poniedziałek, 29 września 2014

Rozdział XXVI

                   Podczas, gdy za oknem, poprzez ciemne chmury, dopiero poczynały przedzierać się pierwsze promienie słońca, twarz Harrego już od dawna rozświetlał szeroki uśmiech. Siedząc wygodnie na moich kolanach, z głową opartą o moje ramię, chłopiec chichotał słodko, starając się stłumić to w składanych na skórze mojej szyi pocałunkach. Jeszcze kilka godzin temu naprawdę trudno było mi przekonać go do tego, by się ubrał, lecz jeszcze dłużej zajęło mi położenie go spać. Mimo, iż o dziwo nie był zbyt chętny do rozmowy (za co szczerze mówiąc byłem mu niezmiernie wdzięczny), nieustannie przymilał się do mnie, oczekując w zamian innych czułości. Dopiero, gdy zacząłem wręcz błagać go o to, by położył się spać, w końcu dał za wygraną, lekko skinąwszy głową, by po chwili wdrapać się na moje kolana i zarzucając ramiona na moją szyję, podarować mi ostatni, pożegnalny pocałunek. Następnie przyciągając mnie do mocnego uścisku, ułożył się wygodnie w moich ramionach, powoli odpływając do krainy snów. Podczas, gdy on pochrapywał rozkosznie, śliniąc przy tym materiał mojej koszulki, ja starałem się uporać z zalegającym mi na piersi ciężarem. Nie ciężarem bruneta, a ciężarem poczucia winy. Na samą myśl o tym, że kochałem się z Harrym, czułem zawroty głowy. Natomiast na myśl o tym, że określiłem to mianem "kochania się", wręcz zebrało mi się na wymioty. To nie tak, że trochę panikowałem... ponieważ panikowałem bardzo. Naprawdę nie miałem pojęcia o do jasnej cholery sobie wcześniej myślałem i jak do tego wszystkiego doszło, lecz było już za późno. Nie można było cofnąć czasu...
-Kochałem się z Harrym - pomyślałem raz jeszcze, czując mocne, rozregulowane bicie mojego serca.
-Przespałem się z Harrym - spróbowałem raz jeszcze, dochodząc do wniosku, iż brzmi to nieco lepiej.
-Pieprzyłem się z Harrym - dumałem.
-Pieprzyłem Harrego - skinąłem głową, starając się wykrzesać z siebie tyle dystansu ile byłem w stanie. Jednak nie było to łatwe, gdy już po chwili chłopiec obudził się, wpatrując się we mnie swoimi lśniącymi niczym szmaragdy, jednakowoż nieco zamglonymi od snu tęczówkami.
                   Tak jak już wspomniałem, obudził się on jeszcze przed wschodem słońca, kontynuując przerwaną przed snem czynność. Bawił się moimi włosami, kreślił abstrakcyjne wzory na skórze mojego ramienia oraz całował delikatnie moją szyję i policzki, nie zaszczycając mnie przy tym nawet pojedynczym słowem. W pewien sposób zabijało mnie to od środka, albowiem czułem, iż to co było między nami uległo zmianie. Nieodwracalnej zmianie. Wiedziałem, że od teraz już nic nie będzie takie samo, dokładnie tak jak wtedy, gdy brunet po raz pierwszy wyznał mi miłość. Musiałem jednak przyznać, iż obawiałem się owych zmian, gdyż wszystkie zachodzące w naszej relacji, najczęściej były zmianami na gorsze.
                   Mimo, iż nie dostrzegałem w zaistniałej sytuacji żadnych pozytywów, nie potrafiłem zmusić się, by żałować tego co się stało. Najzwyczajniej w świecie nie umiałem, odnosząc wrażenie jakoby wspomnienie przepełnionych przyjemnością westchnień bruneta oraz jego szmaragdowych tęczówek patrzących na mnie ze wzmożoną dawką emocji i... miłości(?), łagodziło wszystkie wynikające z nich negatywne skutki. Tak więc nie pozostawało mi nic innego jak utrzymać odpowiedni dystans do Harrego i naszej relacji, czego chłopiec z całą pewnością mi nie ułatwiał, zważywszy na jego czułe gesty i nieracjonalne zachowanie.
-Lou, gdzie jesteśmy? - spytał w pewnym momencie, tym samym wyrywając mnie z zamyślenia. Były to pierwsze słowa, które padły z jego ust od czasów pamiętnego "To było miłe".
-Ugh, w pociągu - tchnąłem bezmyślnie, nie mogąc oderwać wzroku od jego lśniących niczym diamenty, uśmiechających się do mnie szczerzej niżeli jego uniesione ku górze kąciki ust, oczu.
-Wiem, głuptasie! - zachichotał w tak piękny, pełen życia sposób, delikatnie szturchając moje ramię. - Ale gdzie i kiedy wysiadamy? - spytał nadal rozbawiony, przygryzając dolną wargę.
-Niedługo - rzuciłem, wzruszając ramionami, starając się powstrzymać drżenie głosu, albowiem jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak zestresowany jak w tamtej chwili. Natomiast kolejny szczery uśmiech i pełne uczucia spojrzenie chłopca nie pomogły mi ukoić nerwów.
