiłeś go? Pozwoliłeś ukraść? Przeleciałeś kogoś na tylnym siedzeniu? - zastanawiał się na głos.
-Nie, prawie i chciałbym - odparłem zgodnie z prawdą.
-Jak to prawie pozwoliłeś go ukraść? - dosłownie zachłysnął się słowami.
-Możliwe, że nie zamknąłem drzwi, gdy zatrzymałem się, by wejść do sklepu - rzuciłem nonszalancko, jak gdyby nigdy nic.
-Żartujesz! Louis, ty dupku! Zabiję cię, jeśli coś zginęło! - zezłościł się nie na żarty.
-Spokojnie, wszystko jest na swoim miejscu. Powiedziałbym nawet, że czegoś przybyło - westchnąłem, dostrzegając kątem oka, wysiadającego z samochodu Harrego. Chłopak obszedł go do okoła, stając na wprost mnie z dłońmi skrzyżowanymi za plecami. Posłał mi ciepły uśmiech, który ja mimowolnie odwzajemniłem.
-Słucham? - spytał Stan, zmieszany. - Czego przybyło?
-Powiedzmy, że pary długich nóg i zielonych oczu oraz burzy kasztanowych loków - rzuciłem, mierząc Harrego spojrzeniem, które on wychwycił, rumieniąc się, gdy zdał sobie sprawę z tego, że mówię o nim.
-Czy ty próbujesz mi powiedzieć, że chcesz przelecieć jakąś laskę-złodziejkę na tylnym siedzeniu mojego samochodu? Stary! Wcale nie chciałem tego wiedzieć! - zawołał zdegustowany.
-Nie do końca, potem wszystko ci wyjaśnię - zaśmiałem się rozbawiony.
-Dobra, niech ci będzie. Ale nadal nie wiem czemu dzwonisz - zwrócił mi uwagę.
-Chciałbym oddać ci samochód. Potem mogę nie mieć okazji - wyjaśniłem.
-Ah tak, twój wyjazd... Ale i tak jesteś dziś strasznie tajemniczy - westchnął, a ja mogłem wręcz poczuć jak wywraca oczami. - Po prostu zaparkuj go pod moją kamienicą i zadzwoń do mnie wtedy, a zejdę po kluczyki.
-Jasne, do zobaczenia za dziesięć minut - pożegnałem się, po czym zakończyłem połączenie.
                   -Prosiłem, żebyś poczekał w samochodzie - zwróciłem się do Harrego, chowając telefon do tylnej kieszeni spodni.
-Ale bez ciebie jest tam nudno - jęknął, przygryzając dolną wargę.
-Oh... okej - odchrząknąłem, nie mając pojęcia co powinienem był na to odpowiedzieć. - Wskakuj do środka, musimy przejechać jeszcze kawałek - rzuciłem wsiadając do samochodu. Cierpliwie zaczekałem, aż Harry obejdzie auto i zajmie swoje miejsce.
-Gdzie jedziemy? - spytał zapinając pas bezpieczeństwa.
-Mówiłem ci już, że ten samochód nie jest mój, prawda? - odpaliłem silnik, a chłopiec skinął głową. - W tym mieście mieszka mój przyjaciel, od którego go pożyczyłem. Muszę mu go zwrócić zanim wyjadę - wyjaśniłem.
-Więc jak dostaniemy się nad morze? - ściągnął brwi.
-Na pieszo - rzuciłem.
-Na pieszo? - powtórzył, patrząc na mnie wielkimi oczyma.
-Spokojnie - zaśmiałem się, rozbawiony jego reakcją. - Nie będziemy chodzić aż tak dużo. Będziemy też jeździć autobusami i pociągami - uspokoiłem go.
-Oh... to dobrze - poprawił się na fotelu, włączając radio, a ja ugryzłem się w język, aby nie przekląć. W momencie, w którym Loczek począł śpiewać, przyspieszyłem, by jak najszybciej znaleźć się pod kamienicą Stana.
                   Na miejsce dotarliśmy w ciągu kilku minut. Momentalnie zadzwoniłem do szatyna, który już po chwili wyszedł z klatki schodowej, witając mnie przyjacielskim uściskiem. Gdy się ode mnie oderwał, jego wzrok automatycznie powędrował do chowającego się za moimi plecami Harrego. Stan zmierzył chłopca podejrzliwym spojrzeniem, po czym ściągnął brwi, zdezorientowany.
-Stan, to jest Harry. Harry, to jest Stan - przedstawiłem ich sobie.
-Cześć... - szatyn odezwał się do chłopca, lekko zmieszany.
-Cześć! - odparł wesoło zielonooki, posyłając mu promienny uśmiech.
-Um, Louis... - zaczął mój przyjaciel niepewnie - skąd wytrzasnąłeś dwumetrowego czternastolatka?
-Mam siedemnaście lat! - Harry skrzyżował ramiona na piersi, gniewnie tupiąc nogą.
-Właśnie! Ma siedemnaście lat! - skopiowałem jego gest, naśladując ton jego głosu.
-To nie jest śmieszne Louis! - zawołał rozgniewany.
-To nie jest śmieszne Louis! - powtórzyłem.
-Przestań mnie przedrzeźniać! - zażądał.
-Przestań mnie przedrzeźniać! - powiedziałem imitując głos Harrego, podczas gdy Stan stał z boku, śmiejąc się z nas w najlepsze.
-Chłopcy, chłopcy! - zawołał szatyn, przywołując nas do porządku - Już wystarczy.
-Proszę, twoje kluczyki - zwróciłem się do niego, podając mu je.
-Dzięki - odparł z ciepłym uśmiechem.
-Nie, to ja dziękuję. Weźmiemy tylko swoje rzeczy i już nas nie ma - rzuciłem przez ramię, wracając do samochodu, z którego bagażnika wyjąłem dwie podróżne torby. Harry natomiast otworzył tylne drzwi i podniósł z podłogi swój plecak, zarzucając go sobie na jedno ramię.
-Czekaj, czekaj, nie tak szybko! - zatrzymał mnie Stan. - Nadal nie wiem kto to jest - rzucił nie przejmując się tym iż Loczek stoi tuż obok, przysłuchując się naszej rozmowie.
-Przecież już ci mówiłem, że to Harry - westchnąłem.
-Cóż, nadal nie wiem dlaczego był w moim samochodzie i najwyraźniej wybiera się z tobą w dalszą podróż - posłał mi wyczekujące spojrzenie.
-Po prostu spotkaliśmy się trzy godziny temu i chciał jechać ze mną do Paryża, na co oczywiście się nie zgodziłem, ale tak jakoś wyszło, że zakradł się do auta i gdy się zorientowałem, że w nim jest, było już zbyt późno, by zawrócić, więc postanowiłem wziąć go ze sobą - rzuciłem od niechcenia, unosząc jedną brew.
