niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział XIV

                   Szczerze mówiąc nie wiedziałem co powinienem myśleć o wyznaniu Harrego. Z jednej strony było ono dla mnie zupełnym szokiem, z drugiej jednak kompletnie nie byłem nim zaskoczony. Zdawałem sobie bowiem sprawę z tego, iż brunet miał swoje powody do ucieczki, a sposób w jaki postanowił ją zrealizować, jedynie utwierdził mnie w ich powadze. Musiało istnieć również racjonalne wytłumaczenie tego, czemu Harry nie tyle nie chciał się przy mnie przebierać, co nie pozwalał sobie nawet na noszenie niczego na krótki rękaw w mojej obecności. Natomiast jego reakcja na moją opowieść o tym co wydarzyło się między mną, a Stephenem, z nieco przesadzonej, nagle wydała mi się być niezwykle zrozumiała. Wszystko to nie zmieniało jednak faktu, iż nie miałem pojęcia jak powinienem zachowywać się od teraz względem Harrego. Już wcześniej chłopiec obdarzył mnie wręcz niebywale wielkim zaufaniem, w niezwykle krótkim czasie, co (biorąc pod uwagę to jacy ludzie otaczali go na co dzień) było niewiarygodne i wzbudzało we mnie pewnego rodzaju niepokój, iż równie szybko jak to zaufanie zyskałem, tak też mogę je stracić. Jednak, gdy chłopiec otworzył się przede mną, odsłaniając w ten sposób kawałek swojej duszy, poczułem, że to co jest między nami staje się jeszcze bardziej kruche. Szczerze mówiąc nigdy nie uważałem się za osobę czułą, cierpliwą, ciepłą czy wyrozumiałą. Zawsze byłem na swój sposób zepsuty, pozbawiony empatii i nieco egoistyczny i to właśnie łączyło mnie z Olivią, która niszcząc nasz związek w niezwykle okrutny sposób, nieświadomie zniszczyła również mnie. Możliwe, że ona tego nie dostrzegała, lecz pod tą skorupą obojętnego na wszystko i wszystkich dwudziestolatka, tak naprawdę krył się niezdecydowany i zagubiony chłopiec, który nigdy nie wiedział czego chciał od życia, więc stosował metodę prób i błędów. Nigdy jednak nie potrafiłem pobudzić swojego wewnętrznego ja do życia. Łatwiej było udawać, że nikt i nic prócz mojej osoby się dla mnie nie liczy, tak długo aż stało się to prawdą. Olivia zraniła mnie i upokorzyła, jednak gdy wszystkie emocje opadły nie czułem dłużej smutku, czy przygnębienia, a raczej pustkę, która szczerze mówiąc towarzyszyła mi każdego dnia. Może nigdy nie kochałem jej tak jak próbowałem udowodnić to sobie i jej? Może o tym wiedziała, może nie. Może tak naprawdę wszystko było moją winą? Kto wie? Bo skoro nie umiałem być w porządku nawet względem najbliższej mi rodziny to, czy potrafiłem w ogóle?
                   To właśnie świadomość tego wszystkiego budziła we mnie względnie ludzkie uczucia w postaci troski o Harrego. Obawiałem się tego, że prędzej czy później, świadomie czy też nie, skrzywdzę go mimo, iż przez ostatnich siedemnaście lat swojego nędznego, pozbawionego miłości życia, wycierpiał się on za wszystkie czasy. Nie chciałem być w oczach chłopca kolejnym rozczarowaniem. Nie wiedziałem jednak co mógłbym zrobić, by do tego nie dopuścić. Wszystkie swoje wybuchy, czy też przejawy trudnego charakteru względem bruneta, tłumaczyć mogłem niewiedzą, lecz teraz, gdy znałem już jego sekret, nic mnie nie usprawiedliwiało. Wiedziałem, że powinienem być dla niego czuły, by stworzyć mu poczucie bezpieczeństwa, którego nigdy nie zaznał, lecz nie wiedziałem czy byłem w stanie. Nie oznaczało to jednak, iż nie zamierzałem próbować. Mimo niedługiego stażu naszej znajomości Harry nie był mi obojętny i choć trudno było mówić tu o miłości czy innym głębszym uczuciu, sądziłem, iż zasługuje on na wszystko co najlepsze i postanowiłem mu to zapewnić, w takim stopniu na jaki było mnie stać.
                   Tak więc zamiast zwyczajnie odepchnąć go od siebie, jak to miałem w zwyczaju, gdy dzieliliśmy łóżko w mieszkaniu rodziny Payne, obudziłem Harrego wplatając dłoń w jego włosy, by po chwili podrapać go za uchem, na co ten zamruczał rozkosznie. Dźwięk ten wydał mi się nadzwyczaj znajomy, po czym przeszukując zakamarki swej pamięci, przypomniałem sobie kilka podobnych do tej, sytuacji. Może potrafiłem być czuły względem Harrego nawet od niechcenia, bądź też nieświadomie?
-Dzień dobry - wymruczał sennym głosem w materiał mojej koszulki.
-Dzień dobry - odparłem, oplatając sobie jego pojedyncze loki wokół palca.
-Jestem głodny - ziewnął, podnosząc się do pozycji siedzącej, po czym przetarł zaspane powieki piąstkami.
-Więc chodźmy kupić kanapki - wzruszyłem ramionami, rozglądając się wokół, po czym uświadomiłem sobie, iż w dalszym ciągu znajdujemy się w ślepym zaułku pomiędzy kamienicami, gdzieś na obrzeżach Wolverhampton.
-W porządku - skinął głową, posyłając mi leniwy uśmiech.
-Daj mi portfel - poleciłem, na co Harry spiął się nieco, odwracając wzrok.
-Nie mam - odparł ledwie słyszalnie, wstrzymując oddech.
-Słucham? - spojrzałem na niego wielkimi oczyma.
-Nie mam - powtórzył już nieco wyraźniej, lecz równie nieśmiało.
-Jak to nie masz?! - poczułem jak cała krew odpływa mi z twarzy.
-No nie mam - jęknął, nie wiedząc co ze sobą począć, umiejętnie omijając mnie rozbieganym wzrokiem.
-Przecież włożyłem ci go wczoraj do kieszeni! - zawołałem, nie mogąc nabrać do płuc wystarczająco dużej ilości powietrza.
-Wiem - tchnął, nerwowo bawiąc się swoimi dłońmi.
-Więc mi go daj - zażądałem, po czym przygniatając chłopca do miękkiego, granatowego obicia kanapy, wsunąłem dłonie w tylne kieszenie jego spodni, z przerażeniem odkrywając, iż są one puste.
-Louis, przestań - brunet zachłysnął się powietrzem, patrząc na mnie z wyraźną paniką wymalowaną na twarzy.
-Przepraszam - westchnąłem, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość. - Harry... co się stało z portfelem? - starałem się opanować drżenie głosu, przejeżdżając dłońmi po twarzy.
-On mi go zabrał... wczoraj... Wtedy, gdy mnie trzymali i on mówił te okropne rzeczy, nie złapał mnie za... um... tylko wyciągnął mi portfel, dlatego zacząłem płakać jeszcze głośniej... Myślałem, że zauważyłeś... - tłumaczył się niezwykle pokornym tonem głosu, zupełnie jakby odczuwał wyrzuty sumienia, lub czuł się winny zaistniałej sytuacji.
                   Słysząc jego słowa, westchnąłem głośno, nie wiedząc co ze sobą począć. Niespodziewanie podniosłem się z kanapy, ruszając przed siebie. Rozglądając się wokół dostrzegłem jedynie starą, zaniedbaną część miasta, oraz majaczący w oddali znak oznaczający jego granicę. Nie tak to wszystko miało wyglądać. W tej chwili ja i Harry powinniśmy byli już dawno być w pociągu, jednak skoro nie mieliśmy ani grosza przy duszy, nie zapowiadało się na to, abyśmy mieli w ogóle do niego wsiąść. Poza tym brunet powiedział, że jest głodny... I co ja niby miałem w tej sytuacji zrobić? Obrabować kogoś, czy pozwolić mu głodować? Może i byłem zdesperowany, ale nie byłem złodziejem. Z każdą kolejną myślą coraz więcej łez cisnęło mi się do oczu. Pieniądze szczęścia nie dają, lecz bez nich również nie jest kolorowo. Nie tak to wszystko sobie zaplanowałem, jednak śmiejąc się gorzko, doszedłem do wniosku, że przecież nigdy nic nie układało się po mojej myśli, więc czemu tym razem miałoby być inaczej? Im dłużej rozmyślałem nad zaistniałą sytuacją, tym bardziej bezradny się czułem. Gdyby chodziło tylko o mnie nie martwiłbym się tak bardzo. Jakoś bym sobie poradził. Lecz był jeszcze Harry. Byłem za niego odpowiedzialny. Czując jak szloch wstrząsa moim ciałem, usiadłem na środku nie za często uczęszczanej jezdni, pozwalając jednej słonej łzie, spłynąć wzdłuż mojego policzka. Po chwili płakałem już otwarcie, wpatrzony w bezchmurne niebo, czując pod plecami ciepły asfalt. Mokre policzki, przyspieszony oddech i towarzyszące im drżenie były tak obcym mi uczuciem. Nie płakałem zbyt często, można nawet powiedzieć, że prawie wcale, lecz nigdy nie było to spowodowane smutkiem, żalem, czy tym bardziej szczęściem. Jedynym powodem do płaczu w mojej głowie była bezradność, którą odczuwałem w tym momencie wręcz ze wzmożoną siłą. Niespodziewanie poczułem czyjąś dłoń, ujmującą moją w pokrzepiającym uścisku.
-Przepraszam... - szepnął Harry, spuszczając głowę.
-To nie twoja wina - załkałem zgodnie z prawdą, lecz brunet nie uwierzył mi, jedynie mocniej ściskając moją dłoń.
-Gdyby nie ja to wszystko by się nie wydarzyło. Przepraszam, że z tobą pojechałem... - wychrypiał drżącym głosem, unikając mojego lśniącego od łez spojrzenia.
-Nie, Harry, nawet tak nie myśl. Zasługujesz na to, żeby pojechać do tego pieprzonego Paryża nieskończenie wiele razy bardziej niż ja, a skoro obiecałem ci, że cię tam zabiorę, to cię tam zabiorę, jednak teraz mam małą chwilę zwątpienia i kompletnie nie wiem co dalej, więc popłaczę sobie przez minutę lub dwie, po czym coś wymyślę, ale póki co czuję jakby wszystko na raz sypało mi się na głowę i burczenie twojego brzucha naprawdę mi nie pomaga - mówiłem, co jakiś czas wzdychając ciężko.
-Proszę, nie płacz. Ja tu jestem od płakania, ty masz trzymać fason - wymruczał z powagą i troską wymalowaną na twarzy, wolną dłonią ocierając łzy spływające wzdłuż moich policzków.
-Nadal nie pomagasz - prychnąłem, nie mogąc powstrzymać rozczulonego śmiechu, na co chłopiec speszył się nieco, posyłając mi uroczy uśmiech. W pewnym momencie, zupełnie mnie tym zaskakując, brunet pochylił się nade mną, łącząc nasze wargi w słodkim pocałunku, który bez wahania odwzajemniłem. - Co to było? - wypaliłem, patrząc na niego spod uniesionych brwi.
-Wczoraj, gdy płakałem, dałem ci buziaka i od razu poczułem się lepiej, więc miałem nadzieję, że tym razem również zadziała. Więc? Czujesz się lepiej? - spojrzał na mnie z wymalowaną na twarzy mieszanką niepewności i nadziei.
-Nie, raczej nie - nonszalancko wzruszyłem ramionami, kręcąc głową rozbawiony. Zapewne biorąc moje słowa na poważnie, Harry ściągnął brwi w konsternacji, po czym przyciągnął mnie do kolejnego, słodkiego pocałunku. Mimo pozorów, które nieświadomie wręcz uwielbiałem stwarzać, czerpałem z niego równie wiele przyjemności co brunet. Pocałunki Harrego były niezwykle czułe, niewinne i delikatne, a jego wargi rozkosznie pełne i miękkie. Gdy po dłuższej chwili, chłopiec odsunął się ode mnie z pewnego rodzaju niechęcią i utęsknieniem, posyłając mi kolejne pełne nadziei spojrzenie, spytał niepewnie:
-A teraz?
-Dużo lepiej - zaśmiałem się rozbawiony, za co nagrodzony zostałem najpiękniejszym i najbardziej szczerym uśmiechem jaki kiedykolwiek widziałem.
-Czyli jednak pomogłem! - zawołał podekscytowany.
-Tak, pomogłeś - westchnąłem, oczarowany jego niemalże dziecięcym entuzjazmem.
                   Po raz ostatni unosząc kąciki ust, brunet położył się na jezdni tuż obok mnie, splatając ze sobą nasze dłonie. Sądząc po tym jak mocno grzało oraz na jakiej wysokości znajdowało się słońce, mogło być południe. Przyroda tętniąca pełnią życia jak i również inne pierwsze oznaki lata dawały znać o sobie nawet w tak zaniedbanej części miasta. Zewsząd dobiegały piękne melodie będące owocem współpracy ptaków i szumu delikatnego wiatru, który hulając figlarnie był powodem zirytowanych sapnięć Harrego, co chwilę odgarniającego z twarzy niesforne kosmyki włosów. Studiując wzrokiem kształty białych, puchatych chmur leniwie wlekących się po bezbłędnie błękitnym niebie, pogrążałem się w myślach, pragnąc znaleźć wyjście z zaistniałej sytuacji. Początkowo chłopiec zdawał się to rozumieć i szanować, lecz po upływie niespełna kilkunastu minut, począł rozpraszać mnie, przejeżdżając opuszkami swoich palców po kostkach mojej dłoni. W pewnym momencie jednak porzucił tę czynność na rzecz zabawy sznurkiem wystającym z kaptura mojej bluzy, by już po chwili począć wiercić się niespokojnie, jakoby inna pozycja zapewnić mu miała więcej rozrywki. Zanim się obejrzałem jedna z jego nóg przerzucona była przez moje biodra, natomiast szczupłe ramiona oplótł wokół mojego bicepsa. Nie trwało to jednak długo, gdyż już po chwili dosłownie przetoczył się on przeze mnie, aby znaleźć się po mojej drugiej stronie, a ja wręcz wstrzymałem oddech dziwiąc się temu jak lekki okazał się być.
-Lou, wymyśliłeś już coś? - spytał niespodziewanie.
-Nie - rzuciłem monotonnym tonem głosu.
-Ale ja tak bardzo się nudzę - jęknął żałośnie.
-Zauważyłem - prychnąłem.
-I jestem głodny i jest mi gorąco i... - począł wymieniać, ponownie lgnąc do mojego boku.
-Masz nadal swój plecak, prawda? - przerwałem mu ciężkim westchnięciem.