-Kocham cię, wiesz? - odezwał się po chwili zielonooki, składając słodki pocałunek w kąciku moich ust, na co ja jedynie krzywo skinąłem głową, gdyż w momencie, gdy moje serce snuło irracjonalne teorie odnośnie uczuć, którymi darzyłem bruneta, mój zdrowy rozsądek starał się zagłuszyć je konsekwentnym "Znacie się tylko trzy tygodnie, pamiętaj o dystansie! Dystans, Louis!". Nie wiedząc co ze sobą począć, odwróciłem wzrok, wzdychając dyskretnie, by uregulować swój przyspieszony oddech. - Lou, czy mógłbyś na mnie spojrzeć? Ale ładnie? - poprosił niespodziewanie. Próbując ukryć swoje zdenerwowanie, posłałem mu jedno długie, mimowolnie pełne strachu spojrzenie. Chłopcu jednak najwidoczniej udało się odnaleźć w nim coś "ładnego", albowiem w odpowiedzi obdarzył mnie kolejnym słodkim, ale co najważniejsze szczerym uśmiechem.
                   Jakaż była moja ulga, gdy zorientowałem się, iż pociąg zatrzymał się na naszej stacji. W pośpiechu zrzucając Harrego ze swoich kolan, począłem zbierać nasze rzeczy, w czym chłopiec szybko mi pomógł. Opuszczając przedział z plecakami zarzuconymi na ramiona, biegaliśmy po pociągu szukając najbliższego wyjścia. W ostatniej chwili wyskoczyliśmy na peron, słuchając odgłosu ruszającej lokomotywy. Odetchnąwszy z ulgą, przeczesałem włosy dłońmi, by następnie jedna z nich została ujęta przez Harrego w mocnym uścisku. Mimo, iż już dawno postanowiłem przestać z tym walczyć, niespodziewanie poczułem prąd przechodzący przez całe moje ciało. Zanim zdążyłem dojść do siebie, Harry zmniejszył dystans między nami, czule całując mój policzek, co dla mnie równało się z kolejną falą osobliwego uczucia w moim żołądku. W dalszym ciągu zgrywając opanowanego, chwyciłem mocniej jego dłoń, ciągnąc go za sobą nieco zbyt stanowczo. Chłopiec jednak nie miał nic przeciwko temu, starając się dotrzymać mi kroku z uśmiechem na ustach. Przez większość drogi nie byłem zbyt chętny do rozmowy, lecz brunet zdawał się nie zauważać tego, zdecydowanie patrząc na świat przez różowe okulary. Nie obraził się na mnie nawet, gdy zabroniłem mu wejść do czyjegoś ogrodu, by zerwać z niego róże, z których mógłby zrobić nowy wianek, ponieważ jak twierdził ten, który miał na sobie "troszkę się rozplątał". Szczędząc zgryźliwych uwag na temat powodu dla którego jego "korona" znajdowała się w takim, a nie innym stanie, prowadziłem go przed siebie, zastanawiając się dokąd właściwie powinniśmy byli iść. W końcu jednak poddałem się, wpakowując nas do wszystkich linii autobusowych po kolei, tak długo, aż nie począłem kojarzyć okolicy. Hej, w końcu Zayna odwiedzałem tylko raz do roku!
                   Gdy wreszcie rozpoznałem nazwę ulicy odpowiadającej adresowi, który widniał na każdym liście od mojego przyjaciela, wraz z Harrym wysiedliśmy na przystanku, udając się w dalszą podróż. Nie będę kłamał i przyznam, iż zgubiliśmy się wtedy co najmniej cztery razy, prosząc wielu ludzi o wskazanie nam drogi, lecz brunet nie miał nic przeciwko temu tak długo jak pozwalałem mu trzymać swoją dłoń. Gdy w końcu zatrzymałem się na wprost (na pierwszy rzut oka) opuszczonego magazynu, odetchnąłem z ulgą, dumny z siebie, iż udało mi się tu trafić bez wskazówek Zayna. Harry wydawał się być zaskoczony scenerią, w której się znajdowaliśmy, nieustannie rozglądając się dookoła. Było to jednak zupełnie zrozumiałe. Zayn jako artysta nie lubił prostych rozwiązań. Zawsze robił wszystko według własnego uznania, w taki sposób, by było to niepowtarzalne, wręcz unikatowe. Tak więc, gdy zdecydował się wyprowadzić od rodziców, jak na hipisa przystało, zamiast znaleźć sobie mieszkanie, kupił po obniżonej cenie stary magazyn, w najczęściej odwiedzanej przez wczasowiczów części miasta i zrobił z niego własną melinę, którą lubił określać mianem "pracowni" czy też "studia". Nie kłopocząc się pukaniem, jak gdyby nigdy nic nacisnąłem klamkę, wchodząc do środka. Podążając za mną niepewnym krokiem, Harry mierzył ciekawskim spojrzeniem wszystkie ręcznie malowane ściany, sterty papieru, połamanych ołówków oraz pustych butelek po farbie i sprayu, które porozrzucane pozostawały po całej posiadłości.
-Zastanawiałeś się kiedyś, czemu krowy nie są niebieskie? - usłyszałem niespodziewanie. Instynktownie obracając się w kierunku źródła dźwięku dostrzegłem opierającego się o jedną z kolorowych ścian mulata. Chłopak jak zwykle ubrany był w luźną koszulkę z pacyfą, oraz okrywającą jego szczupłe ramiona kamizelkę. Jego ciemne spodnie nosiły wiele śladów zużycia i starości w postaci dziur i przetarć. Nieodłączny element jego garderoby stanowił również papieros (lub coś mocniejszego) tkwiący pomiędzy jego wąskimi wargami. Skłamałbym mówiąc, iż zdziwił mnie widok spoczywających na jego nosie różowych lenonków, albowiem już od najmłodszych lat zdawałem sobie sprawę z tego, iż to tylko kwestia czasu aż Zayn zacznie je nosić. W tamtym momencie postanowiłem mentalnie przygotować się na rozszerzane ku dołowi, wzorzyste spodnie oraz włosy do pasa, które niewątpliwie zmierzały do przywitania mnie przy następnej wizycie.