-Chyba nie mówisz poważnie... - cała krew odpłynęła mu z twarzy.
-Oczywiście, że mówię poważnie. Dlaczego miałbym nie? - wzruszyłem ramionami.
-Bo to jest... cholernie szalone! Poznałeś go trzy godziny temu! Nic o nim nie wiesz! - wybuchnął, nadal pozostając zszokowanym.
-Wiem, że nazywa się Harry... - chciałem dodać również jego nazwisko, lecz w porę przypomniałem sobie, iż nie mam pojęcia jak ono brzmi.
-A moim ulubionym kolorem jest zielony - wtrącił Loczek, zwracając na siebie uwagę moją i Stana. Speszony, zarumienił się pod naszymi spojrzeniami, spuszczając głowę. Ja natomiast poczułem się beznadziejnie, uświadamiając sobie iż nie wiedziałem nawet tego.
-Louis... - westchnął Stan, ponownie wlepiając we mnie swoje zmartwione spojrzenie. - To twoja decyzja i zależy ona od ciebie, ale błagam... zastanów się co ty najlepszego wyprawiasz? Cały ten wyjazd do Paryża to czyste szaleństwo, a co dopiero to - wskazał palcem na Loczka, którego twarz wykrzywiła się w bolesnym grymasie.
-Daj spokój, Stan. Nie jestem głupi. Naprawdę dobrze to przemyślałem - skłamałem.
-Okej... powiedzmy, że ci wierzę - westchnął.
-Dzięki, stary - wymruczałem w zagłębienie jego ramienia, uprzednio przyciągając go do mocnego uścisku.
-Czy to jest pożegnanie? - spytał, czule gładząc mnie po plecach.
-Podróż do Paryża zaplanowałem tylko w jedną stronę, więc... więc chyba tak - westchnąłem rozżalony. Mimo iż ze Stanem widywałem się równie często co z Zaynem, czułem, że prędzej czy później za nim zatęsknię.
-W takim razie dbaj o siebie - posłał mi smutny uśmiech, który ja odwzajemniłem.
-Ty też - odparłem, po czym szatyn zniknął za drzwiami klatki schodowej, machając mi po raz ostatni. Nigdy nie lubił pożegnań. Zresztą tak jak ja.
                   Bez słowa, ruszyłem przed siebie, odgarniając z twarzy niesforne kosmyki grzywki. Kątem oka widziałem drepczącego za mną Harrego, który usilnie starał się dotrzymać mi kroku. Na jego twarzy gościł niepodobny do niego spokój oraz lekka mieszanka zmartwienia i zaintrygowania. Chłopiec podążał moim śladem, nie wydając przy tym ani słowa. Najwidoczniej musiał wyczuć napiętą atmosferę. Już wcześniej byłem cholernie niepewny pod względem wciągania Loczka w tą całą podróż i prawdę mówiąc, rozmowa ze Stanem wcale nie podniosła mnie na duchu. W pewnym momencie jednak, Harry nie wytrzymał i odezwał się, przerywając uciążliwą ciszę.
-Stan mnie nie polubił - skrzywił się na gorzkie brzmienie tych słów.
-Ty to powiedziałeś, nie on - odparłem cierpko.
-Ale... - zaczął, lecz wszedłem mu w słowo.
-Po prostu się o mnie martwi, okej? Zresztą słusznie... - burknąłem, unikając jego wzorku.
-Co masz na myśli? - spytał przejęty.
-To, że Stan ma rację! Nic o tobie nie wiem! W ogóle się nie znamy! A ja, jak ostatni idiota zgodziłem się zabrać cię ze sobą do Paryża! Miałem zacząć od nowa, a nie jako niańka dzieciaka, który w każdej chwili równie dobrze może mnie okraść! - wyrzuciłem z siebie wszystko, co leżało mi na sercu.
-Nie krzycz na mnie - jęknął błagalnie Harry, zakrywając uszy dłońmi, a w jego szmaragdowych tęczówkach zalśniły łzy. Uświadamiając sobie iż to ja jestem ich powodem, poczułem bolesne ukłucie w sercu.
-Hej - westchnąłem, by zwrócić jego uwagę. - Hej, przepraszam - powiedziałem, odciągając jedną z jego dłoni od ucha.
-Odwieziesz mnie teraz do domu? - spytał, roniąc jedną łzę, którą szybko starł.
-Nie, oczywiście, że nie - pokręciłem głową. - Po prostu się boję. Jestem cholernie przerażony. Wcześniej cała ta podróż wydawała mi się lepszym pomysłem. Pieprzony Zayn i jego pieprzone hipisowskie podejście do wszystkiego - przekląłem, odwracając wzrok.
-Nie jestem złodziejem - usłyszałem nagle. Odruchowo spojrzałem na chłopca, który przyglądał mi się z powagą wypisaną na twarzy, kurczowo trzymając się ramiączka swojego plecaka.
-Chciałbym ci wierzyć, Harry, ale poznałem cię trzy godziny temu. To wcale nie jest takie łatwe. Nie wiem nawet dlaczego chcesz jechać do Paryża, bo wątpię, abyś po prostu miał ochotę na wycieczkę - jęknąłem, przeczesując włosy palcami.
-Nie powiem ci - odparł prosto z mostu.
-Dlaczego? - zdziwiłem się.
-Znamy się dopiero trzy godziny, może kiedy indziej - wzruszył ramionami. - Ja też nie wiem dlaczego chcesz jechać do Paryża - zwrócił mi uwagę.
-Nie powiem ci. Znamy się dopiero trzy godziny, może kiedy indziej - odparłem naśladując barwę jego głosu.
-Przestań - zażądał ściągając brwi.
-Przestań - powtórzyłem.
-To nie jest śmieszne - odparł, lecz kąciki jego ust powędrowały w górę.
-To nie jest śmieszne - zaszczebiotałem.
-Louuuu - jęknął, lecz jego wargi w dalszym ciągu były wykrzywione w uśmiechu.
-Dobra, już przestaję - uniosłem dłonie w geście kapitulacji. - Chodź szybciej, nie mamy całego dnia - ponagliłem go.
-A gdzie idziemy? - spytał dorównując mi kroku.
-Na pociąg. Jeśli się pospieszymy może złapiemy ostatni - odparłem.
-A jeśli nie? - spojrzał na mnie przejęty.
-Będziemy musieli spać na stacji i wyjechać z samego rana - wyjaśniłem, wzdychając.