-Tak? - odparł niepewnie, nie wiedząc dokąd zmierzam.
-Czy ciocia Karen nie dawała ci czegoś do jedzenia na drogę? - spytałem pełen nadziei.
-Hmmm... chyba dawała - przyznał po chwili namysłu.
-Widzisz? Jeden problem rozwiązany. A jeśli ci gorąco, w moim plecaku, bo jest większy, są ubrania. Załóż jakieś szorty i koszulkę - poleciłem.
-Nie - tchnął, mocniej się we mnie wtulając.
-Czemu? - westchnąłem, starając się ukryć zniecierpliwienie.
-Bo nie - sapnął, nieco się spinając.
-Chodzi o twoje blizny? - spytałem niepewnie, najbardziej łagodnym tonem głosu, na jaki było mnie stać.
-Może... - burknął w materiał mojej bluzy.
-Przecież i tak już je widziałem - delikatnie potarłem jego ramię w pokrzepiającym geście.
-Ale, gdy ci je pokazałem nie patrzyłeś na mnie ładnie, a ja chciałbym, żebyś patrzył na mnie jak na Valerie... - wyznał nieśmiało, po czym zacisnął powieki, przygryzając dolną wargę, jakoby pragnął, by słowa te wróciły z powrotem do jego ust.
-Um ja... - tchnąłem nieco zaskoczony, albowiem począłem zastanawiać się czy w wypowiedzi chłopca nie kryło się drugie dno... Oh, kogo ja próbowałem oszukać? Mimo, iż moje ego ani samoocena nie były nigdy nazbyt wybujałe, musiałbym być głupi, by nie widzieć sposobu w jaki odnosił się do mnie Harry. Musiałbym być ślepy, by nie dostrzec tych wszystkich małych gestów, czułości i delikatnych dotyków, którymi mnie obdarowywał. Musiałbym być głuchy, by nie słyszeć bólu w jego głosie, gdy przyłapał mnie z Valerie. Musiałbym mieć serce z kamienia, by nie czuć jak wiele pasji wkładał w każdy nasz pocałunek. Harry był we mnie zadurzony i choć nie powiedział tego jeszcze wprost, z jego niezdolnością do trzymania słów i uczuć na wodzy, była to tylko kwestia czasu. Także nie mogłem mieć mu za złe tego, iż najzwyczajniej w świecie chciał mi się podobać.
-Nie patrzyłem na ciebie - w tym miejscu odchrząknąłem nadal będąc zdezorientowanym doborem słów bruneta - "ładnie", ponieważ było mi przykro, okej? Martwiłem się o ciebie i starałem nie płakać, ale obiecuję, że to był już ostatni raz - zapewniłem, podnosząc się do pozycji siedzącej, co zrobił również Harry, dzięki czemu mogłem spojrzeć w jego szmaragdowe tęczówki. - Idź się przebrać, a potem coś zjedz - dodałem ujmując w dłoń jego policzek, który czule przetarłem kciukiem.
-Tu? - spytał niepewnie, rozglądając się wokół.
-Nikogo tu nie ma - wzruszyłem ramionami, na co ten skinął głową, podnosząc się z ziemi.
-Ale nie patrz - poprosił, strzepując kurz ze swoich, a raczej moich, spodni.
-Oczywiście - obiecałem, ponownie kładąc się na asfalcie ze wzrokiem utkwionym w chmurach, w czasie gdy Loczek ruszył z powrotem do ślepego zaułka pomiędzy kamienicami, gdzie w dalszym ciągu na starej, granatowej kanapie czekały na nas nasze plecaki.
                   Leżąc na wznak na zakurzonym asfalcie, wygrzewałem się w czerwcowym słońcu, które w pewnym momencie niespodziewanie przysłonił mi cudzy cień. Podnosząc się do pozycji siedzącej dostrzegłem stojącego na wprost mnie bruneta ubranego w jasne, kończące się tuż przed kolanem, jeansowe szorty i białą koszulkę na krótki rękaw z logiem jakiegoś rockowego zespołu, o którym (mimo, iż była to moja koszulka) szczerze mówiąc nigdy nie słyszałem. Jako pierwsze, w oczy rzuciły mi się jego długie, szczupłe i niezwykle zgrabne jak na chłopca nogi. Dopiero po chwili dostrzegłem zdobiące je siniaki, zadrapania oraz blizny mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. Podobnie było z jego ramionami. Mimo, iż większość z nich była już zagojona lub wyblakła, w dalszym ciągu z trudem przychodziło mi patrzenie na obrażenia zielonookiego. Dla jego dobra postanowiłem jednak nie dać tego po sobie poznać. Harry natomiast stał nade mną dość niepewnie, prezentując swój nowy strój, podczas gdy studiował moją twarz uważnym spojrzeniem, jakoby doszukiwał się w niej czegoś na kształt aprobaty.
-Chodź - przywołałem go do siebie gestem dłoni, po czym zapraszająco poklepałem swoje kolana. Nadal pozostając nieco sceptycznym, niepewnie usadowił się wygodnie na moich podołku, przodem do mnie, tak aby mógł zarzucić swoje sponiewierane ramiona na moje barki. - Jesteś piękny - szepnąłem, gdy zieleń jego tęczówek spotkała błękit moich, jednak ten jedynie pokręcił przecząco głową, nieco ją spuszczając. Nie wiedząc jak inaczej mógłbym go przekonać, niespodziewanie wpiłem się w jego usta, składając na nich słodki pocałunek, który on przyjął z wdzięcznością. - Czy patrzę na ciebie ładnie? - posłałem mu rozczulone, pytające spojrzenie, na które on odpowiedział jedynie nieśmiałym skinieniem głowy.
-Przyjaciele nie trzymają się za ręce - wymruczał niespodziewanie, to co sam jeszcze kilka dni temu próbowałem mu wpoić, splatając ze sobą nasze dłonie.
-Nie - pokręciłem głową.
-Przyjaciele się nie całują - mimo, iż nie było to pytanie, posłał mi niepewne spojrzenie, jakoby oczekiwał ode mnie potwierdzenia.
-Nie - westchnąłem, przygotowując się na nieuchronną serię pytań na temat tego co w takim razie jest między nami, lecz ku mojemu zdziwieniu takowa nie nadeszła. Harry jedynie skinął głową z ciepłym uśmiechem, sprawiając wrażenie usatysfakcjonowanego moją odpowiedzią.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział XIII

                   Mimo, iż obiecałem to sobie poprzedniego dnia, nie odnalazłem w sobie wystarczającej odwagi, ni odpowiednich słów by ponownie przeprosić Harrego. Nie wiedziałem co mógłbym mu jeszcze powiedzieć oraz drżałem na samą myśl o przywoływaniu drażliwych tematów, czy też naszych sprzeczek w obawie o reakcję wrażliwego na różnorakie niepowodzenia, bruneta. Loczek bowiem był niczym kameleon wtapiający się w tło każdej sytuacji. Gdy wszystko układało się po jego myśli, był najbardziej uroczym i ujmującym chłopcem na całym świecie, jednak wystarczył jeden wypadek lub nieszczęście, by zmienił się on w chodzącą kupkę nerwów, wylewającą z siebie morza łez, wymykających się spod kontroli emocji, czy też nieskładnych, pozbawionych sensu zdań wyrażających jego zdenerwowanie poprzez drżenie głosu.
                   Tak więc obudziłem go bez zbędnych słów, bawiąc się jego włosami tak długo, aż nie uchylił ciężkich powiek, ukazując w ten sposób swoje lśniące tęczówki, a ja począłem zastanawiać się jakim cudem dopiero teraz dostrzegłem, iż są one nieskończenie wiele razy bardziej zielone i hipnotyzujące niż te należące do Valerie. Chłopiec przywitał mnie leniwym uśmiechem, który odwzajemniłem, w duchu odetchnąwszy z ulgą. Dziś opuścić mieliśmy bar i mieszkanie rodziny Payne, więc gdyby w razie Loczek się na mnie gniewał, nie miałbym zbyt wiele czasu, aby ponownie wkupić się w jego łaski. Ziewając przeciągle, chłopiec zasłonił usta dłonią, uprzednio upewniając się, iż rękaw jego koszulki zakrywa wszystko aż po nadgarstek. Następnie począł wyplątywać się z pościeli, w czym pomogłem mu ściągając z nas kołdrę, za co brunet podziękował mi wdzięcznym uśmiechem. Gdy jego bose stopy znalazły się już na podłodze wyłożonej jasnym drewnem, wyrzucił on swoje ramiona w górę, by nieco rozprostować kości, przy czym mimowolnie wydał z siebie dźwięk podobny do mruczenia. Przez chwilę przyglądałem się mu w milczeniu, zachwycając się tym jak młodo, niewinnie i... anielsko wyglądał o poranku, gdy niespodziewanie z zamyślenia wyrwały mnie jego miękkie, pełne wargi składające słodkiego całusa na skórze mojego policzka. Mimo, iż nie był to pierwszy raz, zaskoczony przyłożyłem dwa palce do miejsca, w którym jeszcze przed chwilą znajdowały się usta chłopca, posyłając mu przy tym pytające spojrzenie, na które on odpowiedział jedynie figlarnym uśmiechem, po czym wstał z łóżka i wyszedł z pokoju, zbierając po drodze przypadkowe ubrania, które najprawdopodobniej planował założyć.
                   Przeczesując włosy palcami, również podniosłem się z posłania, przy czym ziewnąłem przeciągle, wygładzając pomięty materiał mojej koszulki. Następnie starannie posłałem łóżko, by po chwili skierować się do szafy, której zawartość począłem przepakowywać do dwóch plecaków. Jeden z nich (granatowy z brązowymi, skórzanymi wstawkami) należał do Harrego, natomiast drugi (czarny, typowo szkolny) podarował mi Liam, twierdząc, iż jest on bardziej poręczny, niżeli torby, w czym w stu procentach się z nim zgadzałem. Gdy na półkach pozostały już tylko czarne spodnie oraz szara bluza, które planowałem dziś na siebie włożyć, do pokoju wszedł Harry ubrany w moje, jedyne nie za krótkie na niego, ciemne jeansy i niebieski sweter z łatami na łokciach. Jego włosy były wilgotne i bardziej skręcone niż zwykle, co świadczyło o tym, iż brunet dopiero co wyszedł spod prysznica. Również pragnąc go zażyć, minąłem się z nim w progu, ruszając prosto do łazienki.
                   Obaj wykąpani i w kompletnym stroju udaliśmy się na śniadanie, na którym jak zwykle pojawiliśmy się jako ostatni, w czasie, gdy reszta rodziny oraz Valerie, która w gruncie rzeczy również była jej częścią siedziała już przy starannie nakrytym stole. Tym razem jednak blondynka zajęła miejsce przy Liamie, dając nam w ten sposób szansę usiąść obok siebie. Harry zareagował na to w jego mniemaniu dyskretnym, triumfalnym uśmiechem, natomiast ja utkwiłem wzrok w swoich kolanach, rumieniąc się pod dosadnym, znaczącym spojrzeniem dziewczyny. Wczoraj byłem zbyt rozkojarzony i zmartwiony zachowaniem bruneta, by myśleć racjonalnie, lecz teraz, siedząc twarzą w twarz z Valerie, zapragnąłem zapaść się pod ziemię. Było mi krótko mówiąc głupio. Początkowo obawiałem się niechęci i szyderstw ze strony blondynki, jednak już podczas śniadania przekonałem się, iż jest ona typem osoby niezwykle wyrozumiałej i lekkodusznej. Wprost powiedziała, że nie traktuje tego co jest między nami poważnie i tak rzeczywiście było. Po prostu stawiała sprawy jasno. Pod tym względem pasowałaby do Zayna. Zapamiętać: Warto przyjaźnić się z hipisami.
                   Tego dnia podczas pracy w barze okazało się, że Valerie nie tylko planowała dokuczać mi z powodu Harrego, zupełnie jak mój kuzyn, lecz dodatkowo postanowiła go w to wciągnąć, wtajemniczając go w to co zaszło między nami poprzedniej nocy, niestety nie pomijając dość żenującego końca. Zmęczony słuchaniem żartów dotyczących domniemanej więzi łączącej mnie z Loczkiem (siedemnastolatkiem, którego znałem od niecałych dwóch tygodni, na miłość Boską!) postanowiłem zajrzeć do niego i Karen, z nadzieją, iż chociaż w kuchni będę miał chwilę spokoju. Ruch nie był duży, więc spokojnie mogłem sobie na to pozwolić. Gdy w końcu dotarłem na miejsce, przekazałem cioci wieści o naszym dzisiejszym wyjeździe, które szczerze mówiąc bardziej zaskoczyły bruneta, niż moją rozmówczynię. Bijąc się otwartą dłonią w czoło, przeprosiłem chłopca, tłumacząc, iż zwyczajnie wyleciało mi z głowy, by go o tym poinformować. Mimo pierwszorzędnego smutku i oburzenia, w końcu zaakceptował taką kolej rzeczy, obdarzając mnie jedynie krótkim, jednakowoż rzeczowym "w porządku", które w jego przypadku oznaczać mogło autentyczną zgodę lub bezradność, którą wyrażał właśnie tymi słowami. Tym razem odniosłem wrażenie, iż użył tego zwrotu w obu jego znaczeniach. Z jednej strony wiedział, że musimy wyjechać, natomiast z drugiej widziałem jak bardzo zżył się z tym miejscem i nie musiałem być geniuszem, by domyślić się, iż będzie zwyczajnie tęsknił.
                   Dzisiejsza kolacja różniła się nieco od poprzednich. Towarzyszyła jej pewnego rodzaju nostalgia związana z wiszącą w powietrzu świadomością nieuchronnego pożegnania. Gdy wszystkie talerze były już puste, wraz z Harrym i ciocią udaliśmy się do kuchni, gdzie ze swojej tajnej skrytki na pieniądze kobieta wyciągnęła należne nam wynagrodzenie za ponad tygodniową pracę w barze. Po przeliczeniu doszedłem do wniosku, iż jest tego stanowczo za dużo, jednak Karen nalegała, abyśmy przyjęli to jako zabezpieczenie na podróż, więc tak właśnie zrobiliśmy, lecz nie obyło się bez piętnastominutowych, bezskutecznych protestów. Chowając wypłatę zarówno swoją jak i Harrego, wsunąłem mu portfel do jednej z tylnych kieszeni, których moje spodnie nie posiadały, po czym ruszyliśmy do pokoju gościnnego, z którego wzięliśmy nasze bagaże, by następnie zejść na parter, gdzie czekała na nas już cała rodzina. Z Valerie pożegnaliśmy się, gdy dziewczyna skończyła zmianę, jednak gdy przyszła pora na ciocię, wujka i Liama, zrobiło się nieco bardziej emocjonalnie. Pożegnanie to nie było dla mnie łatwe i to dzięki niemu zrozumiałem, czemu nie zdobyłem się na uczynienie tego w stosunku do moich rodziców i sióstr. Nieważne jak bardzo miałbym ich dość, czy działaliby mi na nerwy, wciąż byli moją rodziną i mimo wszystko zawsze zajmowali swoje miejsce w moim złamanym przez Olivię, lecz wciąż bijącym sercu. Wiedziałem, że nie nastąpi to dziś, ani też dopiero w Paryżu, ale postanowiłem do nich zadzwonić.