-Lepiej powiedz mi, jak długo ty zastanawiałeś się nad tak ciepłym powitaniem? - prychnąłem, unosząc jedną brew.
-Krowom byłoby do twarzy w niebieskim - odparł z poważnym wyrazem twarzy, zupełnie ignorując moje pytanie, by po chwili po raz ostatni zaciągając się dymem, zgasić to co aktualnie palił, o pochlapaną farbą ścianę. Wtedy dostrzegłem oplecioną wokół linii jego włosów wąską opaskę mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Ledwo udało mi się powstrzymać wybuch śmiechu.
-Jesteś zjarany - westchnąłem, obserwując jego poczynania z dezaprobatą wymalowaną na twarzy. Nie uraczywszy mnie odpowiedzią, chłopak zmniejszył dystans między nami, przyciągając mnie do mocnego uścisku. Odwzajemniając gest, czule potarłem jego plecy, na co ten zatopił nos w burzy moich włosów, zaciągając się ich zapachem.
-Tęskniłem za twoim szamponem, ale skoro nim nie pachniesz, zamierzam cię teraz puścić - wyszeptał do mojego ucha, brzmiąc przy tym nieco nieskładnie.
-Tęskniłem za zjaranym tobą, ale skoro najwidoczniej wypaliłeś wszystko sam, zamierzam cię teraz puścić - odparłem, śmiejąc się pod nosem, po czym rozluźniłem uścisk, stawiając jeden krok do tyłu.
-Louis, nie chcę cię straszyć, ale za twoimi plecami stoi dwumetrowy czternastolatek w ogrodniczkach i jeśli wzrok mnie nie myli to na głowie ma kwiatki, a na twarzy wymalowaną chęć mordu na bodajże mojej osobie - powiedział brunet, mrużąc oczy w skupieniu. - Masz rację, chyba jestem zjarany - westchnął po chwili.
-Owszem jesteś, ale tym razem przynajmniej wiesz co dzieje się wokół ciebie - zaśmiałem się perliście. - A to jest Harry - dodałem, przywołując do siebie chłopca z dość nietęgą miną, gestem dłoni.
-Cholera, ty naprawdę mordujesz mnie wzrokiem – wypalił Zayn, przyglądając się brunetowi z bliska. – Daj spokój bracie, przemoc to nie to, lepiej posłuchaj tego co podpowiada ci twoje serce – dodał, przykładając otwartą dłoń do swojej klaki piersiowej.
-Harry, zachowuj się - upomniałem go niczym rodzic małe dziecko, puszczając mimo uszu paplaninę mulata.
-Mam siedemnaście lat - wycedził przez zaciśnięte zęby, w jakiś sposób pozostając przy tym nieśmiałym.
-Przepraszam, mój błąd - tchnął Zayn, unosząc dłonie w geście kapitulacji. – Podoba mi się twój wianek. Piękny wyraz bratania się z naturą – powiedział z uznaniem, tym samym zyskując nieco w oczach bruneta.
-Jaki jest twój ulubiony kolor? - spytał Loczek niespodziewanie.
-Kolor jest pojęciem abstrakcyjnym. Każdy widzi barwy inaczej, widzi je tak jak chce je widzieć. Dla niektórych biały to czarny, a czarny to biały, inni mogą nie dostrzegać odcieni szarości. To przykre, lecz każdy posiada odzwierciedlenie duszy w kolorach, jednak nie zawsze wygląda ono tak jak byśmy chcieli. Chociaż są ludzie, którzy tak jak barwy postrzegają je tak jak pragną je widzieć - powiedział, na co ja prychnąłem pobłażliwie, następnie wyśmiewając jego typową, niezbyt trzeźwą paplaninę. Natomiast Loczek chłonął jego słowa, nawet nie starając się kryć ekscytacji oraz tego jak bardzo mulat mu zaimponował. Wywracając oczyma postanowiłem zapamiętać, by trzymać Harrego możliwie jak najdalej od Zayna, gdyż najwidoczniej był on nazbyt podatny na hipisowskie wpływy.
-A... - brunet otwierał już usta, by coś powiedzieć, lecz niespodziewanie przerwałem mu, w obawie przed rozwinięciem się tematu o kolorach.
-Wracając do tematu - zacząłem. - Harry, to jest Zayn, mój przyjaciel - zwróciłem się do chłopca, skinąwszy głową w kierunku mulata. - Zayn, to jest Harry, mój...
-...chłopak - dokończył za mnie zielonooki, wyciągając wargi w szerokim uśmiechu oprawionym w parę uroczych dołeczków. Czując jak miękną mi kolana, posłałem brunetowi zszokowane spojrzenie, które on odwzajemnił z małą nutką niepewności.
-Żartujesz sobie ze mnie?! - wyrwało mi się, zdławionym głosem, na co chłopiec spuścił wzrok, zawstydzony. - Zayn, pozwól, że przeprosimy cię na chwilę - rzuciłem w stronę mulata, by po chwili chwytając ramię Loczka w mocnym uścisku, jak najszybciej wyciągnąć go z pomieszczenia.
-Okej, ja tu poczekam. Nie spieszcie się, czas też jest pojęciem abstrakcyjnym - krzyknął za nami Zayn i gdyby tylko nie sytuacja, w której aktualnie się znajdowałem, zapewne uśmiechnąłbym się na jego słowa.