                   Harry nie powiedział nic więcej. Jedynie pokiwał głową na znak zrozumienia i nieco przyspieszył kroku. Co jakiś czas posyłałem mu przelotne spojrzenia, nadal nie mogąc uwierzyć w to co się dzieje. Natomiast pytanie "W coś ty najlepszego się wpakował, Louis?!" nieustannie krążyło po mojej głowie od chwili, w której zgodziłem się, by Harry towarzyszył mi w podróży.

✗ ✗ ✗

Oni w końcu gdzieś dotrą i będzie się coś działo, obiecuję, tylko dajcie im parę rozdziałów :(((

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział II

                   Mimo upływu niemalże pięciu minut, ramiona Harrego w dalszym ciągu owinięte były wokół mojej talii. Nie wiedząc co innego mógłbym zrobić, zwyczajnie trzymałem go w żelaznym uścisku, pozwalając  mu przelać na siebie wszystkie kłębiące się w jego sercu emocje. Głowę ułożył na moim ramieniu, chowając twarz w jego zagłębieniu. Emanowało od niego przyjemne ciepło, a jego duże dłonie umieścił u dołu moich pleców, jeszcze bardziej zmniejszając dystans między nami, który już w tamtym momencie był niemalże zerowy. Jednak w momencie, w którym począł wodzić czubkiem swojego nosa po skórze mojej szyi, mamrocząc jakieś niezrozumiałe słowa, spiąłem się, czując się dość niezręcznie. Zaalarmowany, rozluźniłem uścisk, lecz chłopiec kontynuował wykonywaną wcześniej czynność, łaskocząc mnie przy tym burzą swoich loków. Starając się pozostać taktownym, ułożyłem dłonie na jego klatce piersiowej, delikatnie go od siebie odpychając. Chłopiec niezwykle pokornie wyswobodził mnie ze swojego uścisku, stawiając krok w tył. Mimo wszystko na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, który choć raz dotarł również do oczu. Zatapiając się w jego szmaragdowych tęczówkach, nie mogłem uwierzyć w to jak piękne były w tamtym momencie. Mieniły się one, bowiem wszystkimi odcieniami zieleni, które rozjaśniała żarząca się w nich iskra. Korzystając z okazji, postanowiłem lepiej przyjrzeć się chłopcu. Jego nos był prosty i zgrabny, przez co nadawał jego twarzy charakterystyczny wyraz. Wiśniowe wargi były niezwykle jędrne i pełne i gdyby tylko Harry nie był w gruncie rzeczy nieznajomym mi siedemnastolatkiem, zapewne nie mógłbym powstrzymać się od złączenia ich z moimi. Loczek ogólnie nie należał do najniższych, lecz jego piórkowa waga, jedynie to podkreślała. Ubrany był w czarne jeansy oraz cienki wełniany sweter, czyli nic specjalnego. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego iż wiedział on, że go obserwuję. Nie wydawał się jednak mieć nic przeciwko, cierpliwie podążając za moim spojrzeniem, czekając aż skończę. W momencie, w którym ponownie nawiązałem z nim kontakt wzrokowy, chłopiec posłał mi kolejny ciepły uśmiech, który nieświadomie odwzajemniłem.
-Patrzyłeś na mnie - wypalił splatając dłonie za plecami. W słodkim uśmiechu przygryzł dolną wargę, wspinając się i opuszczając na palcach, kołysząc przy tym biodrami w przód i tył, czyli robiąc dokładnie to samo co pięcioletnie dzieci, niemogące wysiedzieć w miejscu dłużej niż pięć minut.
-Owszem. Masz coś przeciwko? - spytałem, gdyż nie chciałem, by czuł się w moim towarzystwie nieswojo. W końcu mieliśmy spędzić razem ponad miesiąc...
-Nie - szybko pokręcił głową. - Spójrz jeszcze raz - poprosił.
-Słucham? - ściągnąłem brwi.
-Nie, nie tak. Spójrz tak jak wcześniej - naburmuszył się.
-Co masz na myśli? - skrzywiłem się lekko, niewiele rozumiejąc.
-Nie, tak też nie! - zawołał oburzony. - Spójrz na mnie ładnie - jęknął mocniej przygryzając dolną wargę.
-Ładnie? - zaśmiałem się ciepło, rozbawiony jego doborem słów.
-O! Tak lepiej! - uśmiechnął się szeroko, zadowolony.
-Ale co w tym ładnego? - ciągnąłem, choć cała ta rozmowa wydawała mi się być niezwykle absurdalna.
-Ty. Wyglądasz ładniej, gdy się uśmiechasz i nie marszczysz brwi. I ja również czuję się ładniejszy, gdy patrzysz na mnie nie krzywiąc się - powiedział prosto z mostu.
-Zapamiętam - zaśmiałem się pod nosem, kręcąc głową, na co chłopiec odpowiedział mi jedynie kolejnych promiennym uśmiechem.
                   Po chwili, bez słowa ruszyłem w stronę samochodu, gestem dłoni nakazując to samo Loczkowi. Nastolatek w podskokach okrążył auto, wskakując na miejsce pasażera. Gdy upewniłem się, że jego pasy są zapięte, przekręciłem kluczyk w stacyjce, tym samym uruchamiając silnik. Przez chwilę jechaliśmy w ciszy, która w pewnym momencie stała się dość przytłaczająca. Dopiero w tamtym momencie uświadomiłem sobie co tak naprawdę się działo. U mojego boku siedział bodajże najdziwniejszy na świecie siedemnastolatek, którego zgodziłem się zabrać w podróż w jedną stronę do Paryża, po tym jak podstępem zakradł się do mojego samochodu. Wow, od kiedy moje życie zaczęło przypominać film?
-Um, Lou? - głęboki głos wyrwał mnie z zamyślenia.
-Tak? - obdarzyłem chłopca przelotnym spojrzeniem.
-Mogę mówić do ciebie Lou? - spytał, kreśląc palcem abstrakcyjne wzory na swoim udzie.
-Pytasz po fakcie dokonanym, ale tak - wzruszyłem ramionami, albowiem nie robiło mi to większej różnicy.
-To fajnie - uśmiechnął się słodko. - Więc, Lou, czy mogę włączyć radio? - spytał, a ja spojrzałem na niego przelotnie, nie chcąc spuszczać wzroku z jezdni. - Proszę? - dodał, tym razem kreśląc kółka na moim ramieniu.
-Jasne - rzuciłem, za co nagrodzony zostałem kolejnym uśmiechem. W tamtym momencie począłem zastanawiać się czy nie bolą go już policzki od tego ciągłego szczerzenia się.