                   Po tym jak przekroczyliśmy próg Cornerstone,po raz ostatni machając jego właścicielom, Harry bezwiednie ujął moją dłoń, splatając ze sobą nasze palce, z czym szczerze mówiąc już dawno przestałem walczyć. Było już po zmroku, a nieprzyjemną dzielnicę oświetlały jedynie uliczne lampy, których ktoś nie zdążył jeszcze zbić lub był na tyle dobry, by zadbać o to, by ich żarówki nie były przepalone. W pewnym momencie usłyszałem masywne, należące do wielu par butów kroki. Nie przejąłem się tym dopóki nie dołączyły do nich również męskie głosy oraz śmiechy dobiegające z nie więcej niż kilku metrów za naszymi plecami.
-Czy oni trzymają się za ręce?! - zawołał jeden z nich niespodziewanie, przerywając ciszę panującą w tej rzadko uczęszczanej części miasta.
-O kurwa! Pedały! - dorzucił drugi, śmiejąc się głośno i nieopanowanie, drażniąc tym moje uszy.
-Idź szybciej i broń Boże nie odwracaj się - szepnąłem, wyczuwając drżenie dłoni Harrego, którą instynktownie chwyciłem mocniej.
-Hej, kochasie! Do was mówimy! - wydarł się jeden z oprychów.
-Udajecie, że nie słyszycie?! A gdzie kurwa szacunek?! - oburzył się inny w niezbyt kulturalny sposób, gdy głowa Loczka bezwiednie pognała do tyłu, w kierunku źródła nawoływania.
-Powiedziałem, żebyś się nie odwracał - syknąłem, wpatrując się przed siebie.
-Przepraszam... - jęknął łamiącym się głosem.
-Chodź szybciej, błagam - wymruczałem, gdy odgłosy kroków i obelg rzucanych w naszą stronę, coraz bardziej poczęły zwiększać ilość swoich decybeli.
                   W pewnym momencie poczułem silne szarpnięcie do tyłu, mocno zaciskając powieki, w oczekiwaniu ciosu, który ku mojemu zdziwieniu nie nastąpił. Niepewnie otwierając oczy, spojrzałem na swoje dłonie, jakoby czegoś lub kogoś mi w nich brakowało. Szybko odzyskując jasność umysłu, z przerażeniem dostrzegłem przypartego do rozpadającego się już, ceglanego muru Harrego, którego twarz nie wyrażała nic poza czystą paniką i wołaniem o pomoc. Wokół niego stało trzech typów spod ciemnej gwiazdy, którzy mimo swoich tatuaży i groźnych min nie wyglądali na wiele starszych ode mnie. Jeden z nich trzymał nadgarstki, natomiast drugi szyję Loczka, uniemożliwiając mu w ten sposób ucieczkę. Ostatni natomiast pochylał się nad chłopcem, z niebezpiecznie bliskiej odległości przyglądając się i czerpiąc satysfakcję z cierpienia, które rozrywając go od środka wydostawało się na powierzchnię pod postacią łez.
-Lou... - jęknął błagalnie Harry, wyłapując moje spojrzenie, jednak jeden z bandytów szybko uciszył go, zakrywając mu usta swoją paskudną łapą.
-Stul pysk, pedale! Twój chłopczyk ci nie pomoże! Co taka ciota jak on, może nam zrobić?! Było pomyśleć o tym zanim zmierzyłeś nas wzrokiem! Nie wiem czy wiesz, że to coś czego najbardziej tu nie lubimy! - wysyczał mu prosto w twarz, tonem pełnym jadu, na co brunet odpowiedział jedynie stłumionym, przepełnionym przerażeniem szlochem.
-Zostaw go! - warknąłem, podchodząc jeszcze bliżej nich. On miał rację - nic nie mogłem im zrobić. Nie znaczyło to jednak, iż nie zamierzałem spróbować. Mim, że moje dłonie drżały niekontrolowanie, a w środku byłem równie przerażony co Harry, nie mogłem poddać się bez walki.
-Słucham? - prychnął, posyłając mi pobłażliwe spojrzenie.
-Powiedziałem, żebyś go zostawił! - powtórzyłem, jednak tym razem dużo głośniej, zmniejszając dystans między nami do praktycznie zerowego, w ten sam sposób niemalże podając mu się na tacy.
-Spokojnie, nie musisz być taki nerwowy! - zaśmiał się ironicznie. - Obiecuję, że dobrze zajmę się twoim chłopakiem, to na pewno będzie dla niego niezapomniana noc - powiedział patrząc mi w oczy, po czym jego dłoń uwolniła usta Harrego, zjeżdżając wzdłuż jego ciała, aż nie zatrzymała się na pośladku, ściskając go mocno, na co chłopiec zapłakał sam nie wiem czy z powodu bólu, czy świadomości tego o czym mówił jego oprawca. - Nie płacz, kochanie, jest nas aż trzech, szybko uda nam się wypieprzyć z ciebie pedalstwo - posłał zielonookiemu obleśny uśmiech, od którego zebrało mi się na wymioty.
                   W tamtym momencie nie potrafiłem już myśleć racjonalnie. Może i udałoby mi się rozegrać to lepiej, lecz wtedy kierowało mną przede wszystkim bezpieczeństwo Harrego, które i tak zostało już poważnie naruszone. Wpadając w prawdziwą furię, nie rozważając żadnych za i przeciw, rzuciłem się na oprycha, z którym miałem nieprzyjemność przeprowadzić krótką rozmowę. Po tym jak wymierzyłem mu dwa, prawe sierpowe prosto w nos, bandyta zatoczył się do tyłu, obezwładniony siłą uderzenia. Widząc to, jego pomocnicy uwolnili nieszkodliwego Loczka, przyszpilając do ściany mnie zamiast jego.
-Harry! Uciekaj! - wrzasnąłem, starając się wyrwać z uścisku dwóch par silnych łap.
-Nie! - zawołał zrozpaczony brunet, nie wiedząc co począć.
-Błagam, Harry! Uciekaj! Biegnij przed siebie, zaraz cię dogonię, obiecuję! Słyszysz, Harry?! Obiecuję! Ja zawsze dotrzymuję obie... - przerwało mi mocne uderzenie wymierzone prosto w mój lewy policzek, któremu towarzyszył przerażony wrzask zielonookiego.
-Biegnij! Już! - wrzasnąłem ostatkiem sił, czując w ustach metaliczny posmak krwi, po czym z zadowoleniem dostrzegłem oddalającą się sylwetkę Harrego.
                   Będąc pewnym, iż brunet nie jest już w stanie mnie zobaczyć, uchyliłem się przed kolejnym ciosem mojego oprawcy, w ten sam sposób wysyłając jego pięść na spotkanie z ceglanym murem. Wykrzykując kilka przekleństw, chłopak zacisnął mocno powieki, starając się zapanować nad bólem, co ja perfidnie wykorzystałem, używając mojej jedynej wolnej kończyny, czyli nogi, by niehonorowo wymierzyć mu kopnięcie prosto w krocze, którego siła zwaliła go z nóg. Jego zszokowani pomocnicy, odruchowo wypuścili mnie z uścisku, ruszając na pomoc swojego sponiewieranemu przyjacielowi. Nie wahając się ani chwili dłużej, biegiem rzuciłem się w ciemną otchłań, w której jeszcze przed chwilą zniknął Harry. Nie zajęło to dużo czasu, zanim znalazłem Loczka, który zamiast uciekać jak mu poradziłem, schował się za pierwszym zakrętem, zapewne na mnie czekając. Dostrzegając moją osobę, wydobywającą się z mroku, twarz Loczka rozpromieniła się, po czym wstąpił na nią cień ulgi. Obawiając się, iż nasi oprawcy będą nas gonić, mocno chwyciłem dłoń Harrego, ciągnąc go za sobą w szaleńczym, dwuosobowym kuligu. Właśnie w momencie, w którym chłopiec począł ciężko dyszeć, a jego nogi odmawiać mu współpracy, usłyszałem niewyraźne odgłosy kroków i nawoływania. Nie chcąc ryzykować kolejnej potyczki, w której mógłbym nie mieć już tyle szczęścia, zatrzymałem się wpół roku, przenosząc plecak, którego jakimś cudem udało mi się nie zgubić na jedno ramię, dzięki czemu Harry wpadł na moje plecy, a jego ramiona mimowolnie owinęły się wokół mojej szyi. Korzystając z sytuacji, chwyciłem chłopca pod udami, unosząc go do góry, po czym ponownie ruszyłem biegiem. Mimo swojego wzrostu Loczek ważył tyle co piórko, lub może po prostu to strach i determinacja dodały mi sił. Gdy odgłosy kroków i głosów ustały, uznałem, że jesteśmy już na tyle daleko, by bandyci nie mogli nad dostrzec pod osłoną nocy, więc skręciłem w pierwszą ślepą uliczkę. Zdyszany, postawiłem roztrzęsionego siedemnastolatka na ziemi, gestem dłoni nakazując mu schowanie się za jednym z na szczęście pustych kontenerów na śmieci. Siedzieliśmy tak w zupełnej ciszy przez około piętnaście minut, po tym jak usłyszeliśmy mijające nas kroki, które już po chwili przerodziły się jedynie w szum wiatru.
                   Niemalże w stu procentach pewien, że nic już nam nie grozi, podniosłem Harrego z ziemi, prowadząc go na starą, granatową kanapę stojącą pod jedną z otaczających nas ścian dwóch kamienic pomiędzy którymi się znajdowaliśmy. Ktoś chyba zmieniał wystrój mieszkania, gdyż tuż obok stał również fotel oraz rozłożone na części biurko. Dopiero, gdy usiedliśmy w świetle latarni, dostrzegłem świeże łzy wciąż płynące wzdłuż policzków bruneta. Jednak, gdy ten ujrzał moją twarz, wybuchnął histerycznym płaczem. Szybko domyśliłem się, iż cios wymierzony w mój lewy policzek, pozostawił po sobie ślad.
-Lou... - jęknął chłopiec, nie mogąc zebrać słów do kupy.
-Spokojnie, Haz. Wszystko już jest w porządku - uspokajałem go, pocierając jego ramię w pocieszającym geście.
-Dziękuję... - zachłysnął się powietrzem, podczas nieudanej próby powstrzymania łez.
-To nic takiego - mówiłem najłagodniejszym tonem głosu, na jaki było mnie stać.
-Wcale nie! To bardzo dużo! Przepraszam za tamto... Już wiem, że ty nigdy byś mnie nie uderzył... Oni byli tacy jak Stephen, ale ja nie jestem... I... i obiecałeś, a ty dotrzymujesz obietnic... - szlochał z oczyma pełnymi łez, kiwając głową, jakoby chciał to sobie do niej wbić.
-Tak, masz rację. Oni byli tacy jak Stephen. Chcieli mi odebrać coś ważnego - westchnąłem czule, delikatnie głaszcząc bruneta po głowie, jednak przyniosło to odwrotny skutek do oczekiwanego i już po chwili chłopiec zaniósł się potężniejszym płaczem.
-Lou... - wychrypiał, znów nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, jednak kilka głębokich oddechów pomogło mu w opanowaniu szlochu. - Zasłużyłeś... - wyszeptał unikając mojego wzroku, natomiast jego dłoń chwyciła skrawek jego koszulki, unosząc ją nieco.
-Harry, nie... - pokręciłem głową przecząco, chwytając go za nadgarstek. Nie chciałem, by dziękował mi w ten sposób. - Nie jesteśmy tacy, pamiętasz? - westchnąłem, na co ten skinął głową ze smutnym uśmiechem.
-Ale Lou... musisz zobaczyć... chcę, żebyś zobaczył... - jęknął, wyrywając mi się, po czym podwinął swoją koszulkę, zanim zdążyłem go powstrzymać.
To co wtedy ujrzałem zmroziło mi krew w żyłach. Cały tors chłopca pokryty był różnokolorowymi siniakami, bardziej lub mniej wyblakłymi zadrapaniami i bliznami. To co nieco ponad tydzień temu wziąłem za tatuaż, tak naprawdę było wielkim, rozciągającym się od prawego boku, aż po pępek siniakiem. Z przerażeniem śledziłem znaki na skórze chłopca, czując jak cała krew odpływa mi z twarzy. Odruchowo chwyciłem jego ramię, potem drugie, podwijając rękawy jego koszulki. Tak jak tors chłopca, całe były pobijane.
-O mój Boże! To oni ci to zrobili?! - spojrzałem na bruneta wielkimi oczyma.
-Nie, dzięki tobie nawet mnie nie dotknęli - szybko pokręcił głową, lecz jego głos w dalszym ciągu drżał niekontrolowanie.
-Więc kto?! - zawołałem zszokowany jeszcze bardziej niż przed sekundą.
-Mój tata... - odparł, po czym ponownie załamał się, nie powstrzymując dłużej płaczu.
-Ale... ale... - zabrakło mi języka w gębie.
-On robił mi to prawie codziennie, Lou... Bił mnie, kopał, popychał... Prawie codziennie... - zapłakał słabym głosem.
-Ale... ale dlaczego? - to jedyne co udało mi się wykrztusić.