                   Niemalże siłą wpychając chłopca do pierwszego z brzegu pokoju, zatrzasnąłem za nami drzwi z głośnym hukiem. Nieco wystraszony brunet, pokornie stanął pod ścianą, spuszczając głowę. Nie chcąc potraktować go zbyt ostro, wziąłem głęboki wdech, starając się opanować emocje. Po chwili ciszy, którą zakłócał jedynie mój ciężki, przyspieszony oddech, przeczesałem włosy palcami, w końcu posyłając brunetowi chłodne spojrzenie.
-Czegoś chyba tutaj nie rozumiem – zacząłem, brzmiąc przy tym nieco ironicznie.
-Czego takiego? - spytał nieśmiało, unosząc głowę, by nawiązać ze mną kontakt wzrokowy.
-Od kiedy to jestem twoim chłopakiem? - uniosłem jedną brew.
-Od wczoraj - odparł zupełnie jakoby była to najoczywistsza rzecz pod słońcem.
-Na jakiej podstawie tak twierdzisz? - ciągnąłem temat, patrząc na chłopca z twarzą wypraną z emocji, które wręcz rozsadzały mnie od środka.
-Bo wczoraj się kochaliśmy - odparł dość nieśmiało, starając się powstrzymać uśmiech wywołany samym wspomnieniem owego wydarzenia.
-I co to ma do rzeczy? - tchnąłem, krzyżując ramiona na piersi.
-Jak sama nazwa mówi, jeśli to ze mną zrobiłeś to znaczy, że jednak mnie kochasz, a skoro kochamy się oboje, to chyba logiczne, że od teraz jesteśmy parą - wyjaśnił nieco pewniej, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczyma.
-Wiesz, jesteś naprawdę rozkoszny, ale masz trochę dziecinny tok myślenia. Niektórzy nazywają to też bzykaniem, ale to nie znaczy że są pszczołami, a jeszcze inni pieprzeniem, ale nie czyni ich to mistrzami kuchni i przypraw - zakpiłem, kończąc ironicznym parsknięciem, które szybko starło uśmiech z twarzy bruneta.
-Oh - tchnął, nagle tracąc całą pewność siebie. Cóż, nie to pragnąłem osiągnąć. Naprawdę nie chciałem sprawić mu przykrości, lecz było to silniejsze ode mnie.
-Daj spokój, nie dąsaj się - starałem się brzmieć obojętnie, lecz mój głos złamał się w połowie. Z jakiegoś powodu znów zapragnąłem zobaczyć ten szczery uśmiech chłopca, przy którym w jego oczach widoczny był blask, którego brakowało im w obecnym momencie. I choć zauważyłem, iż pojawiał się tam tylko dzięki mnie, jednocześnie zbyt często bywałem osobą przyczyniającą się do jego zaniku.
-To nie było miłe - wyszeptał, posyłając mi krótkie, smutne spojrzenie, które w zupełności wystarczyło, by rozbić moje serce na drobne kawałeczki.
-Ja... - wykrztusiłem, nagle czując się osaczonym.
-Wiesz, to trochę nie fair, że ja chciałem udowodnić ci swoją miłość, a ty tylko mnie pieprzyłeś - powiedział po chwili brunet, z wyraźnie słyszalnym wyrzutem.
-To ty to powiedziałeś, nie ja. Nie wkładaj swoich własnych słów w moje usta. Poza tym… czemu bierzesz wszystko tak bardzo do siebie? - broniłem się, czując jak przegrywam bitwę nie z Harrym, lecz samym sobą. Albowiem dobrze wiedziałem co oznaczały dla mnie ostatnia noc oraz to co czułem w towarzystwie bruneta. Jednak moja duma, egoizm i strach przed wiązaniem się nie pozwalały mi przyznać tego nawet przed sobą, o chłopcu nawet nie wspominając.
-Po prostu nie sypiam ze wszystkimi, okej? Ja tylko pomyślałem, że skoro cię kocham, a ty chcesz to zrobić to znaczy, że ty mnie również, więc uznałem, hej czemu nie? Ale teraz chyba żałuję - wyznał, posyłając mi spojrzenie wręcz boleśnie przepełnione rozczarowaniem. Tego właśnie się bałem. Dlatego nie chciałem zbliżać się do Harrego. Wiedziałem, że prędzej czy później zranię go tak, jak Olivia zraniła mnie. Ale... to po prostu się stało, nie miałem na to żadnego wpływu. Z niektórymi rzeczami po prostu nie sposób walczyć.
-Nie ze wszystkimi, to znaczy z kim? - spytałem, czując jak mój żołądek zwija się w supeł na samą myśl o moim bezbronnym, spragnionym miłości Harrym rozpinającym rozporek spodni przed kim popadnie.
-W sumie to z nikim - wyszeptał po dłuższej chwili, zupełnie zwalając mnie tym z nóg. Bo przecież on nie mógł mówić poważnie, prawda? Przecież, gdyby on... Nie mógłby wtedy zachowywać się tak... Nawet się nie znaliśmy, a on chciał... O mój Boże, to nie mogła być prawda.
-Czyli chcesz mi powiedzieć, że to był twój pierwszy raz? - wykrztusiłem, zdławionym głosem, czując jak uchodzi ze mnie cały gniew i strach, ponieważ w tamtym momencie naprawdę nic innego nie miało znaczenia.