                   Nie zwlekając dłużej, Harry pochylił się nad urządzeniem, sprawnie radząc sobie z włączeniem go. Po zaśpiewaniu kilku piosenek, podczas których brunet pochwalił się słabą znajomością tekstu, począł zmieniać stacje, na każdej z nich zatrzymując się tylko na chwilę. W pewnym momencie poddał się, bezradnie opuszczając ręce, po czym skrzyżował je na piersi, wydymając dolną wargę.
-Lou, dlaczego w radiu nie leci żadna piosenka o Paryżu? - spytał z wyrzutem skierowanym do wydającego dźwięki akordów nieznanej mi piosenki urządzenia.
-A dlaczego miałaby? - rzuciłem, poprawiając dłoń na skrzyni biegów.
-Ponieważ jedziemy do Paryża i o tym właśnie chciałbym pośpiewać - naburmuszył się.
-Harry... przecież ludzie pracujący w radiu o tym nie wiedzą - westchnąłem, kręcąc głową.
-Nie wiedzą o czym? - zmieszał się.
-O tym, że jedziemy do Paryża - wyjaśniłem.
-Więc... więc powinni się dowiedzieć - sapnął, ściągając brwi.
-Daj spokój - wywróciłem oczyma, rozbawiony jego dziecinnym zachowaniem.
-Nie. Zadzwoń do nich, Lou - zażądał zupełnie poważnie.
-Mówisz serio? Nie zachowuj się jakbyś miał pięć lat - prychnąłem, spoglądając na niego pobłażliwie.
-Skoro ty nie chcesz, to ja to zrobię - zadeklarował wyniośle, przekonany o słuszności swoich słów. - Daj mi telefon.
-Nie ma mowy, żebym dał ci mój telefon! - zawołałem piorunując go wzrokiem. Hej, dopiero co go poznałem! Pod tą maską wyrośniętego dzieciaka, zawsze kryć się mógł zawodowy złodziej!
-Jesteś okropny - prychnął. - Już cię nie lubię - dodał, utkwiwszy wzrok w obrazach przewijających się za oknem.
-W takim razie w każdej chwili mogę zawrócić i odwieźć cię do domu - nonszalancko wzruszyłem ramionami. Kątem oka dostrzegłem jak chłopiec spina się, momentalnie opuszczając skrzyżowane ramiona. Spanikowany, odwrócił się w moją stronę, przysuwając tak blisko jak tylko było to możliwe.
-Nie, proszę nie, nie, nie, nie. Przepraszam. Wcale nie jesteś okropny, jesteś najlepszy. Proszę, nie odwoź mnie do domu. Już będę grzeczny, obiecuję. Przepraszam. Proszę, nie zawracaj, ja nie chcę do domu - jęczał potrząsając moim ramieniem.
-Spokojnie, przecież tylko żartowałem - skrzywiłem się, wyrywając z jego uścisku.
-Oh... - spłonął rumieńcem. - Przecież wiedziałem - wymruczał odwracając wzrok, zawstydzony.
-Nie wątpię - pokręciłem głową, rozbawiony.
                   Kolejnych dziesięć minut również upłynęło nam w rytmie przekręcania tekstów oraz fałszów Harrego. Mimo wszystko było to całkiem słodkie i zabawne, gdy za każdym razem, gdy wypadał z melodii, wlepiał wrogie spojrzenie w radio, zupełnie jakby to artysta wykonujący piosenkę popełnił błąd, a nie on. W pewnym momencie, brunet przyciszył nieco muzykę, przenosząc swoje spojrzenie na mnie.
-Lou? - zaczął, by zwrócić moja uwagę.
-Mhmm? - mruknąłem, zachęcając go do kontynuowania.
-Jaki jest twój ulubiony kolor? - spytał śmiertelnie poważnie, a ja nie mogłem powstrzymać się przed wywróceniem oczyma.
-Chyba już to przerabialiśmy - westchnąłem.
-Ale czemu nie chcesz mi powiedzieć? Czy to tajemnica? - jego usta uformowały się w małą literkę "o",  a brwi uniosły wysoko. - Bo jeśli tak to obiecuję, że nikomu nie powiem! Znam wiele tajemnic i nigdy nikomu żadnej nie zdradziłem - oświadczył z ręką na sercu.
-Ah, tak? - uniosłem jedną brew.
-Tak, przysięgam! Więc jak? Powiesz mi jaki jest twój ulubiony kolor? - jęknął błagalnie.
-Dlaczego aż tak bardzo ci na tym zależy? - wypaliłem nie mogąc pojąć co do jasnej cholery dzieje się pod tą burzą loków.
-Ponieważ odpowiedź na to pytanie jest odzwierciedleniem twojej duszy - powiedział jak gdyby nigdy nic. Okej, zabrzmiało to dość mądrze, czego szczerze mówiąc nie spodziewałem się po tym konkretnym dzieciaku.
-Wow, trochę zabłysnąłeś - przyznałem.
-Czy to niebieski? - spytał ignorując moje słowa.
-Nie, raczej nie - pokręciłem głową.
-Żółty? - spróbował jeszcze raz.
-Broń Boże - skrzywiłem się.
-Czarny? - dopytywał.
-Definitywnie nie - zdecydowałem.
-Tyle mi wystarczy  - uśmiechnął się ciepło, utkwiwszy wzrok w rozpościerającej się przed nami drodze.
-Jak to? Przecież wciąż nie wiesz jaki jest mój ulubiony kolor - zdziwiłem się.
-Ale wiem, że nie jest to czarny - powiedział, a ja spojrzałem na niego pytająco. - Po prostu nie chciałem, żeby twoim ulubionym kolorem był czarny. Czarny to smutny kolor. Na świecie jest wiele smutnych rzeczy, których nikt nie lubi, więc po co lubić czarny? - ton jego głosu brzmiał zupełnie jakby był to powszechnie znany fakt.
-Masz na sobie czarne spodnie - zwróciłem mu uwagę, po chwili milczenia.
-Nie mówiłem, że je lubię - wzruszył ramionami.
-Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś dziwny? - westchnąłem.
-Tak, ale to było miłe - kąciki jego ust powędrowały w górę.
-Słucham? - "Bardzo dziwny" - pomyślałem.
-Mówiąc dziwny ludzie mają na myśli inny, a inny znaczy tyle co wyjątkowy, czyż nie? - uśmiechnął się nieco szerzej.
-Jak to robisz, że czasem brzmisz jak pięcioletnie dziecko, a innym razem jak sześćdziesięciolatek znający życie jak własną kieszeń? - prychnąłem, lecz nie uzyskałem odpowiedzi. Harry przez chwilę przyglądał mi się uważnie z twarzą wypraną z emocji, po czym zwrócił ją w stronę okna.
-Czerwony - wyznałem w końcu, przerywając milczenie.
-Lubię czerwony. To ładny kolor, taki... kochany - skinął głową z uznaniem, posyłając mi lekki uśmiech.