-To była kara... Cały czas powtarzał, że jestem złym chłopcem... że nie takiego syna sobie wymarzył... że jestem tylko rozpuszczonym bachorem, który zasługuje na nauczkę... - wyznał, a ja niespodziewanie pojąłem czemu Harry był tak wrażliwy na określenie "rozpieszczony bachor" i zapragnąłem wymierzyć sobie policzek, za każdy pojedynczy raz, gdy użyłem go w stosunku do niego. - Ja starałem się być dobry, Lou... Ale i tak zawsze coś było nie tak... źle ustawione buty, niewytarty talerz, uchylone drzwi... wszystko było źle... Raz poszedłem do kuchni i chciałem nalać sobie kompotu, ale niechcący zbiłem dzbanek i wiesz co on zrobił? Wiesz co zrobił? Złamał mi rękę! - zaszlochał, a sytuacja, która miała miejsce podczas jego pierwszego obiadu u Payne'ów, choć wtedy niezrozumiała, stała się dla mnie wręcz boleśnie oczywista. - W ciągu ostatnich siedmiu lat miałem złamane obie ręce oraz prawą nogę po dwa razy, ale wcale nie spadłem z roweru czy drzewa jak moi koledzy... Ja nawet nie miałem kolegów! Oni zabronili mi ich mieć! Gdy byłem mały i graliśmy w piłkę na podwórku, zaczęli zauważać moje siniaki i powiedzieli o tym swoim rodzicom, a kiedy dowiedzieli się moi, kazali mi powiedzieć im, że są głupi i nie chcę się więcej z nimi bawić, więc to zrobiłem. Miałem osiem lat, Lou... nie wiedziałem, że tylko u mnie w domu dzieją się takie rzeczy... nie wiedziałem, że nikt nie będzie chciał się już ze mną bawić... Ale, gdy się dowiedziałem, było już za późno... W szkole nigdy nikt mnie nie lubił... nie miałem nikogo... nikogo... Za każdym razem, gdy trafiałem przez niego do szpitala, lub siniaki były zbyt widoczne, zostawałem w domu, gdzie się mną zajmowali, po czym kupowali mi nowe ubrania, szli ze mną do fryzjera... Nie dlatego, że było im przykro... Stwarzali pozory, nie chcieli, żeby ktoś zauważył... I udało im się. Nikt nie zauważył... Przez kilkanaście lat nikt nie zauważył... - szlochał, nie kontrolując potoku łez, wypływającego spod jego mocno zaciśniętych powiek. Otwierał się przede mną, otwierając również wciąż świeże rany.
-Oni? - jęknąłem, zaskoczony tym jak słaby stał się mój głos.
-Mama nie była lepsza... Była pielęgniarką, więc do szpitala jeździłem tylko, gdy tata coś mi złamał... Była taka jak on, albo nawet i gorsza... Dzień w dzień patrzyła jak on mi to robi i ani razu nie stanęła w mojej obronie... Ani razu... - kręcił głową, nadal nie uchylając powiek. Najzwyczajniej w świecie nie potrafił powiedzieć mi tego wszystkiego w oczy. - Kiedyś wróciłem ze szkoły o sześć minut później, bo zepsuł się autobus i musiałem przesiąść się do innego, ale jego to nie interesowało... Nie dał mi się nawet wytłumaczyć... Krzyczał, bił mnie, krzyczał i tak w kółko, a potem wyszedł do pracy na drugą zmianę... Zostawił mnie tak samego... Ja... ja miałem już dość. Miałem już dość. Wszystko mnie bolało, miałem podarte ubranie, wyrwane włosy, a z nosa ciekła mi krew, ale przeszedłem tak połowę miasta i poszedłem na policję... Wszystko im powiedziałem... Potem prosiłem ich, żeby tego nie robili, błagałem, ale oni nie posłuchali... Zadzwonili po moją matkę, a ona broniła ojca, powiedziała, że wszystko sobie wymyśliłem i, że zrobili mi to koledzy, a teraz nie mam odwagi się przyznać... Ale ja przecież nawet nie miałem kolegów i to z jej winy! - zawołał zrozpaczony, wplatając dłonie we włosy.
-Tak bardzo mi przykro - szepnąłem, czując jak również moje oczy wypełniają się łzami.
-Nikt nie zauważył przez kilkanaście lat! Mieszkałem w kamienicy, z każdej strony miałem sąsiadów! Czy oni nie słyszeli jak płaczę? Czy nie słyszeli jak prosiłem go, żeby przestał? Dlaczego nikt mi nie pomógł, Lou? Dlaczego...? - płakał targany przez wszystkie negatywne emocje na raz.
-Harry... - szepnąłem, uświadamiając sobie, iż wtedy to mnie zabrakło słów. Drżącymi dłońmi poprawiłem jego koszulkę, zakrywając nią posiniaczone ramiona i tors, na co chłopiec niepewnie uchylił opuchnięte od płaczu powieki, ukazując swoje przekrwione tęczówki.
-Nie możesz na mnie patrzeć, prawda? Jestem ohydny - jęknął, ponownie roniąc kilka łez.
-Nawet tak nie mów, Harry. Jesteś piękny - wymruczałem, kojącym tonem.
-Ładniejszy od Valerie? - spytał niespodziewanie, z nutką nadziei w głosie.
-Valerie nawet nie dorasta ci do pięt - tchnąłem, ku własnemu zdziwieniu zupełnie szczerze.
                   Niespodziewanie chłopiec ujął moją twarz w swoje drżące dłonie, napierając swoimi pełnymi, malinowymi wargami na moje. Pocałunek ten niewiele różnił się od tego, którym jeszcze dziś obdarował mój policzek, lecz kłębiło się w nim wiele silnych emocji oraz paleta różnorakich uczuć. Mimo wielkiego zaskoczenia, oddałem pocałunek z równą namiętnością, nie mając serca odepchnąć od siebie Harrego. Każdy zasługiwał w życiu na odrobinę czułości i jeśli to był sposób, w jaki on zamierzał uzyskać ją po tylu latach spędzonych w okrutnym, pozbawionym uczuć domu, ja nie miałem prawa mu tego odbierać. Tak więc mimo, iż było to proste złączenie warg, nasz pocałunek trwał niezwykle długo, dopóki Harry nie odsunął się ode mnie, wycierając rękawem koszulki ostatnie łzy lśniące na jego bladych policzkach.
-Ja... - zacząłem, lecz chłopiec nakazał mi milczenie, przykładając palec wskazujący do ust i wydając przy tym charakterystyczny syczący dźwięk.
-Cii, nic nie mów, Lou. Jest cisza nocna. Obudzisz potwory - ostrzegł, mocno wtulając się w moją klatkę piersiową.
-Już nie musisz się o to martwić, Haz. Nie sądzę, by twoi rodzice byli w stanie nas stąd usłyszeć...

✗ ✗ ✗

Niespodzianka! Dodaję ten rozdział dziś, ale kolejny serio pojawi się dopiero za trzy dni, za bardzo was rozpieszczam. I nie ukrywam, że komentarz byłby mile widziany, ponieważ to dość ważny moment w tym opowiadaniu x

środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział XII

                   Mimo, iż po tym jak Liam poradził mi, abym nie spychał Harrego na drugi plan, odprawiłem go z kwitkiem, tak naprawdę wziąłem sobie jego słowa do serca, albowiem miał on stuprocentową rację twierdząc iż to, że Loczek obdarzył mnie zaufaniem w zastraszającym tempie, jedynie bardziej prawdopodobnym czyniło stracenie tego zaufania równie szybko. Przez ten tydzień starałem się spędzać z nim każdą wolną chwilę, nawet podczas przerw w pracy. Próbowałem z nim rozmawiać i poznać go choć trochę lepiej, jednak chłopiec w dalszym ciągu mi na to nie pozwalał. Dlatego tak bardzo ucieszyłem się, gdy zgodził się wyjawić mi powód swojej chęci wyjazdu do Paryża. Niestety nic z tego nie wyszło. Gdy po naszej rozmowie, brunet wybiegł bez słowa, poczułem jakby zabrał ze sobą całe zaufanie jakim mnie darzył i mimo, iż udało nam się wszystko wyjaśnić, nadal martwiłem się jego reakcją. Szczerze mówiąc wydała mi się ona nazbyt wybuchowa, jednak taki właśnie był Harry - nie umiał trzymać uczuć na wodzy. Mimo wszystko, gdy wróciliśmy razem do pokoju gościnnego, wiedziałem, że między nami jest już w porządku. Zielonooki był bowiem typem człowieka, który nie wierzył w to, że ludzie się zmieniają. Wszystkich oceniał na podstawie pierwszego wrażenia, przez co w dalszym ciągu przekonać się nie mógł do Liama, a na mnie nie potrafił gniewać się dłużej niżeli pięć minut. Oczywiście były to tylko moje przypuszczenia - jeśli chodziło o jego osobę, brunet w dalszym ciągu milczał jak zaklęty. Jednak skłamałbym twierdząc iż moje serce nie zabiło mocniej na wieść o tym, że chłopiec tak zdenerwował się po naszej rozmowie iż był skłonny spać z Liamem, z którym od naszego przybycia zamienił kilka słów i to z wyższej konieczności. Cały czas zachodziłem w głowę co zrobiłem nie tak. Owszem, wiedziałem, że Loczek przestraszył się tego, że mógłbym potraktować go jak Stephena, jednak czy miał ku temu powody? Muszę przyznać, że czasami, nawet mimo najszczerszych chęci, zdarzało mi się być nazbyt szorstkim lub gwałtownym, lecz nie do takiego stopnia. Oh, znów to samo. Po raz kolejny zadawałem sobie miliony pytań, choć nie znałem jeszcze odpowiedzi na poprzednie. Wiedziałem jednak kto na pewno mi ich nie udzieli - Harry.
                   Mógłbym powiedzieć, że niewyjaśniona została tylko jednak kwestia, lecz prawda była taka, że wszystkie stały po jednym wielkim znakiem zapytania. Najbardziej jednak interesowała mnie jedna - przyczyna wyjazdu Harrego. Wiedziałem bowiem iż mimo swojego dość naiwnego i specyficznego sposobu bycia, był on chłopcem rozsądnym. Owszem, bywał dziecinny, ale nie głupi. Jeśli nie tyle zgodził się, a wręcz błagał nieznajomego o udanie się z nim aż do Paryża, musiało kryć się za tym coś więcej. Mimo iż zielonooki obiecał mi wyjawić swoje powódki, po tym co stało się w nocy, postanowiłem na niego nie naciskać. Choć raz dobro drugiego człowieka wzięło górę nad moim egoizmem i pragnieniem zaspokojenia własnej ciekawości. Z nieznanych mi przyczyn, Harry wzbudzał we mnie wszystkie najlepsze instynkty. Miał w sobie coś, co sprawiało iż chciałem być lepszym człowiekiem. Oh, czy mógłbym być bardziej żałosny? Ktoś kogo znałem zaledwie od tygodnia i paru dni nie powinien był mieć na mnie aż tak wielkiego wpływu. Harry jednak go posiadał i choć było to zupełnie nieświadome, umiejętnie go wykorzystywał. Wiedziałem bowiem, że nie miał on najmniejszej ochoty mi się zwierzać. Jego długie rozważanie oraz przyspieszony oddech i bicie serca mówiły same za siebie. Dlatego przez chwilę przeszło mi przez myśl iż chłopiec specjalnie odstawił szopkę, by po tym jak ja opowiedziałem mu swoją historię, nie wywiązać się z naszej umowy. Szybko jednak skarciłem się za to, nie dając wiary samemu sobie. Harry był zbyt niewinny, by wyknóć tak misterny plan. Tak więc postanowiłem nie wracać do tej rozmowy, aby niepotrzebnie nie denerwować Loczka, choć ciekawość wręcz zżerała mnie od środka.
                   Gdy następnego dnia, obudziliśmy się trzymając się nawzajem w ramionach, Harry uchylił swoje ciężkie powieki, posyłając mi leniwy uśmiech, który ja mimowolnie odwzajemniłem. Nie mówiąc ani słowa, chłopiec podniósł się z łóżka, ruszając do szafy, skąd wyciągnął parę długich spodni oraz bluzę, po czym wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Ziewając przeciągle, zwlokłem się z posłania, również wybierając jeansy i koszulkę, które zamierzałem założyć dzisiejszego dnia. Gdy byłem już w pełni ubrany, przeczesałem włosy palcami, odgarniając je na prawą stronę, po czym poprawiłem je przed lustrem wiszącym na ścianie. Od tej czynności oderwało mnie dopiero głośne skrzypnięcie nienaoliwionych drzwi. Zwracając się w stronę źródła dźwięku, moje oczy napotkały wysokiego bruneta z burzą loczków na głowie. Harry stał w progu uśmiechając się lekko, ubrany w moje nieco przykrótkie granatowe spodnie oraz szarą bluzę. Przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu, po czym wyciągając dłoń w moją stronę, kilkakrotnie zwinął ją w pięść. Wykonując jego niemą prośbę, splotłem ze sobą nasze palce, po czym razem ruszyliśmy do jadalni, gdzie przy stole czekała już na nas reszta domowników oraz Valerie.
                   No właśnie, Valerie. Była ona chyba jedyną osobą, która onieśmielała Harrego bardziej niż Liam. Mimo naszego przeszło tygodniowego pobytu w Wolverhampton, Loczek zamienił z nią tylko dwa słowa, podczas ich pierwszego spotkania. To właśnie blondynka często bywała przyczyną cichych dni zielonookiego. Chłopiec zawsze spinał się przy niej, zamykając się w sobie. Kelnerka była jedyną osobą, do której nie miałem pojęcia co czuje Loczek. Może i oceniał on na podstawie pierwszego wrażenia, jednak jeśli chodziło o Valerie, szczerze wątpiłem w to, by w ogóle je posiadał.
                   Ze mną natomiast było zupełnie inaczej. Blondynka była naprawdę świetną dziewczyną, która oczarowała mnie już podczas naszego pierwszego spotkania. Prawda była taka iż flirtowanie z nią było moją jedyną rozrywką tutaj. Obydwoje nie traktowaliśmy tego nazbyt poważnie, albowiem Valerie zdawała sobie sprawę, z tego iż nie zabawię tu długo, a mi wyznała iż po zerwaniu z chłopakiem pół roku temu, nie szuka poważnego związku. Tak więc nawzajem byliśmy swoimi własnymi sposobami na nudę i monotonię, która szczerze mówiąc wypełniała każdy mój dzień tutaj. To nie tak, że nie doceniałem towarzystwa Harrego - delektowałem się nim podczas każdej wolnej chwili, jednak w czasie gdy on pracował w kuchni, a ja jako kelner, zmuszony byłem poszukać innej rozrywki.
                   Po tym jak całą ekipą zjedliśmy śniadanie (podczas którego Loczkowi udało się wywalczyć miejsce obok mnie), wszyscy zeszliśmy na parter, by przygotować i otworzyć bar. Geoff i Valerie pojechali po dostawę świeżego pieczywa, natomiast Karen i Harry zaszyli się w kuchni, pozostawiając ustawienie krzeseł i stolików mnie i Liamowi.
-Louis? - odchrząknął w pewnym momencie brunet, by zwrócić na siebie moją uwagę.
-Tak? - spojrzałem na niego wyczekująco.
-O co wczoraj poszło tobie i Harremu? - spytał prosto z mostu, odrywając się od wycierania w dalszym ciągu zakurzonego stolika.
-Powiedziałem mu co zrobiłem Stephenowi i przestraszył się, że spotka go to samo z mojej strony - odparłem nieco niechętnie, krzywiąc się lekko.
-Cóż... to dziwne - tchnął nieco zmieszany. - Ale nie dałeś mu ku temu żadnego powodu, prawda? - spojrzał na mnie podejrzliwie.
-Nie, raczej nie - pokręciłem głową.
-Oh. W takim razie przepraszam - westchnął, odwracając wzrok.
-Za co? - zdziwiłem się.