-Może nie chcę, ale to właśnie mówię - odparł szczerze, patrząc na mnie tymi szmaragdowymi, smutnymi nawet bardziej niż w dniu, w którym się poznaliśmy tęczówkami. Czyli to była prawda. Chłopiec naprawdę uważał, że sypianie ze sobą to sposób na okazywanie uczuć, wcale nie będąc przy tym hipokrytą. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo brunet musiał mnie kochać, by z własnej inicjatywy oddać mi swoje dziewictwo... A ja potraktowałem go tak... Jezu, nawet najgorszy egoista na całym świecie, którym czasami naprawdę bywałem, poczułby wyrzuty sumienia.
-Przepraszam... - tchnąłem, przecierając twarz dłońmi.
-Za to, że odebrałeś mi cnotę? Może jeszcze dodaj, że to się więcej nie powtórzy - warknął, a ja poczułem się jak skończony dupek, zdając sobie sprawę z tego, iż to ja doprowadziłem bruneta do takiego stanu. Jeszcze nigdy nie zwrócił się do mnie w tak protekcjonalny sposób.
-Nie, za to jak się zachowałem - odparłem szczerze, przyciągając go do mocnego uścisku i mimo, iż Harry sprawiał wrażenie dotkliwie zranionego i rozgniewanego, odwzajemnił gest, jakoby prosząc, bym nigdy go nie puszczał.
-Co masz na myśli? - spytał nieco zmieszany, drżąc w moich ramionach, po tym jak pozwoliłem sobie na złożenie czułego pocałunku na jego skroni.
-To, że powinienem był od razu ucieszyć się z tego, że nazwałeś mnie swoim chłopakiem i wtedy uniknęlibyśmy tej niezbyt miłej rozmowy - szepnąłem łącząc nasze wargi w słodkim pocałunku, którego chłopiec nie potrafił zignorować.
-Czyli jesteś moim chłopakiem czy nie? Trochę się już pogubiłem - sapnął, wyglądając przy tym tak cholernie uroczo, że naprawdę trudno było mi kontrolować samego siebie.
-Jeśli tylko chcesz - odparłem, ujmując w dłonie jego rumiane policzki, w których niespodziewanie pojawiła się para rozkosznych dołeczków, niosących ze sobą szczery uśmiech. Dokładnie taki, jaki pragnąłem zobaczyć.
-Oczywiście, że chcę. Czy to znaczy, że mnie kochasz? - spytał prosto z mostu, a mnie ni stąd ni zowąd opuściła cała pewność siebie.
-Harry, to nie jest takie proste. Znamy się bardzo krótko, a ja wiele przeszedłem przed wyjazdem... Naprawdę trudno jest mi o tym wszystkim mówić, ale to, że nigdy tego nie powiedziałem nie znaczy, że tak nie jest... Czyny są ważniejsze niż słowa - odparłem, przecierając jego policzki kciukami, z cichą nadzieją, iż na ten moment tyle wystarczy.
-Dlatego się ze mną kochałeś? Żeby mi to pokazać? - doszedł do prostego wniosku, nie przestając się uśmiechać, na co ja odetchnąłem z ulgą.
-Właściwie to kochałem się z tobą, ponieważ niesamowicie podobasz mi się w tych spodenkach, ale uwierz, że nieważne jak bardzo bym się przed tym bronił, znaczyło to dla mnie równie wiele co dla ciebie - wyznałem zgodnie z prawdą, przypieczętowując swoje słowa pocałunkiem, który zielonooki z entuzjazmem odwzajemnił.
-Czyli miałem rację - zachichotał, przygryzając dolną wargę.
-O dziwo czasami ją masz - szepnąłem z ciepłym uśmiechem na ustach.
                   I w taki oto sposób podjąłem się nie lada wyzwania. Wiedziałem, że kochać Harrego nie będzie łatwo, jednak z niektórymi rzeczami po prostu nie sposób walczyć.

✗ ✗ ✗

Dawno nie pisałam tu żadnej notki, więc jeśli w ogóle kogoś to interesuje to powiem tylko, że zostały jeszcze cztery rozdziały i epilog do końca.

piątek, 26 września 2014

Rozdział XXV

                   Przyglądałem się spokojnemu obliczu zielonookiego chłopca pogrążonego w słodkim śnie, gładząc czule jego prawy, blady policzek. Brunet zamruczał rozkosznie, wtulając się w moją dłoń, zupełnie jakoby prosił o więcej dotyku. Uśmiechając się pod nosem, wplotłem palce w jego niesforne, kasztanowe loki, delikatnie drapiąc go za uchem. Westchnąwszy z aprobatą, Harry zacieśnił uścisk swoich ramion na mojej talii, przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie. Leżeliśmy w ten sposób już od jakiegoś czasu. Brunet - wtulony w moją klatkę piersiową oraz ja - starający się nie oddychać, by tylko go nie zbudzić, choć wcale nie byłem pewien tego, czy wciąż śpi. W dalszym ciągu mając przed oczyma wydarzenia z poprzedniej nocy oraz czas na przemyślenia, doszedłem do paru wniosków. Cała jego postawa niedojrzałego emocjonalnie, nieco rozpieszczonego dziecka była jedynie maską. Maską skrywającą przerażonego życiem nastolatka, który pozostawiony sam sobie nie był w stanie uporać się z własnymi problemami.