-Kochany? - zacytowałem nie do końca rozumiejąc jego tok myślenia.
-Czerwony to kolor miłości - wyjaśnił, uparcie wpatrując się w drogę przed nami.
-Mimo wszystko ja wolę czarne spodnie od czerwonych - rzuciłem wzruszając ramionami.
-Ja nigdy nie miałem nic czerwonego - wyznał, nadal pozostając dość nieobecnym. Z jakiegoś powodu odniosłem wrażenie iż miało to głębsze dno niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka oraz, że nie rozmawialiśmy dłużej o spodniach, czy kolorach. Mimo wszystko, widząc nietęgą minę chłopca, postanowiłem zmienić temat, by znów zobaczyć te słodkie dołeczki w jego policzkach.
-Nigdy nie lubiłem Pokemonów - zagaiłem, po chwili ciszy.
-Nie - powiedział krótko brunet.
-Co nie? - spytałem zdezorientowany.
-Nie możesz nie lubić Pokemonów - oświadczył, krzyżując ramiona na piersi.
-Owszem, mogę - uniosłem jedną brew.
-Nie, nie możesz - upierał się.
-Mogę - począłem się z nim przekomarzać.
-Nie możesz.
-Mogę.
-Każę ci je lubić - ściągnął brwi, wlepiając we mnie wrogie spojrzenie.
-Jesteś strasznie zarozumiały - wywróciłem oczyma.
-Nieprawda - nie zgodził się, oburzony.
-Zawsze musisz mieć rację i obrażasz się za każdym razem, gdy się z tobą nie zgadzam, lub czegoś ci zabraniam - zwróciłem mu uwagę.
-Czy to niegrzeczne? - spytał zmartwiony, a jego spojrzenie złagodniało.
-Poniekąd - wzruszyłem ramionami.
-O nie! - zawołał przestraszony. - Przepraszam Lou, już taki nie będę. Nie odwieziesz mnie do domu, prawda? Nie chcę wracać do domu, proszę Lou, nie zawracaj - jęknął błagalnie, ciągnąc za rękaw mojej bluzy.
-Mówiąc, że cię odwiozę, żartowałem. Chyba już o tym rozmawialiśmy. Poza tym jesteśmy już zbyt daleko, by teraz zawracać - westchnąłem.
-Dziękuję! - zawołał wesoło, uśmiechając się z wdzięcznością, jednak nie puścił mojego ramienia, poczynając kreślić na nim abstrakcyjne wzory.
-Ale błagam cię, nie rób nic, co mogłoby sprawić, że choć przez chwilę pożałuję mojej decyzji - poprosiłem. Miałem naprawdę wiele wątpliwości co do tego czy zabierając Harrego ze sobą robię dobrze. W końcu był on niepełnoletni i mimo iż znajdował się tu z własnej woli, dopóki nie miał pozwolenia rodziców, w świetle prawa było to zwykłe porwanie. Jednak parę spraw nie dawało mi spokoju. Co brunet miał na myśli mówiąc, że rodzice nie będą go szukać? I co takiego wydarzyło się w jego życiu, że był gotów uciec za granicę jedynie z nieznajomym sobie, niewiele starszym od niego chłopakiem? Mimo wszystko jednego mogłem być pewien - nie chodziło tylko o iPhonea.
-Obiecuję - zapewnił po chwili ciszy, mocno ściskając moje ramię.
                   Potem żaden z nas nie mówił już nic więcej. Nie musiał. Nieco podgłaszając radio, Harry począł śpiewać mi łzawe ballady, bawiąc się sznurkiem kaptura mojej bluzy. Gdy zbyt wiele razy pomylił tekst, wściekł się, zmieniając stacje, jednak żadna z nich nie przypadła mu do gustu.
-Otwórz schowek - poleciłem mu.
-Po co? - zdziwił się.
-Po prostu otwórz - powiedziałem, po czym chłopiec wykonał moją prośbę. - Jaka płyta leży na wierzchu? - spytałem posyłając mu przelotne spojrzenie.
-Steve'a Earle'a - przeczytał z okładki, obracając plastikowe pudełko w dłoniach.
-Włóż ją do odtwarzacza i przełącz na siódemkę - poinstruowałem go, nie spuszczając wzroku z jezdni.
-Jak nazywa się ta piosenka? - spytał, gdy rozbrzmiały jej pierwsze akordy.
-Someday. Nie jest o Paryżu, ale poniekąd o podróży podobnej do naszej - powiedziałem.
-Jest ładna, podoba mi się - oświadczył po chwili, rozkoszując się dźwiękami muzyki.
                   Podśpiewując pod nosem, brunet powrócił do kreślenia wzorów na moim ramieniu. Po tym jak na chwilę oderwał się ode mnie, by włączyć jeszcze raz piosenkę, która właśnie dobiegła końca, Harry umieścił swoją dłoń w moich włosach, okręcając sobie wokół palca ich pojedyncze kosmyki. Zaprawdę zdumiewające było to jak swobodnie brunet czuł się w moim towarzystwie. Zachowywał się zupełnie jakbyśmy znali się od lat. Jego ufność i naiwność były iście dziecięce. W pewnym momencie przejechał on opuszkami palców po moim profilu, wymierzając mi pstryknięcie w policzek. Zdezorientowany posłałem mu pytające spojrzenie, na które on odpowiedział jedynie słodkim uśmiechem, podczas którego przygryzł dolną wargę. Rumieniąc się, spuścił wzrok, a ja westchnąłem zdając sobie sprawę z tego iż będzie to naprawdę bardzo długa podróż.

✗ ✗ ✗

Wiem, że w tym rozdziale nie dzieje się wiele i nie chcę was zniechęcać, ale kolejne będą podobne, ponieważ ze względu na to, że opowiadanie będzie miało ponad 30 rozdziałów nie chcę rozwijać akcji zbyt szybko. A poza tym w dużej mierze żadne napisane przeze mnie słowo nie jest przypadkowe i to co w tym momencie wydawać wam się może nieważne, za 10 rozdziałów może mieć decydujące znaczenie :)

piątek, 4 lipca 2014

Rozdział I

                   Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałem za długimi podróżami. Gdy byłem młodszy, zawsze spędzałem je na tylnym siedzeniu samochodu, wciśnięty między foteliki moich młodszych sióstr. W tłumie kłótni i poważnych rozmów rodziców oraz radosnych pisków i zabaw czterech blondynek, nie potrafiłem odnaleźć swojego miejsca. Zawsze zamykałem się w sobie, jedynie od czasu do czasu udzielając zdawkowe odpowiedzi na pytania zadawane przez moją rodzicielkę. To właśnie podczas takich "rodzinnych wypadów" uświadamiałem sobie iż wcale do nich nie pasuję. Owszem, kochałem ich, jednak wśród swoich bliskich czułem się niezwykle obco.