-Za to co powiedziałem wczoraj o Olivii. Po prostu... myślałem, że w jakiś sposób odegrałeś się na Harrym za to co ci zrobiła i... sam nie wiem.... tak jakoś wyszło... wcale nie chciałem tego powiedzieć... nie bierz tego do siebie, nie ma w tym ani krzty prawdy - odchrząknął niezręcznie, a ja wiedziałem jak wiele trudu sprawiło mu przyznanie się do błędu.
-Nie ma sprawy, nie gniewam się - skinąłem głową, uznając rozmowę za skończoną.
-Więc... kiedy wyjeżdżacie? - zagaił po chwili Liam, powracając do wycierania stoliku.
-A jaki dziś dzień? - spytałem.
-Poniedziałek - odparł po chwili namysłu.
-Oh, naprawdę? - zdziwiłem się. - Planowałem jutro... - burknąłem, ustawiając krzesła przy stolikach.
-Szkoda, ale cóż... cieszę się, że w ogóle wpadłeś - sapnął nieco speszony. - Choć przez chwilę ty i Harry tchnęliście w to miejsce trochę życia. Jeśli kiedykolwiek zostanę brutalnie zamordowany, wiedz, że albo zrobiłem to sam, albo wyręczyła mnie nuda - zaśmiał się dość sztywno.
-Ja też będę tęsknił - odparłem to, co Liam miał na myśli, jednak jego duma nie pozwalała mu się przyznać do tego na głos.
-Napisz do mnie - poprosił z nieśmiałym uśmiechem.
-Jak tylko będę na miejscu - obiecałem.
-W czerwcu jadę do Londynu na całe lato. Chcę spędzić trochę czasu z Sophią, brakuje mi jej - wyznał po chwili.
-Cieszę się. Ty też wyślij mi kartkę, ale już na mój nowy adres - posłałem mu ciepły uśmiech. - Ale nie bądź mną, nie zapominaj o swoich rodzicach - dodałem nieco niezręcznie.
-Znalazłem dwóch kolesi, którzy zgodzili się pracować tu za niewielką stawkę. Mam nadzieję, że sobie poradzą - odparł, na co ja skinąłem głową, czując, że to pewnego rodzaju pożegnanie.
                   Czas tutaj leciał nieubłaganie, stając się jeszcze bardziej nieuchwytnym, gdy zdałem sobie sprawę z tego iż już jutro ja i Harry będziemy zmuszeni pożegnać się z tym miejscem. Nie chciałem bowiem narażać cioci i wujka na dodatkowe koszty. Po zamknięciu baru, wszyscy udali się na piętro, by tak jak co dzień zjeść wspólną kolację. Ja natomiast obiecałem dołączyć za chwilę, zgłaszając się na ochotnika do wyrzucenia śmieci. Kontenery znajdowały się w ślepym zaułku, z drugiej strony kamienicy, dokąd prowadziły drzwi mieszczące się na zapleczu. Po tym jak wszystkie torby się w nich znalazły, otrzepałem dłonie z niewidzialnego pyłku, wzdychając ciężko.
-Cześć skarbie - usłyszałem nagle za plecami, na co momentalnie odwróciłem się w stronę źródła dźwięku.
-Ty palisz? - wypaliłem zaskoczony, mierząc Valerie trzymającą miedzy swoimi pełnymi wargami cienkiego papierosa, pytającym spojrzeniem.
-A co? Nie wyglądam? - zachichotała i choć nie brzmiało to jak śmiech Harrego, wciąż było piękne. Upuszczając papierosa na ziemię, zgniotła go swoim butem na wysokim obcasie, tym samym gasząc ostatnie, buchające z niego iskry.
-Szczerze mówiąc nie - wzruszyłem ramionami, podchodząc bliżej niej. Jej długie blond włosy, jak zwykle spływały kaskadami ze szczupłych ramion i pleców, a umiejętnie dobrany strój podkreślał jej wszelkie walory i atuty.
-Wiesz... mogłabym zaskoczyć cię czymś jeszcze... - wymruczała dość sugestywnie, przejeżdżając opuszkiem palca po mojej klatce piersiowej.
-Ah, tak? - uniosłem jedną brew, stawiając krok do przodu.
-Kiedy wyjeżdżasz? - spytała kreśląc na mojej piersi abstrakcyjne wzory, co tak bardzo przypominało mi o Harrym.
-Jutro - westchnąłem.
-Szkoda - wydęła dolną wargę. - Albo może i nie... - dodała tajemniczo.
-A czemu nie? - spytałem, ponownie zmniejszając dystans między nami.
-Bo teraz mam pretekst, by zrobić to - odparła, chwytając mnie za kołnierzyk koszulki, po czym przyciągnęła mnie do namiętnego, pełnego pasji pocałunku.
                   Nie rozważając żadnych za i przeciw, oddałem pieszczotę z równą gorliwością. Po chwili, instynktownie przyparłem Valerie do ceglanego muru, znajdującego się za jej plecami, napierając na nią całym ciężarem mojego ciała, na co dziewczyna jęknęła pożądliwie w moje rozchylone wargi. Zanim się obejrzałem, moje dłonie ulokowały się na jej wąskiej talii, zjeżdżając coraz niżej przez biodra, aż po pośladki. Blondynka również nie pozostała mi dłużna, wodząc opuszkami palców po mojej nagiej klatce piersiowej, powoli zmierzając do zdjęcia ze mnie koszulki. Majstrując przy guziku jej opiętych jeansów, przeniosłem swoje pocałunki na jej szyję, na co ta odchyliła głowę, dając mi większe pole do popisu. Niespodziewanie do moich uszu dobiegł dźwięk otwieranych drzwi, lecz byłem zbyt pochłonięty bliskością Valerie, by zwrócić na niego uwagę.
-Louis! - zawołał nagle, przerażony, chłopięcy głos. - Louis, przestań! - na te słowa niechętnie oderwałem się od Valerie, wzrokiem napotykając pełne bólu, szmaragdowe tęczówki. Harry stał zaledwie metr od nas w progu drzwi, przyglądając nam się w napięciu, od którego jego dolna warga jak i dłonie drżały niekontrolowanie.
-Harry? Co ty tu robisz? Wracaj do środka! - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
-Nie! - krzyknął nieco rozhisteryzowany.
-To nie - nonszalancko wzruszyłem ramionami, po czym ponownie wpiłem się w wargi Valerie, z cichą nadzieją, że Harry jednak sobie odpuści i da nam chwilę prywatności.
-Louis, powiedziałem przestań! - pisnął Loczek, odciągając mnie od blondynki za rękaw mojej koszulki.
-Kompletnie ci odbiło?! - warknąłem wściekle wyrywając mu się.
-Lou, chodź! - wydyszał bliski łez, splatając ze sobą nasze palce.
-Zaraz wrócę - rzuciłem w stronę Valerie, na co ta skinęła głową, zanim Loczek wciągnął mnie do środka, zamykając za nami drzwi.
-Możesz mi powiedzieć co to do jasnej cholery miało znaczyć?! - syknąłem tonem pełnym jadu, wyrywając mu swoją dłoń.
-Nie możesz z nią tego robić - oddychał głęboko, by powstrzymać cisnące mu się do oczu łzy.
-Przecież my nic nie robiliśmy! - warknąłem, rozgniewany.
-Robiliście to! - zawołał akcentując ostatnie słowo, brzmiąc przy tym na nieco oburzonego.
-Uwierz mi, że zrobilibyśmy dużo więcej, gdybyś tylko nam nie przeszkodził - prychnąłem, krzyżując ramiona na piersi.
-Kochasz ją? - wypalił niespodziewanie, drżącym głosem.
-Słucham?! - spojrzałem na niego wielkimi oczyma.
-Spytałem czy ją kochasz? - powtórzył dość rozpaczliwie.
-Matko Boska Harry, znam ją nieco ponad tydzień, ja... - zacząłem, jednak chłopiec wszedł mi w słowo.
-Odpowiedz na moje pytanie - zażądał, roniąc przy tym jedną łzę.
-Nie, nie kocham jej - wyznałem zgodnie z prawdą.
-Więc czemu chciałeś z nią to zrobić? - załkał, drżącym głosem.
-Lubię ją. Poza tym jest ładna - wzruszyłem ramionami, zdając sobie sprawę z tego jak boleśnie pusto to zabrzmiało.
-Ale mówiłeś, że kochasz sercem, nie oczami - począł otwarcie płakać, nie nadążając już z wycieraniem łez spływających wzdłuż jego rozpalonych od natłoku emocji, policzków.
-Mówiłem też, że jej nie kocham - warknąłem.
-Więc czemu chciałeś to zrobić? Nie możesz okazywać miłości komuś kogo nie kochasz, tak się nie robi! - zaszlochał, brzmiąc przy tym na niewyobrażalnie zawiedzionego.
-Wiesz co? Większym hipokrytą niż w tej chwili byłbyś tylko, gdybyś mówiąc mi to, znów zaczął rozpinać spodnie - odparłem tonem wręcz ociekającym kpiną, zdając sobie sprawę z tego iż Loczek znów śmie twierdzić, że seks uprawiać mogą jedynie osoby zakochane i jest on sposobem na okazanie miłości, w czasie gdy on niewątpliwie puszcza się na lewo i prawo. Chciałem, by Harry był szczęśliwy, chciałem, by mi ufał, uwielbiałem słuchać jego śmiechu, ale w tym momencie miarka się przebrała.
-Nie mów tak! To nie to samo! Ja nie... Robiłem to, bo nie wiedziałem jak cię przekonać, żebyś wziął mnie ze sobą! - zaczął się tłumaczyć, z każdym słowem wybuchając potężniejszym płaczem. - Ja nie jestem taki... Wcale tego nie chciałem... Chciałem tylko jechać do Paryża... - załkał chowając twarz w dłoniach, zapewne czując się upokorzonym.
-Cóż, ja jestem taki, a Valerie tego chce, więc jeśli już skończyłeś, pozwól, że do niej wrócę - syknąłem.
-W porządku - zapłakał, odwracając się na pięcie, a jego twarz nie wyrażała nic poza bólem i zawodem.
-W porządku? - uniosłem jedną brew, zaskoczony.
-W porządku - powtórzył, po czym nawet na mnie nie patrząc, opuścił zaplecze.
                   Westchnąwszy ciężko, wyszedłem na zewnątrz, podświadomie czując iż nic nie było ani trochę "w porządku". Jakoby nie dostrzegając mojej zmartwionej miny, Valerie obięła mnie ramionami, po raz kolejny łącząc nasze wargi w słodkim pocałunku. Starałem się go odwzajemnić, ponownie układając dłonie na jej biodrach, jednak przed oczami wciąż miałem widok zawiedzionej twarzy Harrego oraz jego wypełnionych po brzegi łzami, szmaragdowych tęczówek.
-Przepraszam Val, ale chyba nic z tego nie będzie... - westchnąłem odrywając się od niej zbyt przybity, by czuć się zażenowanym.
-W porządku, spodziewałam się tego - odparła z ciepłym uśmiechem, stawiając krok do tyłu, lecz jej "w porządku" naprawdę brzmiało, jakoby tak właśnie było.
-Przepraszam... - powtórzyłem przeczesując włosy palcami.
-Lubisz go, prawda? - rzuciła od niechcenia, na co ja zastygnąłem w miejscu, oniemiały. - Oh, nieważne - machnęła dłonią lekceważąco. - Po prostu do niego idź - rozkazała tonem nieznoszącym sprzeciwu, a ja bez zbędnych protestów, wykonałem jej polecenie.
                   Gdy pokonałem schody, by dostać się na piętro, w jadalni było już zupełnie ciemno, co znaczyło iż musiałem spóźnić się na kolację. Spodziewając się znaleźć Harrego właśnie tam, ruszyłem prosto do pokoju gościnnego, zastanawiając się co właściwie mógłbym powiedzieć. Powinienem był przeprosić? Czego właściwie dotyczyła nasza kłótnia? Czy to w ogóle była kłótnia? Nie mogąc odnaleźć odpowiedzi na żadne z tych pytań, najzwyczajniej w świecie nacisnąłem klamkę, wchodząc do pogrążonego w ciemnościach pomieszczenia. Harry leżał na swojej stronie łóżka, twarzą zwrócony do ściany, zupełnie ignorując moją obecność. Bezszelestnie zrzuciłem z siebie ubrania, zmieniając je na piżamę, po czym najdelikatniej jak tylko byłem w stanie, ułożyłem się na posłaniu obok bruneta.
-Przepraszam - szepnąłem wplatając dłoń w jego włosy, na co ten zamruczał rozkosznie, demaskując się z tym, że nie śpi. - Przepraszam - powtórzyłem nieco głośniej, po czym Harry odwrócił się w moją stronę, niemalże natychmiast oplatając mnie ramionami. On nie umiał gniewać się na mnie - a ja na niego. Szczerze mówiąc nie wydaje mi się, aby moje "przepraszam" sprawiło jakąkolwiek różnicę. Już to, że byłem tu z nim, zamiast z Valerie na dole, mówiło samo za siebie. Nie znaczyło to jednak iż jutro nie zamierzałem przeprosić go ponownie, albowiem nie zasłużył na to jak go potraktowałem i nie zamierzałem odpuścić dopóki nie odkupię swoich win. Niespodziewanie, tym samym wyrywając mnie z zamyślenia, chłopiec uniósł głowę z mojej klatki piersiowej, przyciągając swoje pełne, malinowe wargi do mojego policzka, a ja z jakiegoś powodu poczułem iż było to warte dużo więcej niżeli wszystko co zdążyłem zrobić z Valerie.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział XI

                   Czas spędzony w domu rodziny Payne płynął szybko, jednak nie mogę powiedzieć iż był on najbardziej ekscytującym w moim życiu. Szczerze mówiąc towarzyszyła mu pewna rutyna, której w żaden sposób nie dało się przezwyciężyć. Każdy dzień kończył i zaczynał się tak samo, a ja począłem zastanawiać się jak to możliwe, że Liam, który w gruncie rzeczy był dość żywiołowy, a przede wszystkim młody i u stóp bram możliwości, które otwierał mu na siebie świat, jeszcze nie zwariował zamknięty w tych czterech ścianach. Tym bardziej, że gdzieś tam w Londynie studiowała jego dziewczyna Sophia. Któregoś dnia, gdy mieliśmy wolną chwilę spytałem go o to. Powiedział mi wtedy, że nie marzył o niczym innym jak rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać z nią, jednak wiedział, że nie mógł. Nie miał serca zostawić rodziców samych, z nie za dobrze prosperującym barem na głowie. Możliwe, że nigdy się o tym nie dowie, ponieważ jestem tylko zapatrzonym w siebie, zarozumiałym dwudziestolatkiem, który nie znosi chwalić innych lub umniejszać swojej wartości, ale to wręcz niewiarygodne jak bardzo wzrósł mój szacunek do jego osoby. Szczerze mówiąc (oczywiście do siebie, bo przecież nie przyznałbym się do tego Liamowi) po naszej rozmowie dopadły mnie wyrzuty sumienia. Byłem zupełnym przeciwieństwem mojego kuzyna. Nawet nie żegnając się z powoli sypiącą się rodziną, planowałem wyjechać za granicę, mając na uwadze jedynie swoje problemy. Czasem czułem się z tym jak skończony niewdzięcznik, który nie ma szacunku do ludzi, którzy go kochali i wychowali, a innym razem odnosiłem wrażenie, że już zbyt wiele razy znosiłem kłótnie rodziców, zmiany wszystkich planów spowodowane brakiem opiekuna dla moich młodszych sióstr i uczuciem wyobcowania i pustki w moim własnym domu. Na ten moment jednak posunąłem się już zbyt daleko, by podkulić ogon i ze spuszczoną głową wrócić do Manchesteru. Podjąłem się wyzwania, którego zamierzałem dokonać tak mocno, jak moi rodzice byliby mu przeciwni, gdyby tylko zdawali sobie z niego sprawę. Chciałem zacząć od nowa w Paryżu, co samo w sobie było już połową sukcesu, gdyż chcieć znaczy móc. I nie, nie było to jedynie czcze gadanie, ponieważ naukowo udowodniono, iż pozytywne myślenie to pierwszy krok do powodzenia.