                   Gdybym tylko nie był skończonym egoistą, może zamiast skupiać się na swojej osobie i urażonym ego, zauważyłbym co tak naprawdę trapiło bruneta? Dopiero dzisiejszego poranka uświadomiłem sobie, że chłopiec wcale nie odpychał mnie od siebie, ani nie próbował unikać mojego towarzystwa. On najzwyczajniej w świecie starał się sam rozwiązać swoje problemy, które były nie tylko powodem jego złego samopoczucia, ale też i wstydu. I w ten oto sposób skończyliśmy tak jak zawsze. Uprzednio posprzeczani i pogodzeni za pomocą łez, leżeliśmy w swoich ramionach, zupełnie jakoby nic się nie stało. Ja - pełen poczucia winy oraz Harry - który jako jedyny wiedział co działo się w jego głowie. Tak jak za każdym razem obiecywałem sobie poprawę, czując, iż za wszystkie moje słowa oraz oziębłe zachowanie, jestem winien chłopcu nieco ciepła i uczucia, albowiem wtedy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, iż każdego dnia darowałem mu je zupełnie bezinteresownie.
                   Z zamyślenia wyrwało mnie uczucie pełnych warg chłopca napierających delikatnie na skórę mojej szyi. Posyłając mu zaskoczone spojrzenie, w odpowiedzi otrzymałem nieco nieporządny uśmiech i urocze ziewnięcie.
-Cześć, Lou - wymruczał, chowając twarz w materiale mojej koszulki.
-Długo już nie śpisz? - spytałem, zachodząc w głowę na jaki okres czasu tym razem odpłynąłem myślami.
-Od jakiegoś czasu - odparł sennym głosem.
-Więc czemu... - zacząłem, lecz chłopiec uprzedził moje pytanie, odpowiadając na nie.
-Chciałem się poprzytulać - wyznał nieco zawstydzony, unikając mojego wzroku.
-Przecież nie musiałeś udawać, że śpisz - tchnąłem zmieszany.
-Bałem się, że będziesz chciał wyjść zanim się obudzę, tak jak ja robiłem to wcześniej - szepnął, a nieprzyjemny dreszcz przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa na samą myśl o tym.
-Hej - zawołałem, by zwrócić na siebie jego uwagę. - Wszystko jest już w porządku, pamiętasz? - przypomniałem, gdy utkwił spojrzenie swoich smutnych, szmaragdowych tęczówek w mojej twarzy.
-Nie, nie jest i nigdy nie będzie, bo ja... - tchnął, a jego czy wypełniły się niepokojem i poniekąd też łzami.
-Dajmy już temu spokój - przerwałem mu srogim tonem.
-Ale... - zaczął, lecz ponownie nie było dane mu dokończyć.
-Mały Książę nie powinien się tyle smucić - zwróciłem mu uwagę, a jego twarz nieco rozchmurzyła się na skutek użytego przeze mnie przydomku. Ponownie chowając ją w materiale mojej koszulki, chłopiec nieśmiało skinął głową, mrucząc coś pod nosem.
-Słucham? - wypaliłem zdezorientowany.
-Spytałem czy mogę dostać buziaka? - powtórzył nieco wyraźniej, lecz równie zawstydzony.
-A uśmiechniesz się dla mnie? - postawiłem warunek, lecz chłopiec uprzednio unosząc głowę, by spojrzeć na mnie z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, pokręcił nią przecząco, machając swoimi nieco przydługimi już włosami na wszystkie strony. - Więc buziaka nie będzie - rzuciłem, nonszalancko wzruszając ramionami.
-Ale to ja jestem Małym Księciem i to ja mogę wydawać rozkazy, nie ty! - oburzył się brunet.
-No proszę, chyba ktoś tu za bardzo wczuł się w swoją rolę - odparłem rozbawiony.
-Po prostu daj mi buziaka - jęknął błagalnie.
-Najpierw się uśmiechnij - zażądałem.
-Nie, to nie. Pójdę do Nialla, on na pewno ma dla mnie jakiegoś buziaka, w końcu rozdaje je na prawo i lewo - wycedził, lecz w dalszym ciągu siedział na łóżku, posyłając mi wręcz boleśnie sugestywne spojrzenie.
-Nikt cię nie zatrzymuje - ziewnąłem, wskazując mu dłonią drogę do drzwi, gdyż świetnie zdawałem sobie sprawę z tego co brunet usiłował zrobić. Byłem już za stary na takie gierki.
                   Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, nie zamieniając przy tym ani słowa. Gdy chłopiec zdał sobie sprawę z tego, iż plan jego drobnej manipulacji spalił na panewce, nie pozostało mu nic innego jak tylko błagać mnie spojrzeniem tak długo, aż nie złamię się pod jego ciężarem. Wykończony panującą między nami ciszą, westchnąłem zrezygnowany, unosząc dłonie w geście kapitulacji. Następnie podnosząc się do pozycji siedzącej, przysunąłem się bliżej bruneta, ujmując jego twarz w dłonie. Przetarłszy czule jego policzki kciukami, nachyliłem się, łącząc nasze wargi w słodkim pocałunku. Chłopiec odwzajemnił pieszczotę, przykładając swoją dłoń do jednej z moich spoczywających na jego policzku. Gdy oderwaliśmy się od siebie, by zaczerpnąć powietrza, na twarzy zielonookiego gościł szeroki uśmiech, oprawiony w parę dołeczków i rozkoszną iskrę w oczach, której ostatnimi czasy tak bardzo im brakowało.
-Nie w takiej kolejności miało to nastąpić - zwróciłem mu uwagę, na co ten jedynie uśmiechnął się szerzej, przygryzając przy tym dolną wargę.
-Um, Harry? - zacząłem po chwili, by zaskarbić sobie jego uwagę. - Podoba ci się tu? - spytałem ostrożnie.