                   Nigdy jednak nie obwiniałem o to swoich rodziców. Zawsze byłem zdania iż robią oni wszystko co w ich mocy, by mi i moim młodszym siostrom żyło się jak najlepiej, za co byłem im niezmiernie wdzięczny. Mimo wszystko, w pogoni za dobrobytem, zapominali oni o najważniejszych rodzinnych wartościach. Choć żadna z nich nie przyznałaby tego na głos, byłem święcie przekonany o tym, że każda z moich sióstr poświęciłaby siódmą w tym tygodniu lalkę Barbie na rzecz soboty spędzonej w towarzystwie naszego, pracującego w pocie czoła ojca.
                   Sądzę, że styl życia, w którym pieniądz był traktowany jak ósmy członek naszej rodziny, powoli, małymi krokami prowadził do jej nieuchronnego rozpadu. Jako pierwszy odszedł ojciec. Składając w sądzie rodzinnym wniosek o rozwód ze swoja żoną, który znalazłem w czasie wiosennych porządków zrobił to jedynie teoretycznie, lecz część praktyczna była tylko kwestią czasu. Jako następny odszedłem ja. Nawet nie pożegnałem się z rodziną. Ostatnią wizytę w rodzinnym domu, złożyłem dzień po tym jak moje nazwisko zostało wykreślone z listy uczniów uczęszczających do najbardziej prestiżowej uczelni w Manchesterze. Moi rodzice oszczędzali całe moje życie, bym mógł na niej studiować. Pokładali we mnie wielkie nadzieje, lecz ja rozczarowałem ich tak, jak jeszcze nigdy. Nie było krzyku. Nie było awantury. Były tylko dwie pary, wpatrzonych we mnie, pełnych zawodu oczu. Gdy spytali czy mam inne plany na przyszłość, milczałem, albowiem nie miałem żadnych. Nie miałem wykształcenia, domu ani pracy. Nie zostało mi nic. I choć zawsze mogłem na nich liczyć, tym razem rodzice nie mogli udzielić mi pomocy. Nawet gdyby mi ją zaoferowali, zmuszony byłbym ją odrzucić. Musiałem nauczyć się żyć na własny rachunek. Prędzej czy później życie zmusiłoby mnie do stania się bardziej samodzielnym, a szósty zmysł nieustannie podpowiadał mi iż właśnie nastał ten czas. Tak więc pożegnałem się z rodzicami, obiecując, że w czwartek wpadnę na obiad. Cóż... nie wpadłem. Zamiast tego siedziałem za kierownicą pożyczonego samochodu, pokonując pierwszy odcinek trasy, która miała być drogą prowadzącą do bram mojego nowego życia. Lepszego życia.
                   Decyzja o wyjeździe do Paryża była dość spontaniczna. Podejmując ją nie miałem nawet czasu zastanowić się, czy aby na pewno nie będę jej żałował. Razem z nakazem eksmisji, w skrzynce pocztowej znalazłem list od mojego starego kumpla Zayna. Wiem o czym teraz myślicie. Jest XXI wiek, kto normalny wysyła jeszcze listy? Cóż... Zayn nigdy nie zaliczał się do osób normalnych. W końcu był artystą. Artyści z reguły bywają dziwni. Tak samo jak nasza relacja z resztą. Poznaliśmy się w wieku ośmiu lat i spotykaliśmy jedynie podczas moich corocznych wakacji, w jego rodzinnej miejscowości. Wraz z rodzicami i siostrami zawsze zatrzymywaliśmy się w pensjonacie jego rodziców. Już pierwszego dnia naszej znajomości dogadywaliśmy się świetnie i mimo różnicy charakterów nigdy nie dochodziło między nami do żadnych sporów. Rok w rok, Zayn prowadzał mnie do portu, gdzie pokazywał mi różnorakie promy wycieczkowe, czy też łodzie rybackie, opowiadając o swoich marzeniach związanych z pływaniem. Zawsze zazdrościłem mu tego niezłomnego przekonania o tym, że w przyszłości zostanie kapitanem. Ja nigdy nie wiedziałem, w jakim kierunku powinienem był podążać. Nawet teraz, albowiem zanim mnie z nich wylali, kilkakrotnie rozważałem zmianę kierunku studiów. Wracając do Zayna - gdy miał czternaście lat powiedział, że wolałby budować statki niż nimi pływać. Gdy skończył piętnaście uznał iż najlepiej wyszłoby mu projektowanie. Natomiast w wieku szesnastu lat również chciał projektować, lecz już nie statki. Trzy lata temu powiedział, że gdy skończy liceum zamierza wybrać się na uczelnie na wydział sztuk pięknych. Ludzie się nie zmieniają, po prostu dojrzewają, tak samo jak ich decyzje. W zeszłym i poprzednim roku również odwiedziłem Zayna latem, jednak tym razem bez rodziny. Byłem już za stary, by jeździć na wakacje z rodzicami. Wszystkie pozostałe trzysta pięćdziesiąt dni w roku utrzymywaliśmy kontakt telefoniczny, lub jak preferował Zayn - listowny. Jednak po przeczytaniu nakazu eksmisji, gdy tylko zauważyłem jego nazwisko na drugiej kopercie, nawet jej nie otwierając, chwyciłem za komórkę, wykręcając jego numer. Choć wcześniej nie wspominałem mu o tym ani słowem, gdy tylko usłyszałem jego głos po drugiej stronie słuchawki zalałem go oceanem słów, opowiadając wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, nie zapominając o użalaniu się nad sobą. Zakończyłem słowami "Nie wiem, Zayn. Po prostu nie wiem. Nie mam pojęcia co dalej", na co chłopak po chwili namysłu rzucił beztroskie "Wpadnij do mnie". I na początku taki faktycznie był plan. Jednak na podróż brakowało mi pieniędzy, których niestety nie mogłem pożyczyć od rodziców. Zdałem sobie też sprawę z tego, że to nic mi nie da. Wtedy Zayn - jako artysta - wygłosił mi długą, głęboką przemowę na temat sensu i celu życia, po której dosłownie mnie olśniło. Starając się choć przez chwilę poczuć tak beztrosko jak mulat, rzuciłem krótkie "Jadę do Paryża", za co zostałem nagrodzony pełnymi aprobaty słowami. Zayn dogadał się ze znajomym swojego ojca i załatwił mi darmowe miejsce na promie, który odpływał 30 czerwca, czyli za równy miesiąc od początku mojej podróży. Miałem niespełna cztery tygodnie, by zarobić nieco pieniędzy i praktycznie pieszo lub autobusami dotrzeć nad morze, gdzie jeszcze na kilka dni obiecałem zatrzymać się u Zayna.