                   Tak więc pracowałem długo i sumiennie, od rana do wieczora, znosząc humory Liama i czasami nazbyt nachalne poczynania Valerie. Mimo wszystko jednak pokochałem to miejsce oraz przebywających w nim ludzi, gdyż bez względu na dalsze pokrewieństwo lub zupełny jego brak, czułem się tu jak w rodzinnym domu, nawet bardziej niż w betonowej pułapce moich rodziców, w której razem zamknęło ich domniemane, pierwszorzędne "dobro" moich sióstr.
                   Natomiast jeśli chodzi o Harrego... był... no cóż, był po prostu Harrym. Mimo jego deklaracji o zaprzestaniu bycia skrytym, chłopiec w dalszym ciągu mówił nazbyt dużo, zgrabnie pomijając w tym temat własnej osoby, oraz zadawał tysiące pytań, choć on na moje nigdy nie opowiadał. Czasem był głośny, wesoły i roześmiany, a pełnia życia, entuzjazm oraz dziecięca ciekawość i naiwność dosłownie z niego tryskały. Innym razem jednak trzymał się na uboczu, niechętnie rzucając słowem lub dwoma, snując się z kąta w kąt z nietęgą miną, tym samym sprawiając iż niczego nie pragnąłem bardziej niżeli usłyszeć jego perlistego śmiechu, którym byłem tak oczarowany. Owszem, Harry bywał humorzasty, niezrozumiały i krótko mówiąc upierdliwy, jednak posiadał wiele zalet, które nie sposób było zignorować. A największą z nich wszystkich był jego śmiech. Było coś w sposobie, w którym jego wesołe, lśniące tęczówki zwężały się do poziomu szparek, tworząc małe zmarszczki wokół oczu. Było coś w sposobie w jakim kąciki jego ust unosiły się ku górze, wyciągając wargi w szerokim uśmiechu, formując dwa urocze dołeczki w jego zarumienionych policzkach. Było coś w sposobie, w którym śmiał się do utraty tchu, tak szczerze i pięknie, przy pomocy jednej sylaby, oprawionej jego głębokim, melodyjnym głosem i akcentem, który słyszalny był nawet w zaistniałej sytuacji. To wszystko, te małe rzeczy, na pozór nic nie znaczące szczegóły czyniły śmiech Loczka niezwykle wyjątkowym. Tak wyjątkowym iż był w stanie chwycić mnie za serce do tego stopnia iż zaczynało ono bić dwa razy mocniej w przyspieszonym tempie. Harry posiadał wiele śmiechów - wymuszony, nerwowy, nie do końca wesoły oraz ten którego używał najrzadziej i mój ulubiony, czyli szczery, który docierał również do oczu. Za każdym razem, gdy brunet miał jeden z tych cichych dni starałem się znów go u niego wywołać, jednak nie było to tak łatwe jak mogłoby się wydawać, a nawet wydawało się być niewykonalne.
                   W dniu, w którym go spotkałem wiedziałem już, że jeden szczery uśmiech Harrego byłby w stanie rozświetlić każdy mrok, natomiast jego śmiech był w stanie rozświetlić nawet mrok w moim sercu, który pozostawiło po sobie dość bolesne zerwanie z Olivią. Mimo wszystko Harry nadal był Harrym, a ja nadal byłem Louisem, co czyniło nas parą najlepszych nieznajomych przyjaciół, którzy rozstaną się po dotarciu do wyznaczonego celu podróży, a mnie nie skłaniało do pragnięcia czegoś więcej lub snucia złudnych nadziei. Nie przeszkadzało mi to jednak w zachwycaniu się jego śmiechem i dążeniu do tego, by Loczek był szczęśliwy, ponieważ od tego właśnie są przyjaciele, czyż nie? Jednak Harry oraz jego nieprzezwyciężone skrycie i upartość wcale mi tego nie ułatwiali.
                   Czasem zastanawiałem się jak to możliwe, że mimo tygodnia znajomości tak bliskiej iż byliśmy w stanie spać w jednym łóżku, nawzajem trzymając się w ramionach, jedynym co wiedziałem o brunecie było to jak się nazywa, ile ma lat oraz skąd pochodzi. Jednak czy miałem prawo wymagać od niego więcej, w czasie gdy on nie znał nawet mojego nazwiska, a jeszcze kilka dni temu miał wątpliwości wobec pełnej formy mojego imienia? Cóż, zapewne nie. Jednak nie czułem się nieuczciwie zrzucając całą winę za zaistniałą sytuację właśnie na niego. Skoro on nie odpowiadał na moje pytania - ja nie odpowiadałem na jego. To chyba sprawiedliwe, czyż nie?
                   Lecz pewnego dnia miało się to zmienić. Tuż po zamknięciu baru i zjedzeniu kolacji, gdy wszyscy udali się do swoich sypialni, by odpocząć przed kolejnym ciężkim dniem pracy, Harry wszedł do pokoju gościnnego w swojej ciepłej piżamie i włosami nadal wilgotnymi po prysznicu. Zgasiwszy światło, niemalże na palcach ruszył w stronę łóżka, po czym bezszelestnie ułożył się na posłaniu, wtulając w mój bok. Siedząc oparty plecami o ścianę, odruchowo objąłem go ramieniem, przyciągając bliżej siebie. Przez chwilę milczeliśmy w tej błogiej ciszy rozkoszując się jedynie swoim towarzystwem, na co nie mieliśmy czasu w dzień ze względu, na to iż Loczek pracował w kuchni, a ja jako kelner. W pewnym momencie chłopiec ułożył swoją dłoń na moim brzuchu, po czym wyciągając wskazujący palec, począł kreślić na nim abstrakcyjne wzory. Był to jeden ze zwyczajów zielonookiego, który początkowo wziąłem za nerwicę natręctw, jednak po pewnym czasie zdałem sobie sprawę iż jest on spowodowany jedynie pragnieniem dotyku i kontaktu, albowiem tak długo jak miał na sobie możliwie największą warstwę ubrań, Harry uwielbiał różnego rodzaju czułości, natomiast dotyku szorstkiego, czy gwałtownego unikał jak ognia. Czasem bywał taki delikatny.
-Lou, czy teraz jest innym razem? - spytał w pewnym momencie, wyrywając mnie z zamyślenia.
-Słucham? - tchnąłem zmieszany.
-Obiecałeś, że opowiesz mi o swoich studiach innym razem. Czy teraz jest innym razem? - uniósł głowę spoczywającą na mojej klatce piersiowej, by nawiązać ze mną kontakt wzrokowy.
-Co dokładnie chcesz wiedzieć? - odparłem niechętnie po upływie dłuższej chwili, unikając jego spojrzenia.
-Wszystko - wypalił wesoło.
-Wszystko? - uniosłem jedną brew.
-Wszystko - powtórzył energicznie potrząsając głową, tym samym sprawiając iż kilka kropel wody z jego włosów przeniosło się na moją koszulkę tworząc na niej małe, mokre plamki.
-Tylko, że to wiąże się z powodem, dla którego chcę wyjechać do Paryża... - westchnąłem nieprzekonany.
-O tym też chcę wiedzieć wszystko - wymruczał.
-Powiem ci pod jednym warunkiem - zaproponowałem.
-Jakim? - spojrzał na mnie wielkimi oczyma, lśniącymi nawet w ciemności.
-Ty też mi powiesz dlaczego chcesz ze mną jechać - odparłem, po czym nastała między nami cisza, zupełnie jakby chłopiec rozważał naszą umowę.
-W porządku - rzucił po chwili namysłu, niby od niechcenia, lecz ja wyczuć mogłem przyspieszone bicie serca w jego klatce piersiowej przyciśniętej do mojego boku.
-Więc w porządku - podsumowałem, skinąwszy głową.
-Już możesz mówić - ponaglił mnie.
-Nie wiem od czego zacząć - burknąłem.
-Od początku - zaproponował.
-Gdy skończyłem liceum... - zacząłem, jednak chłopiec wszedł mi w słowo.
-Od tego ważnego początku - zachichotał, łaskocząc mnie w bok, na co ja również zaśmiałem się serdecznie.
-Um... okej. Więc... miałem kiedyś dziewczynę. Była bardzo ładna, słodka i uprzejma, a na imię miała Olivia - westchnąłem z nostalgią, a kąciki moich ust opadły diametralnie.
-Co to ma wspólnego ze studiami i Paryżem? - Harry spojrzał na mnie spod ściągniętych brwi.
-Dojdę do tego - uspokoiłem go. - Przez rok byliśmy parą, gdy po zakończeniu liceum zdecydowaliśmy się iść na tę samą uczelnię, na której poznaliśmy naszego nowego, najlepszego przyjaciela Stephena. Przez kolejny rok ja i Olivia nie dogadywaliśmy się już tak dobrze jak na początku. Ze wszystkich naszych problemów zwierzałem się Stephenowi, więc gdy ona wbiła mi nóż w plecy przy jego pomocy, poczułem się jakby on dodatkowo go przekręcił - kontynuowałem z wybuchową mieszanką gniewu i rozpaczy, czując jak rozdrapuję nadal świeże rany.
-Co się stało? - szepnął przejęty chłopiec.
-Zdradzili mnie. Oboje - burknąłem spuszczając głowę.
-Zdradzili? Czyli co konkretnie zrobili? - spytał nieco zmieszany i choć czasem jego całkiem niewinne i naiwne pojęcie świata mnie rozczulało, naprawdę nie mogło się ujawnić w gorszym momencie.
-Domyśl się - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, a Harry zamilkł faktycznie nad tym rozmyślając.
-Nie wiem - sapnął speszony, gdy nie udało mu się nic wymyślić.
-Serio? Naprawdę? Mój najlepszy przyjaciel pieprzył moją dziewczynę. Mam ci to przeliterować? - warknąłem, niepotrzebnie rozgniewany. W końcu Harry nie był niczemu winien, nie powinienem był wyżywać się na nim.
-Oh - mruknął w materiał mojej koszulki. - Nie, dziękuję. Nie musisz literować - dodał po chwili, a ja miałem ochotę zapłakać na to jak słodki był rozumiejąc sarkazm tylko i wyłącznie wtedy, gdy wychodził z jego własnych ust.
-To dobrze, bo szczerze mówiąc nie miałem na to ochoty - prychnąłem.
-Przykro mi - szepnął brunet po chwili.
-A mi nie - burknąłem.
-Nie jest ci przykro, że cię nie kochała? - zdziwił się, a dobór jego słów, choć nieświadomy, zbił w moje serce kolejny nóż.
-Dlaczego twierdzisz, że mnie nie kochała? - spytałem, brzmiąc na nieco bardziej oburzonego niż bym sobie tego życzył.
-Ponieważ kochała się z twoim przyjacielem - odparł tak jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie.
-Ze mną też, ale szczerze mówiąc nie widzę związku - westchnąłem, przygryzając wewnętrzną stronę policzka.
-Jest związek! Kochasz się z kimś, żeby pokazać mu, że go kochasz, czyż nie? - oburzył się. - Najwidoczniej kochała was obu - podsumował po chwili.
-Dobre sobie - prychnąłem, postanawiając pozostawić to bez komentarza. Nie chcąc urazić uczuć Loczka, nie powiedziałem tego głośno, jednak śmieszyła mnie idea chłopca mówiącego ludziom, że seks jest sposobem na okazywanie sobie miłości, który w tym samym czasie rozpina spodnie przed nieznajomymi.
-Ale co z tymi studiami? - spytał, gdy uświadomił sobie iż nie zamierzam dodać nic więcej.
-Cóż... gdy dowiedziałem się o tym co zrobił Stephen, postanowiłem dać mu nauczkę, która odbiła się również na mnie w ten sposób, że zostałem wyrzucony z uczelni. Potem wszystko potoczyło się jak lawina. Chcąc choć na chwilę oderwać się od całego tego bałaganu, upiłem się do nieprzytomności, a gdy w końcu się obudziłem, poszedłem do pracy, skąd również mnie wywalili, ale trudno się im dziwić. Nie miałem wykształcenia i pracy, przez co zaczęło brakować mi pieniędzy, co za tym idzie, przestałem płacić czynsz za mieszkanie z którego wykopali mnie równie szybko jak z każdego innego miejsca. Nie mając co ze sobą zrobić, załamałem się i zadzwoniłem do mojego przyjaciela mieszkającego nad morzem. Zayn jest hipisem i każdy kto z nim rozmawia również hipisieje, więc nim się obejrzałem, pomagał mi planować wyjazd do Paryża - zakończyłem westchnieniem, chcąc mieć tą rozmowę jak najszybciej za sobą.
-Ale co zrobiłeś Stephenowi? - szepnął bawiąc się rąbkiem mojej koszulki.
-Uderzyłem go - wyznałem, na co chłopiec spiął się nieco, zastygając w miejscu.
-Raz? - spytał drżącym głosem.
-Kilkanaście - odchrząknąłem niezręcznie. Rozmowa z Liamem była dużo prostsza.
-Mocno? - rozluźnił uścisk w mojej talii.
-Bardzo - przyznałem, na co zdjął moją rękę ze swojego ramienia.
-Stała mu się krzywda? - jęknął tworząc między nami bezpieczny dystans.
-Przez kilka dni leżał w szpitalu - odparłem, a mina Harrego sprawiła iż uleciała ze mnie cała duma. Wcześniej sądziłem, że zrobiłem słusznie, lecz widząc wpatrzone we mnie, przerażone, szmaragdowe tęczówki, poczułem niewyobrażalne wyrzuty sumienia.