-Mamy oddzielne pokoje, nie lubię Nialla, nie mogę bawić się z krowami, a po kwiaty muszę wychodzić na pole. Nie, nie podoba mi się tu, kiedy wyjeżdżamy? - odparł prosto z mostu, jak zwykle nie przebierając w słowach.
-To dobrze - zaśmiałem się, rozbawiony. - Bo rzecz w tym, że powinniśmy jak najszybciej, nie zostało nam wiele czasu - wyjaśniłem.
-Naprawdę? - ucieszył się. - Czyli jedziemy już do Paryża?
-Jeszcze nie. Obiecałem przyjacielowi, że zatrzymam się u niego na kilka dni - odparłem, na co jego mina nieco zrzedła.
-Musimy? - jęknął rozczarowany.
-Gdyby nie on, w ogóle by mnie tu z tobą nie było, więc tak, musimy - odparłem tonem nieznoszącym sprzeciwu.
-Oh, w porządku - tchnął z uśmiechem na ustach, jeden jedyny raz to właśnie mając na myśli.
                   Gdy w końcu udało nam się opuścić przytulne ciepło łóżka, od razu zabraliśmy się za pakowanie naszych rzeczy. Plecaki, z którymi przybyliśmy do gospodarstwa ponownie wypełnione zostały głównie ubraniami, które w dobrodusznym geście mama Nialla postanowiła dla nas wyprać. Nie musieliśmy jednak przejmować się ekwipunkiem na podróż, gdyż do Zayna planowałem dostać się pociągiem, który odjeżdżając dziś wieczorem, na miejscu wysadziłby nas jeszcze przed świtem. Podczas naszych przygotowań, Harry nieustannie uśmiechał się, odpowiadając na wszystkie moje pytania entuzjastycznym potokiem słów, zupełnie jakoby nie mógł doczekać się naszego wyjazdu. Nie mogąc go za to winić, jedynie potakiwałem z sympatycznym wyrazem twarzy, rozmyślając o tym jak bardzo brakowało mi tej jego nieskładnej paplaniny, dobrego humoru i przede wszystkim szczerego uśmiechu.
                   Praktycznie gotowi do dalszej podróży, udaliśmy się do kuchni, gdzie przy nakrytym stole czekali na nas państwo Horan oraz Niall. Jedząc wspólny posiłek, wraz z Harrym poinformowaliśmy ich o naszych planach, nie zapominając przy tym o słowach podzięki. Mimo, iż przyszło im to z trudem, zaakceptowali oni naszą decyzję, zupełnie tak jak ciocia Karen wręczając nam wręcz dodatkowe wynagrodzenie za naszą ciężką pracę. W każdej innej sytuacji zapewne nie przyjąłbym ich pieniędzy, gdyż czas spędzony w gospodarstwie był dla mnie czystą przyjemnością, lecz wtedy musiałem myśleć nie tylko o swojej przyszłości, ale przede wszystkim również o Harrym. Gdy tylko dowiedział się, iż zamierzamy udać się na najbliższą stację kolejową, skąd planujemy złapać pierwszy pociąg, Niall zaoferował nam podwózkę, twierdząc, iż znajduje się ona kilkadziesiąt kilometrów stąd. Mimo, iż brunet nie sprawiał wrażenia zachwyconego ideą przebywania w towarzystwie blondyna dłużej niżeli to konieczne, ja z wdzięcznością przyjąłem jego propozycję.
                   Ostatni dzień w gospodarstwie przemknął niemalże niepostrzeżenie przed naszymi oczyma, przynosząc ze sobą zachód Słońca, który nieubłagalnie przypominał nam o powinności opuszczenia rodzinnej wioski państwa Horan, której nazwy do dziś nie udało mi się poznać. Cóż, nie ukrywam, że gdy Niall zaoferował nam podwózkę pewien byłem, iż na myśli miał samochód, lecz nie mogę też powiedzieć, że byłem zaskoczony widząc dwa konie i starą, drewnianą dorożkę. Starając się nie okazywać zdezorientowania, wrzuciłem do niej oba plecaki, po czym wraz z blondynem stanęliśmy obok siebie, czekając cierpliwie na przybycie Harrego, który jak mniemam tradycyjnie zaginął podczas operacji zbierania kwiatów, których łodygi nadawałyby się do zaplecenia w wianek. Jak się potem okazało - nie pomyliłem się.
                   Niespodziewanie z jednej z bram prowadzących na drogę wyłonił się brunet, zmierzając w naszą stronę niezwykle zgrabnym, subtelnym krokiem. Przez chwilę wpatrywałem się w jego sylwetkę nie mogąc uwierzyć własnym oczom, albowiem to, że tak piękne istoty stąpały po ziemi wręcz nie mieściło mi się w głowie. Chłopiec ubrany był w zdecydowanie zbyt dużą, białą koszulkę, która swawolnie okrywając jego szczupłe ramiona, pozostawiała idealny wzgląd na kości jego wystających obojczyków. Na stopach miał swoje stare, znoszone trampki, których rozwiązane sznurówki ciągnęły się tuż za nim w powolnym marszu. Jednak to co najbardziej przykuło moją uwagę to kończące się tuż przed kolanem, jasnojeansowe ogrodniczki, których jedna z szelek zarzucona była na ramię zielonookiego, natomiast druga zwisała swobodnie przy jego biodrze. Burzę kasztanowych loków chłopca, która przez panującą na dworze wilgoć była bardziej puszysta niż zazwyczaj, zdobił pokaźnej wielkości wianek, spleciony najprawdopodobniej z najbardziej kolorowych kwiatów jakie udało mu się znaleźć. Wszystkiego dopełniał szczery uśmiech, w którym wyciągnięte były jego pełne, malinowe wargi. W ciągu mojego dwudziestoletniego życia widziałem wiele piękna, lecz sposób, w który postrzegałem wówczas Harrego domagał się nowego określenia, zupełnie jakoby piękno nie było wystarczające.