                   Chciałem zacząć od nowa i to chyba był najlepszy sposób. W duchu modliłem się jednak o to, by wszystko poszło zgodnie z planem. Planem, który obejmował spanie na dworcu lub w polu oraz samotną podróż przez prawie cały kraj. Równie dobrze, gdzieś po drodze mógłbym zginąć. Gdy dzieliłem się swoimi obawami z Zaynem, jedynym co usłyszałem od niego w odpowiedzi było "Daj spokój Louis, raz się żyje. YOLO, pamiętasz?". Czasem zastanawiałem się czy jest on artystą czy po prostu zwykłym hipisem. W końcu widywałem się z nim tylko raz do roku. Skąd miałem wiedzieć, że tym razem nie będzie miał włosów do ramion i okrągłych, kolorowych okularów?
                   Przemierzałem właśnie niezabudowany odcinek drogi, gdy nagle z zamyślenia wyrwał mnie cichy szmer, definitywnie rozlegający się wewnątrz samochodu. Gdy po chwili nie powtórzył się on, uznałem iż musiałem się zwyczajnie przesłyszeć i puściłem to w niepamięć, ponownie skupiając wzrok na drodze. W pewnym momencie jednak, we wstecznym lusterku zauważyłem niepewnie wysuwającą się zza mojego fotela burzę kasztanowych loków i nieco mętne szmaragdowe tęczówki wpatrujące się we mnie w dość błagalny sposób.
-Mógłbyś trochę zwolnić? Mam chorobę lokomocyjną - w aucie rozległ się głęboki, chłopięcy głos.
                   Zszokowany z całej siły nadepnąłem na hamulec, sprawiając iż samochód natychmiastowo zatrzymał się w miejscu, a grawitacja szarpnęła nim do przodu. Siedzący na podłodze chłopak nie był przypięty pasami co spowodowało jego czołowe zderzenie się z przednim fotelem.
-Auć - jęknął na bolesne doznanie, masując swoje zaczerwienione czoło.
                   Wziąłem kilka głębszych oddechów, by nieco się uspokoić, jednak krew gotowała się we mnie w wręcz bolesny sposób. Moje knykcie zbielały w następstwie siły z jaką zaciskałem dłonie na kierownicy. To nie mogła być prawda. Czy ten dzieciak naprawdę zakradł się do mojego samochodu i siedział w nim jak mysz pod miotłą przez przeszło półtorej godziny? Przecież wyraziłem się jasno, że nie potrzebuję żadnych pasażerów na gapę! Nie mogąc dłużej nad sobą panować, szarpnąłem za pas bezpieczeństwa, odpinając go, po czym jak oparzony wyskoczyłem z auta, ruszając do tylnych drzwi. Otworzywszy je, przywitał mnie widok wysokiego nastolatka zwiniętego w kulkę na podłodze samochodu. Długie, szczupłe nogi miał podciągnięte pod klatkę piersiową, obejmując je ramionami. Jego kasztanowe loki roztrzepane były na wszystkie strony, a smutne, szmaragdowe tęczówki utkwione w mojej twarzy z pewną iskrą niepewności. Pełne, wiśniowe wargi przypominały kształtem małą literkę "o", lecz szybko zamknął je, przygryzając dolną wargę. W pierwszej chwili pomyślałem, że wygląda to całkiem słodko, jednak momentalnie otrząsnąłem się, ponownie wpadając w szał. Nie czekając dłużej, chwyciłem dekolt swetra kędzierzawego, brutalnie wyciągając go z auta. Niczego niespodziewający się chłopiec, bardzo pokornie pozwolił przygwoździć się do zamkniętych uprzednio drzwi samochodu. Nadal trzymając go za fraki, naparłem na niego ciężarem całego ciała i choć był o pół głowy wyższy ode mnie, nie miał wystarczająco dużo siły, by móc mi się przeciwstawić.
-Czy tobie kompletnie odbiło?! - warknąłem tuż na wprost jego twarzy.
-Ja... - zaczął jednak, nie pozwoliłem mu dojść do słowa.
-Skąd w ogóle się tu wziąłeś?! - wrzasnąłem wyprowadzony z równowagi, zmniejszając dystans między nami kolejnym szarpnięciem za dekolt jego swetra.
-Zostawiłeś otwarte drzwi i pomyślałem... - szepnął, lecz znów wszedłem mu w słowo.
-W takim razie źle myślałeś. Czy zdajesz sobie sprawę z tego co narobiłeś? - naprawdę toczyłem ze sobą wewnętrzną walkę o to, by go nie uderzyć.
-Nie... - niepewnie pokręcił głową.
-Teraz będę musiał cię odwieźć, przez co łącznie będę miał co najmniej trzy godziny w plecy. Mam tylko jedną szansę, by wsiąść na prom i możliwe, że właśnie mnie jej pozbawiłeś! - popchnąłem go z powrotem na drzwi samochodu, stawiając krok w tył. Owszem, miałem miesiąc, by dotrzeć na prom, lecz każda godzina była niezwykle cenna! Musiałem pokonać wyznaczoną trasę i zarobić trochę pieniędzy, a nie robić za szofera jakiegoś smarkacza!
-Więc mnie nie odwoź - odparł po chwili ciszy, zupełnie jakby była to najoczywistsza odpowiedź na świecie.
-Niby jak to sobie wyobrażasz? Że zostawię cię na środku pustkowia, półtorej godziny drogi od domu? Niezależnie od tego jak bardzo wściekły jestem na ciebie w tej chwili, mam w sobie jeszcze resztki człowieczeństwa - prychnąłem, poczynając krążyć w tę i z powrotem, przeczesując włosy palcami.
-Nie o to mi chodzi. Zabierz mnie ze sobą do Paryża - powiedział, brzmiąc na niezwykle zdecydowanego.
-Musiałbym być szalony, by to zrobić - prychnąłem nieco rozpaczliwie.
-Czemu? - autentycznie się zdziwił.
-Nie wmówisz mi, że nie widzisz nic złego w wywożeniu piętnastolatka za granicę, bo ma taki kaprys - westchnąłem, stając na przeciwko niego.
-Mam siedemnaście lat - wydął dolną wargę, urażony, jednocześnie krzyżując ramiona na piersi.
-To niczego nie zmienia. Ty nadal jesteś niepełnoletni, a to wciąż jest zwyczajne porwanie. Mogą nie za to wsadzić, wiesz? - uniosłem jedną brew, naśladując jego gest.
-Przecież nikt się nie dowie - wymruczał.