                   Po tych słowach, Harry zerwał się z łóżka, niezgrabnie ruszając do wyjścia, nie zważając na otaczające go ciemności. Gdy drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem, wybiegłem zaraz za nim, lecz chłopca nie było już na holu. Przestraszony, począłem biegać po całym mieszkaniu, w poszukiwaniu Loczka. Nie znalazłem go jednak w kuchni, jadalni, salonie ani łazience. Zdesperowany postanowiłem zajrzeć do ostatniego miejsca, w którym spodziewałbym się ujrzeć zielonookiego. Pewnym krokiem ruszyłem do pokoju Liama, jednak zanim zdążyłem w ogóle chwycić klamkę, drzwi otworzyły się, a moim oczom ukazał się mój kuzyn z roztrzepaną fryzurą i pomiętą piżamą, co ewidentnie świadczyło o tym iż dopiero co wstał z łóżka.
-Szukasz czegoś? - uniósł jedną brew.
-Tak, widziałeś może...? - zacząłem, jednak wszedł mi w słowo.
-Harrego? Tak, widziałem - ubiegł moje pytanie, odpowiadając na nie, jednocześnie przekraczając próg holu i zamykając za sobą drzwi prowadzące do jego sypialni.
-Więc przestań zachowywać się jakbyś był na haju i powiedz mi gdzie on jest - warknąłem.
-Najpierw ty mi powiedz, co mu zrobiłeś? - skrzyżował ramiona na piersi.
-Słucham?! Nic mu nie zrobiłem! - zawołałem równie oburzony co zszokowany.
-Ah, tak? Więc jak wytłumaczysz mi to, że chłopiec, który mimo tego, że mieszka w moim domu prawie od tygodnia, a mimo to boi się do mnie odezwać, w środku nocy wpada do mojego pokoju i wskakuje do mojego łóżka, tuląc się do mnie i pytając czy może dzisiaj spać ze mną? - mówił rozgniewany, ściągając brwi.
-Ja mam ci to wytłumaczyć?! Niech on ci wytłumaczy! Ja już po prostu nie mam na niego siły! Nie mam pojęcia co siedzi w tym jego kudłatym łbie! - przeczesałem włosy palcami.
-Nie obchodzi mnie to! Albo tam pójdziesz i wszystko sobie wyjaśnicie, albo naprawdę będzie spał u mnie - odparł już łagodniej, na co ja skinąłem głową. - Nie chciałem ci tego mówić, ale Olivia cię zmieniła, a skoro już mówię to dodam, że na gorsze - wyznał po chwili, odwracając wzrok. Nie ukrywam, że trochę mnie to zabolało.
-To nie tak, Liam, ja naprawdę... - zacząłem, jednak brunet wszedł mi w słowo.
-Nie tłumacz się - westchnął. - Po prostu do niego idź - przesunął się w bok, torując mi dostęp do swojej sypialni. - Ale tak na przyszłość, wiedz, że nienawidzę, gdy się mnie okłamuje - burknął, zanim nacisnąłem klamkę.
-Słucham? Nigdy w życiu cię nie okłamałem - spojrzałem na niego wielkimi oczyma.
-Owszem, okłamałeś i to całkiem niedawno - prychnął.
-Niby kiedy? - uniosłem jedną brew.
-Gdy powiedziałeś, że między tobą, a Harrym nic nie ma - wyjaśnił, mierząc mnie wzrokiem, w dość pobłażliwy sposób, a jego ramiona w dalszym ciągu pozostawały skrzyżowane na piersi.
-To nie było kłamstwo - rzuciłem, ściągając brwi, zmieszany.
-Cóż, to twoja wersja. Harry ma inną - wzruszył ramionami.
-Czyli jaką? - spytałem zaskoczony.
-Cóż, powiedział mi, że sypiacie ze sobą - rzucił, niby od niechcenia.
-Ah tak? Dodał coś jeszcze? - zaśmiałem się ironicznie.
-Że robicie to codziennie, a raz zdarzyło wam się na stacji kolejowej - odchrząknął niezręcznie, widocznie zdegustowany, a mi nie udało się powstrzymać parsknięcia śmiechu.
-Wiesz, Liam, chyba powinieneś wiedzieć, że Harry jest typem osoby, która mówiąc, że z kimś sypia ma na myśli sen - kręcąc głową rozbawiony, poklepałem kuzyna po plecach, po czym wszedłem do jego sypialni, pozostawiając go na holu zmieszanego.
                   Pokój Liama nie był duży, więc bez problemu pokonałem go w kilku krokach, zatrzymując się przy łóżku, na którym zwinięty w kulkę, leżał Harry. Chłopiec miał zamknięte oczy, a jego oddech był nierówny. Niepewnie ułożyłem dłoń na jego ramieniu, na co ten momentalnie spiął się, uchylając ciężkie powieki.
-Harry, wracaj do pokoju, Liam musi się wyspać - westchnąłem, utrzymując najbardziej delikatny ton głosu, na jaki było mnie stać.
-Wyśpię się razem z nim - sapnął, zrzucając moją dłoń ze swojego ramienia.
-Haz, co się stało? Zrobiłem coś nie tak? - spytałem przejęty, jednak odpowiedziała mi głucha cisza. - Harry? - szepnąłem, by zwrócić jego uwagę, lecz ten w dalszym ciągu nie uraczył mnie odpowiedzią. W pewnym momencie, wyciągnąłem dłoń, by wpleść ją w jego włosy, jednak brunet niczym poparzony, odskoczył na drugi kraniec łóżka, stroniąc od mojego dotyku. - Harry? Powiedz mi co zrobiłem źle, nie wiem co się dzieje - jęknąłem czując się bezsilnym.
-Nie dotykaj mnie, proszę... - wyszeptał drżącym głosem, po czym pociągnął nosem, co było równoznaczne z tym, że jego oczy wypełniły się łzami.
-Ja... w porządku... jeśli nie chcesz to... w porządku... - plątałem się, nie będąc przygotowanym na słowa bruneta. - Tylko błagam, powiedz mi co się stało - westchnąłem zmartwiony.
-Uderzyłeś Stephena... - załkał.
-Ugh... tak? - sapnąłem zmieszany.
-Nie chcę, żebyś mnie uderzył - jego ciałem wstrząsnął szloch.
-Słucham? Przecież ja bym nigdy nie... O mój Boże, Harry nawet tak nie mów! Nigdy w życiu nie podniósłbym na ciebie ręki! - odparłem zgodnie z prawdą. Harry był taki niewinny, taki bezbronny... Był niczym mały promyczek, który rozświetla każdy dzień przy pomocy swojego uśmiechu. Nie mógłbym go skrzywdzić. Mimo iż znaliśmy się dopiero tydzień, znaczył dla mnie dużo więcej niżeli powinien i zwyczajnie nie byłbym w stanie zetrzeć z jego twarzy tego pięknego uśmiechu, którym byłem niemożliwie oczarowany, w tak brutalny sposób.
-Ale... - zaczął, lecz nie pozwoliłem mu dojść do słowa.
-Nie ma żadnego "ale". Jesteśmy przyjaciółmi, pamiętasz? - powiedziałem.
-Ty i Stephen też nimi byliście... - zaszlochał, nadal nieprzekonany.
-Nie, on nie był moim przyjacielem. Nie prawdziwym - skrzywiłem się na samo brzmienie jego imienia. - Powtarzam to jeszcze raz, ale tym razem z ręką na sercu: Nigdy nie podniósłbym na ciebie ręki - zapewniłem faktycznie układając dłoń na lewej piersi. Słysząc to, Harry przekręcił się na drugi bok, przodem do mnie.
-Obiecujesz? - spytał słabym głosem, ocierając łzy spływające wzdłuż jego policzków.
-Obiecuję - powiedziałem z poważnym wyrazem twarzy, starając się nie pokazać ile razy moje serce pękło podczas tej rozmowy.
                   Potem Harry nie mówił już nic więcej. Po raz ostatni pociągając nosem, podniósł się z łóżka, splatając ze sobą palce naszych dłoni, po czym wyprowadził mnie na hol, gdzie minęliśmy Liama zdezorientowanego jeszcze bardziej niż wtedy, gdy zostawiłem go, wchodząc do jego sypialni. Loczek jedynie pomachał mu wolną ręką, po czym niemalże wepchnął mnie do pokoju gościnnego, gdzie po zamknięciu drzwi, ułożyliśmy się na łóżku, zasypiając wtuleni w siebie jak gdyby nigdy nic.

✗ ✗ ✗

Przepraszam, że musieliście czekać tak długo, ponieważ nie tak się umawialiśmy, jednak mój komputer był zepsuty i nie miałam możliwości dodać tego rozdziału wcześniej. Kolejny dodam za dwa dni, co wy na to? :)

środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział X

                   Valerie była drobną, szczupłą dziewczyną o nietuzinkowej urodzie. Jej długie, blond włosy kaskadami opadały na ramiona i plecy, kończąc się na wysokości bioder. Wargi dziewczyny były kusząco pełne, a zielone niczym szmaragdy, lśniące tęczówki, oprawione rządkiem długich, muśniętych mascarą rzęs. Blondynka posiadała bardzo delikatne rysy twarzy, których dopełniał mały, zgrabny nosek oraz lekko falowana fryzura. Nie była pomalowana mocno, a wręcz niezwykle naturalnie tylko po to, by podkreślić swoje największe atuty takie jak hipnotyzujące oczy, czy kości policzkowe. Ubrana była w jasne, opięte jeansy, które idealnie uwydatniały jej zgrabne nogi i krągłości, oraz białą koronkową koszulkę, odsłaniającą jej płaski brzuch.
                   Po tym jak Liam nas sobie przedstawił, blondynka wstała od stołu, kierując się w stronę moją i Harrego. Jej twarz rozświetlał promienny uśmiech, a buty na niskim obcasie miarowo odbijały się od drewnianej podłogi, wydając przy tym charakterystyczny, tępy dźwięk. Zatrzymawszy się na wprost mnie, Valerie rozłożyła swoje szczupłe ramiona, gestem dłoni zapraszając mnie do uścisku. Odwzajemniając jej zaraźliwy uśmiech, przyciągnąłem ją do siebie, oplatając ramionami wokół wąskiej talii.
-Miło mi cię poznać, Lou - powiedziała z mocnym, brytyjskim akcentem. Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, by kiedykolwiek moje imię brzmiało w czyichś ustach tak seksownie.
-Mi ciebie również, Val - odparłem miękko, niechętnie wypuszczając ją z objęć.
-Oh, skoro trafiłam z imieniem, to ty musisz być Harry - uprzejmie zwróciła się do Loczka, który ni stąd ni zowąd stracił swój dobry humor i entuzjazm towarzyszący mu podczas poznawania nowych ludzi.
-Tak, miło mi - przywitał się beznamiętnie, ściskając dłoń dziewczyny.
-Mi również - odparła z szerokim uśmiechem, którego Harry nie odwzajemnił.
                   Po chwili, do jadalni zawitali ciocia Karen i wujek Geoff, którzy poczęli ustawiać talerze i półmiski pełne jedzenia, na stole starannie wytartym i nakrytym przez Liama. Gdy zasiedli oni na swoich stałych miejscach, pozostały jeszcze trzy wolne krzesła - dla mnie, Harrego i Valerie, która przed otwarciem baru najwidoczniej jadała śniadania wraz z rodziną Payne'ów. Ziewając przeciągle, ruszyłem wgłąb jadalni, bezwiednie wybierając puste krzesło obok mojego kuzyna, jako to, na którym zamierzałem usiąść. Mimo iż Harry starał się dotrzymać mi kroku, Valerie okazała się być szybsza i zgarnęła mu miejsce obok mnie, tuż sprzed nosa. Widząc ściągnięte brwi i naburmuszoną minę bruneta, spodziewałem się jakiejś sceny wybuchu bliżej nieokreślonych, jednakowoż niekontrolowanych emocji, lecz ku mojemu zdziwieniu Loczek jedynie ciężko przełknął ślinę, siadając obok blondynki.
-Więc, Lou? Jak długo zamierzasz tu zostać? - spytała niespodziewanie Valerie, układając swoją dłoń na mojej spoczywającej na stole, by zwrócić moją uwagę.
-Tydzień lub półtora - odparłem z lekkim uśmiechem.
-Tak krótko? - jęknęła niezadowolona.
-Niestety. Mamy z Harrym pewne plany - rzuciłem.
-Jakie plany? - dopytywała zaintrygowana.
-Jedziemy do Paryża - wypalił nagle zielonooki, nie odwracając wzroku od swojego śniadania.
-Oh! Naprawdę?! Do Paryża?! To takie piękne miasto! Byłam tam już kilka razy i z chęcią wybrałabym się ponownie! - zawołała podekscytowana, na co Loczek posłał jej wrogie spojrzenie, po czym wrócił do studiowania zawartości swojego talerza.
                   Przez resztę śniadania, Harry nie wydusił z siebie już nawet pojedynczego słowa. Jadł w ciszy, odpowiadając na pytania jedynie skinieniem lub potrząśnięciem głowy. Nie odważył się również sięgnąć po dzbanek z kompotem.  Nie zwróciłem na to jednak większej uwagi, będąc zupełnie zaabsorbowany osobą i pięknym akcentem Valerie. Okazało się bowiem iż jej uroda szła w parze z rozumem, czyniąc ją najprawdopodobniej jedną z najbardziej urokliwych osób, jakie dane mi było poznać. Gdy wszystkie talerze były już opróżnione, Karen, Geoff i Valerie zeszli na dół, by otworzyć bar, zostawiając zmywanie mnie, Harremu oraz Liamowi, który następnie wyjaśnić miał nam nasze nowe obowiązki. Brunet mył znaszane przez Loczka talerze, które ja następnie wycierałem, chowając je do szafki nad zlewem.
-Hmm, Louis? Mógłbyś mi powiedzieć co ty wyprawiasz? - spytał niespodziewanie Liam.
-O co ci chodzi? - zdziwiłem się.
-O Valerie - urwał, biorąc od Harrego kolejny stos talerzy.
-Nadal nic nie rozumiem - spojrzałem na bruneta spod ściągniętych brwi, gdy zielonooki opuścił kuchnię.
-Wczoraj tylko droczyłem się z tobą i Harrym, ale gdy mama powiedziała mi, że ty i Olivia nie jesteście już razem, domyśliłem się, że jednak coś jest na rzeczy... Więc nie flirtuj z Valerie, w jego obecności, albo stracę tytuł największego dupka w tym domu - burknął, rzucając przelotne spojrzenie w kierunku drzwi, by upewnić się, że Loczek nas nie słyszy.
-Jest tylko jeden mały problem: nic nie ma na rzeczy. Harry i ja poznaliśmy się przedwczoraj, nie rób z nas małżeństwa - prychnąłem.
-Okej, może wysunąłem pochopne wnioski, ale nawet nie próbuj mi wmówić, że nie zauważyłeś jak cichy jest od rana. Nie wiem czy jest zazdrosny czy nie, ale nie pomyślałeś o tym, że może czuć się trochę nieswojo? W gruncie rzeczy nie zna żadnego z nas, ale ty zgodziłeś się wziąć go do pieprzonego Paryża, więc nie spychaj go teraz na drugi plan, bo to, że zaczął ufać ci od tak, nie znaczy, że nie może przestać równie łatwo - powiedział Liam, odkręcając kurek z wodą, by zagłuszyć swoje słowa. Już otwierałem usta, by mu odpowiedzieć, lecz w rezultacie zrezygnowałem, czekając aż Harry poda brunetowi brudne śtućce i wróci do jadalni, po kolejną ich porcję.
-Od kiedy jesteś taki pełny empatii względem nieznajomych? - prychnąłem.
-Nie wiem, stary. Harry po prostu ma w sobie coś takiego co sprawia, że chcesz się nim zaopiekować - wzruszył ramionami.
-Tak, racja - westchnąłem, skinąwszy głową.
-Tak poza tym, miałem spytać... co się wydarzyło między tobą, a Olivią? - zagaił po chwili.
-Przespała się ze Stephenem - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
-Z tym Stephenem? Twoim najlepszym przyjacielem? - uniósł wysoko brwi, w geście niedowierzania, na co niechętnie skinąłem głową. - Wow... to... dość okrutne z ich strony. Nie dziwię ci się, że wyjeżdżasz. Ja wybiłbym kolesiowi parę zębów i pognał przed siebie, żeby nie oglądać ich parszywych twarzy - warknął, wyraźnie zdegustowany postawą moich "przyjaciół".
-A myślisz, że za co wyleciałem z uczelni? Na jej terenie wybiłem Stephenowi nie tylko ząb, ale też kilka kości ze stawów - syknąłem, tonem pełnym jadu.
-Nie gadaj! - spojrzał na mnie wielkimi oczyma zszokowany, lecz nie udało mu się powstrzymać parsknięcia śmiechu.
-To wcale nie jest  śmieszne! - zawołałem oburzony, również chichocząc.
-O czym rozmawiacie? - usłyszeliśmy nagle za plecami. Niczym na komendę obróciliśmy się w kierunku źródła dźwięki, napotykając wzrokiem wpatrzone w nas zielone tęczówki Harrego, stojącego niezręcznie po środku kuchni, ze splecionymi dłońmi, zupełnie jakby wahał się, czy aby na pewno może zadać to pytanie.
-O niczym ważnym - rzuciłem, wykonując lekceważące machnięcie ręką.
-Nie ma już nic do zmywania? - spytał Liam spoglądając na Loczka wyczekująco, na co ten pokręcił głową, wprawiając tym samym swoje loki w skoczny taniec wokół jego głowy. - W takim razie zapraszam na dół - wytarł dłonie w ścierkę leżącą na blacie, po czym odłożył ją na jej stałe miejsce. - Zaczynamy pierwszy dzień w pracy, chłopcy! - zawołał klaszcząc w dłonie.
-Kiedy nie zachowujesz się jak cham, jesteś całkiem słodki - zaśmiałem się, szturchając Liama łokciem, za co ten spiorunował mnie wzrokiem.
-Szczerze mówiąc nie mam pojęcia co na to odpowiedzieć, więc po prostu uświadomię cię, że wy dwaj również dostaniecie różowe fartuchy - odparł brunet z kamienną twarzą, po czym skierował się do wyjścia.
-Chyba żartujesz! - zawołałem oburzony, ruszając za nim, na co ten jedynie głośno się roześmiał.
                   Gdy pokonaliśmy schody prowadzące na parter, udaliśmy się do kuchni, w której ciepłym uśmiechem przywitała nas ciocia Karen. Liam natomiast z jednej z szafek wyjął dwa czyste fartuchy, które mimo moich modlitw o to, by tylko żartował, były różowe. Biorąc je od niego niechętnie, jeden z nich zarzuciłem sobie na szyję, natomiast drugi założyłem Harremu, wiążąc mu na plecach zgrabną kokardkę.
-Spójrz, Lou! Mam różowy fartuch! - zachichotał w niezwykle uroczy sposób.
-Co ty nie powiesz - westchnąłem, poprawnie zakładając swój.
-Chwila, czegoś tu brakuje... - zastanawiał się na głos Liam, przyglądając się Harremu. - Już wiem! - zawołał po chwili namysłu. Zanim się obejrzałem, z innej szafki wyciągnął siatkę na włosy, którą sprawnym ruchem założył zielonookiemu na głowę. Zaskoczony chłopiec spojrzał na swoje odbicie w jednej z patelni leżących na blacie, po czym zaniósł się śmiechem głośnym, jednakowoż tak melodyjnym iż mógłbym słuchać go do końca swoich dni. Zdecydowanie wolałem tę rozkoszną wersję Harrego, od tej cichej.
-Spójrz, Lou! Mam... - zawołał radośnie, lecz urwał w połowie marszcząc brwi. - Co to jest? - spytał, wskazując palcem na swoją głowę.
-To, mój drogi, jest siatka na włosy - odparł Liam uroczystym tonem.
-Oh - burknął Loczek, spuszczając wzrok, najwidoczniej nadal onieśmielony.
-Daj spokój, nie musisz bać się ze mną rozmawiać - westchnął brunet, wywracając oczyma, jednak dało to skutek odwrotny do oczekiwanego i zamiast nieco się otworzyć, Harry jedynie spuścił głowę, uparcie wpatrując się w swoje znoszone trampki. - No dalej, odezwij się. Obiecuję, że tym razem będę miły - zachęcał Payne, posyłając młodszemu ciepły uśmiech, który ten odwzajemnił patrząc na niego niepewnie spod swoich długich rzęs.
-Po co mi siatka? - spytał nieśmiało, wreszcie się przełamując.
-Mamie przyda się pomoc w kuchni, więc to tu będziesz pracował, ale nie wydaje mi się, żeby klienci czuli się zobowiązani zostawić nam napiwek, jeśli w swoich zamówieniach znajdą kasztanowe loki - odparł, na co chłopiec potulnie skinął głową.
-A czemu Lou nie ma siatki? - wypalił, posyłając mi przelotne spojrzenie.
-Ponieważ Lou będzie roznosił zamówienia razem ze mną i Valerie - wyjaśnił Liam, na co mina Loczka nieco zżedła, lecz chłopiec szybko wziął się w garść, zdobywając na lekki uśmiech.
-Harry, kochanie, czy mógłbyś mi pomóc? - niespodziewanie usłyszeliśmy głos cioci Karen. Wszyscy troje jak na komendę zwróciliśmy się w stronę kobiety, która właśnie starała się sięgnąć jeden z garnków z najwyższej półki.
-Pa, Lou! Do zobaczenia później, idę do pracy! - zawołał podekscytowany brunet, przyciągając mnie do szybkiego uścisku, po czym ruszył na pomoc pani Payne.
-My też chodźmy do pracy, Lou - zaszczebiotał Liam, naśladując głos Loczka, na co roześmiałem się, kręcąc głową rozbawiony.
                   Gdy wraz z dziewiętnastolatkiem opuściliśmy kuchnię, w barze przywitał nas całkiem spory gwar. Sala wręcz po brzegi wypełniona była ludźmi. Jednak z tego co mówił mi Liam przez telefon wynikało iż tak duży ruch mają jedynie w weekendy, natomiast w ciągu dnia roboczego nie zagląda tu więcej niż kilka osób. Zakasując rękawy, wraz z Liamem wzięliśmy się do pracy, poczynając od wytarcia zwolnionych już stolików. Następnie udaliśmy się na zaplecze po tace, na których przenosiliśmy z kuchni zamówienia klientów, których przyjmowaniem zajęła się Valerie.
                   Za każdym razem, gdy blondynka przechodziła obok mnie, delikatnie przejeżdżała opuszkami palców po moim biodrze lub nadgarstku. Za siódmym razem przestałem wierzyć iż było to przypadkowe. Zawsze, gdy nasze spojrzenia krzyżowały się, Valernie posyłała mi zniewalające uśmiechy, których nie byłem w stanie nie odwzajemnić. Gdy po upływie kilu godzin, ruch nieco się zmniejszył, a wszyscy klienci byli już obsłużeniu, wraz z blondynką i Liamem, zasiedliśmy przy jednym z wolnych stolików, korzystając z chwili wytchnienia. Nasza rozmowa była przykładem typowej pogawędki, co nie zmieniało faktu iż była ona niezwykle przyjemna i odprężająca. W pewnym momencie, w następstwie moich słów, które zgrabnie utworzyły wcale nie tak śmieszny żart, Valerie zaśmiała się donośnie, starając się stłumić to, przykładając swoją drobną dłoń, do pełnych, malinowych warg. Jej śmiech był piękny. Ciepły, nie za głośny, nie za cichy, przyjemny dla ucha i zaraźliwy. Można by rzec, że idealny. Dla mnie jednak czegoś w nim brakowało. Czegoś, czego nie potrafiłem nawet opisać, lecz było to tak ważne iż nie zaryzykowałbym stwierdzenia iż to śmiech Valerie jest tym, którego chciałbym słuchać już do końca swoich dni.
                   Gdy dzwonek nad drzwiami ponownie począł zakłócać ciszę panującą w barze, nieustannie informując o przybyciu nowego klienta, wraz z blondynką i moim kuzynem, westchnęliśmy głęboko, powracając do pracy. Udałem się właśnie do kuchni, by odebrać kolejne zamówienie, gdy niespodziewanie zatrzymałem się w progu, utkwiwszy wzrok w roześmianej twarzy Harrego. Chłopiec cały umazany był mąką, której rozerwane opakowanie leżało na ziemi, brudząc ciemne kafelki. Ciocia Karen, tak samo jak brunet śmiała się donośnie, lecz to głęboki niczym jego głos śmiech chłopca przebijał się przez wszystkie dźwięki. Był on niezwykle miękki i melodyjny, sprawiając go niewyobrażalnie szczerym. Niespodziewanie mój żołądek ścisnął się w supeł, a serce zabiło mocniej, po czym z przerażeniem uświadomiłem sobie iż po raz ostatni poczułem się w ten sposób na kilka miesięcy przed moim zerwaniem z Olivią, gdy udaliśmy się na - ośmielę się zaryzykować stwierdzenie romantyczny - weekendowy wyjazd. Starałem się odgonić od siebie te myśli, jednak nie mogłem udawać, że śmiech Harrego nie był przyczyną szybszego bicia mego serca. Było w nim coś wyjątkowego, czego nie potrafiłem ubrać w słowa. Coś, czego brakowało mi w śmiechu Valerie...
-Spójrz, Lou! Pada śnieg!  - zawołał Harry, niczym mały chłopiec domagający się uwagi, zaraz po tym jak dostrzegł moją obecność, tym samym wyrywając mnie z zamyślenia.
-Oh, Haz - westchnąłem rozczulony, wyciągając wargi w lekkim uśmiechu.
-Proszę, skarbie - powiedziała ciocia Karen, układając na mojej tacy zamówienie, które zanieść miałem na stolik numer 12. - A ty na co czekasz? Sprzątaj tu raz, dwa! Nie płacimy ci za stanie w miejscu! - zaśmiała się, strzepując z ramienia Harrego nieco mąki.
-Tak jest szefowo! - zawołał wesoło Loczek, w podskokach ruszając do schowka po zmiotkę i szufelkę. Ja natomiast wyszedłem z kuchni, kręcąc głową rozbawiony.
                   Po zamknięciu baru, wszyscy pożegnaliśmy się z Valerie, która odjechała swoim starym BMW, obiecując iż weźmie jutro dłuższą zmianę. Gdy wraz z Liamem upewniliśmy się, że drzwi zamknięte są na wszystkie spusty, zgasiliśmy światła, po czym udaliśmy się na piętro, gdzie w jadalni czekali już na nas Karen, Geoff i Harry. Po kolacji, gdy wszystkie talerze były już puste, wraz z chłopcami zgłosiliśmy się na ochotników do zmywania, za co ciocia i wujek nagrodzili nas ciepłymi uśmiechami, następnie udając się do swojej sypialni, by odpocząć po ciężkim dniu pracy. Liam pożegnał się z nami zaraz po tym jak zakręcił kurek z wodą, układając na suszarce ostatnią umytą filiżankę. Pozostawieni sami sobie, wraz z Harrym ruszyliśmy do pokoju gościnnego, do którego brunet wpadł niczym błyskawica, zatrzaskując mi drzwi przed nosem. Zaskoczony zapukałem w nie cicho, nie chcąc budzić pozostałych domowników, jednak chłopiec nie uraczył mnie odpowiedzią. Westchnąwszy ciężko, zbyt zmęczony, by zrobić cokolwiek innego, oparłem się plecami o równoległą ścianę, cierpliwie czekając. Nie minęły nawet dwie minuty, zanim Harry otworzył mi drzwi z ciepłym uśmiechem, przebrany w swoją (a raczej moją), zbyt ciepłą jak na czerwiec piżamę. Ziewając przeciągle, przekroczyłem próg pokoju, po czym nie zważając na obecność Loczka, zrzuciłem z siebie ubrania, zamieniając je na dres i koszulkę, w których zwykłem spać. Następnie skierowałem się prosto do łóżka, na które opadłem bezwładnie, chowając twarz w poduszkach. Harry natomiast bez pośpiechu zgasił światło, po czym w ciemności ruszył przez pokój, delikatnie układając się na posłaniu. Ponieważ przez moją pozycję nie miał zbyt wiele miejsca obok, z trudem przekręcił mnie na plecy, jak zwykle wtulając się w moją klatkę piersiową. Westchnąwszy obiąłem go ramionami, uprzednio szczelnie okrywając nas kołdrą.
-Lou? Co zrobimy, gdy już będziemy w Paryżu? - spytał niespodziewanie, szeptem tak cichym iż ledwo byłem w stanie go usłyszeć.
-Ja zamierzam znaleźć pracę, przyjaciół i mieszkanie, by zacząć wszystko od nowa, a ty... to zależy od ciebie - odparłem ziewając przeciągle.
-Ode mnie? Myślałem, że od ciebie... - odparł dość niepewnie.
-Nie zrozum mnie źle, to nie tak, że zostawię cię na pastwę losu. Po prostu, gdy staniemy na nogi nasze drogi się rozejdą. To chyba oczywiste - wymruczałem opuszczając ciężkie powieki.
-W porządku - szepnął po chwili chłopiec, co nijak miało się do satysfakcjonującej odpowiedzi na moje słowa.
-W porządku? - mentalnie uniosłem jedną brew.
-W porządku - powtórzył mocniej wtulając się w materiał mojej koszulki, zanim odpłynąłem do krainy Morfeusza.