-A co z twoimi rodzicami? Będą cię szukać - zwróciłem mu uwagę.
-Uwierz mi, że nie będą - szepnął, odwracając wzrok.
-Moja odpowiedź nadal brzmi nie. Po prostu nie ma mowy - zadeklarowałem, rozkładając ramiona.
-Dlaczego? - jęknął, ponownie wlepiając we mnie parę zielonych oczu.
-Nie mogę tak po prostu wywieźć cię do Paryża, bo postanowiłeś zbuntować się, po tym jak rodzice odmówili ci kupna trzeciego w tym tygodniu iPhone'a - warknąłem. Ile razy jeszcze miałem powtarzać nie?
-To nie tak... - sapnął, brzmiąc dość bezradnie.
-Daj spokój i wsiadaj do samochodu, nie mam czasu na te bzdury. Im szybciej cię odwiozę, tym szybciej będę mógł ruszyć w drogę - syknąłem zniecierpliwiony, wskazując gestem dłoni, drzwi auta.
-Proszę, weź mnie ze sobą - nalegał, błagalnym tonem.
-Nie ma mowy - powtórzyłem.
-Zapłacę - zaoferował niespodziewanie.
-Ah, tak? Więc oświeć mnie proszę, skąd masz pieniądze? - uniosłem jedną brew, pozostając sceptycznym.
-Nie mam... - przyznał po chwili, krzywiąc się lekko.
-No właśnie - prychnąłem, ruszając w kierunku otwartych drzwi od strony kierowcy.
-Czekaj, nie pozwoliłeś mi powiedzieć jak chcę zapłacić - zawołał, łapiąc mnie za ramię.
-Skoro nie pieniędzmi to czym? - zatrzymałem się w pół kroku, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem.
-Są różne sposoby - wyszeptał dość niepewnie, drżącym głosem, wypuszczając moje ramię z uścisku. Przez chwilę przyglądałem się jego twarzy wykrzywionej w bolesnym grymasie. Nawiązując z nim kontakt wzrokowy dostrzegłem głęboki szmaragdowy odcień jego tęczówek oraz czające się w nich przygnębienie. Jego uśmiech był w stanie rozświetlić każdy mrok, lecz oczy zawsze pozostawały smutne. W momencie, w którym wypełniły się łzami, zrozumiałem, że coś jest nie tak. Dostrzegając kątem oka, ruch jego dłoni, przeniosłem na nie swój wzrok, po czym niemalże zachłysnąłem się powietrzem. Chłopiec bardzo niechętnie, w ślimaczym tempie, ściągał z siebie spodnie, których guzik i rozporek zdążył odpiąć już wcześniej. Jeśli przedtem jego oczy były smutne, teraz wyrażały jedynie czystą rozpacz i wołanie o pomoc.
-Na miłość boską! Ubieraj się i to w tej chwili! - zawołałem przerażony, odwracając wzrok, by nie naruszać jego prywatności.
-Nic innego nie mogę ci zaoferować - jęknął, będąc naprawdę bliskim łez.
-Jesteś aż tak zdesperowany, by sprzedać się obcemu mężczyźnie, by tylko wywiózł cię jak najdalej stąd? - ukryłem twarz w dłoniach, lecz uniosłem ją z powrotem, nie doczekawszy się odpowiedzi. -Tu nie chodzi tylko o iPhone'a, prawda? - spytałem, patrząc na niego ze współczuciem.
-Nie... - pokręcił głową, obejmując się ramionami, a ja zachodziłem w głowę, gdzie się podział chłopiec, który jeszcze przed chwilą pytał o mój ulubiony kolor i chwalił się samodzielnie ozdobioną okładką atlasu.
-Nadal nie jestem przekonany - wyznałem czując się naprawdę rozdartym. Z jednej strony nie mogłem tak po prostu wziąć go ze sobą, przecież nawet się nie znaliśmy, jednak z drugiej miał w sobie coś co sprawiało, że człowiek chciał go przygarnąć i się nim zaopiekować.
-Przysięgam, że mam naprawdę dobry powód, by uciec. Jeszcze nie teraz, ale obiecuję, że w końcu ci go wyjawię i wtedy zrozumiesz, że dobrze zrobiłeś zabierając mnie z Homles Chapel - mówił błagalnym tonem, z powrotem zapinając swoje spodnie.
-Przypomnij mi swoje imię, żebym mógł je westchnąć - poprosiłem.
-Harry - odparł chłopak.
-Harry... - westchnąłem, opuszczając ramiona, na co ten zachichotał słodko.
-Proszę... - uśmiechnął się przygryzając dolną wargę, przez co jego dołeczki stały się jeszcze bardziej widoczne.
-To nie takie proste... - nadal się wahałem.
-Proszę, zabierz mnie ze sobą do Paryża, a zrobię co tylko zechcesz - znów zaczął błagać.
-Wierzę na słowo - skrzywiłem się lekko, wspominając kilka ubiegłych minut, podczas których brunet udowodnił iż naprawdę stać go na wiele.
-Proszę... - powtórzył, lecz tym razem mnie złamał.
-Wskakuj do samochodu, nie mamy zbyt wiele czasu. Nasz prom odpływa za miesiąc. Za kilkanaście kilometrów muszę oddać samochód kumplowi i resztę drogi będziemy musieli przebyć autobusami lub na pieszo. W tym czasie musimy też zarobić trochę pieniędzy i chcąc nie chcąc robić jakieś przerwy i postoje. Podjęliśmy się wyzwania pokonania prawie całego kraju. Nie mamy czasu do stracenia - westchnąłem, mimowolnie unosząc kąciki ust.
-Tak bardzo, bardzo ci dziękuję - ucieszył się niczym mała dziewczynka, wpadając w moje ramiona. Rękoma oplótł mnie wokół talii i choć był wyższy ode mnie, ułożył głowę na mojej klatce piersiowej, mocno się w nią wtulając.
-Podziękujesz mi, gdy będziemy w Paryżu - szepnąłem, czule gładząc go po plecach, lecz w głowie cały czas słyszałem głos zdrowego rozsądku, który na całe gardło krzyczał "W coś ty najlepszego się wpakował, Louis?!".

✗ ✗ ✗

Tak więc dwa tygodnie po premierze prologu Małego Księcia powracam do was z pierwszym rozdziałem. Dziękuję wszystkim, którzy nie szczędzili mi pochlebnych opinii na jego temat i zadeklarowali się, iż będą czytać kolejne części tego opowiadania, ponieważ jest to dla mnie ogromna motywacja :)
Poza tym skoro dodałam już dwa posty, poprowadzę to opowiadanie do epilogu, nawet jeśli miałyby przeczytać go dwie osoby x