                   Potrzebowałem dłuższej chwili, by otrząsnąć się z pozytywnego szoku, którego doznałem na widok bruneta. Uświadamiając sobie, iż Niall przygląda mi się wyczekująco, natomiast Harry z pewnego rodzaju zaciekawieniem, odchrząknąłem niezręcznie, klaszcząc w dłonie.
-A więc w drogę! - wypaliłem, wsiadając do dorożki, na co blondyn wzruszył ramionami, by po chwili zająć swoje miejsce woźnicy.
-Lou - niespodziewanie dobiegł mnie nieco zmieszany głos zielonookiego. Nie musząc długo zastanawiać się co chłopiec wpatrujący się we mnie błagalnym wzrokiem ma na myśli, wyciągnąłem w jego stronę dłoń, by pomóc mu wdrapać się do dorożki. Mimo, iż był on ode mnie wyższy, w niektórych sprawach pozostawał rozkosznie nieporadny.
-Nowe spodnie? - zagaiłem niby od niechcenia, obserwując jak chłopiec bawi się jedną z szelek, w czasie, gdy Niall wprawił nasz "powóz" w ruch.
-Od Maury, powiedziała, że to wstyd jechać do miasta w tych moich obdartusach - odparł ze słodkim uśmiechem, na co ja skinąłem głową. Przez chwilę jechaliśmy w ciszy, której użyłem jako pretekstu, by co jakiś rzucać Harremu ukradkowe spojrzenia, przy czym uświadomiłem sobie, iż w świetle zachodzącego słońca (o ile w ogóle było to możliwe) wyglądał jeszcze piękniej. Całą niespełna półtoragodzinną drogę wypełniły nam głównie rozmowy moje i Nialla, do których brunet nawet nie próbował się wdrążyć. Gdy dotarliśmy na dworzec kolejowy pogratulowałem nam wyczucia czasu, gdyż pierwszy pasujący nam swoją trasą pociąg, pojawić miał się na nim już za godzinę.
-No to to by było na tyle, koledzy - westchnął w pewnym momencie Niall. - Trzymajta się - dodał nieco melancholijnie, rozkładając swoje ramiona, na co ja rozumiejąc jego gest, przyciągnąłem go do czułego uścisku. Mimo, iż nie znaliśmy się długo, zdążyliśmy się nieco zżyć i nagle w obliczu pożegnania wyjazd wydał mi się być znacznie trudniejszy niżeli zakładałem to o poranku. Choć jeszcze dziś Harry wyznał mi dość dobitnie, iż nie przepada za Niallem, schował swoją urazę do kieszeni, również żegnając się z nim należycie. Potem jednak nie zostało nam już nic innego jak machanie tak długo, aż blondyn i jego dorożka nie zniknęli z pola naszego widzenia. Chyba po raz pierwszy żegnałem się z kimś, mając stu procentową pewność, iż nigdy więcej się nie zobaczymy i z ręką na sercu mogę przyznać, iż to jedno z najgorszych uczuć. Świadomość, że ludzie, którzy kiedykolwiek coś dla nas znaczyli, odegrali większą lub nawet epizodyczną rolę w naszym życiu, mogą od tak z niego zniknąć, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienia. Rozmyślając o tym, poczułem nagły przypływ wyrzutów sumienia oraz ochoty na wykonanie choć jednego, krótkiego telefonu do moich rodziców. Lecz tym razem po raz pierwszy nie odrzuciłem owego pomysłu już w przedbiegach. Postanawiając zająć się tym o świcie, albowiem środek nocy nie był odpowiednim czasem na przemyślenia, usiadłem na ławce, cierpliwie oczekując przybycia pociągu. Po chwili dołączył do mnie Harry, który mimo późnej pory, zdawał się być pełen życia. Nie znużyło go nawet czekanie, mimo, iż z natury był nieco niecierpliwy.
                   W momencie, w którym pociąg zatrzymał się na peronie wsiedliśmy do niego jako jedyni pasażerowie na nim oczekujący. Większość przedziałów zajęta była przez smacznie śpiących w nich podróżujących, lecz w końcu i nam udało się znaleźć jeden. Porzuciwszy nasze plecaki na ziemi, usiadłem na jednym z foteli, ziewając przeciągle. Wchodząc do środka, Harry zamknął za sobą drzwi przedziału, po czym opadł na siedzenie tuż obok mnie. Przez chwilę jechaliśmy w kojącej ciszy, którą ja spędziłem na relaksującym wpatrywaniu się w sufit, podczas gdy brunet posyłał mi w jego mniemaniu dyskretne spojrzenia.
-Wszystko w porządku? - spytałem w końcu, na co chłopiec zbył mnie krótkim skinieniem głowy. Wzruszając ramionami, powróciłem do swojej poprzedniej czynności, która opierała się głównie na jej braku. Przez chwilę rozważałem pójście spać, lecz w momencie, gdy zdecydowałem podnieść się, by wcielić swój plan w życie, zrezygnowałem z niego, przyglądając się z zaciekawieniem poczynaniom siedzącego obok mnie bruneta. Zwracając się twarzą w moją stronę, plecami oparł się o ścianę pociągu, w której widniało niewielkie okno. Ze spojrzeniem utkwionym w mojej osobie, przeniósł swoje długie, szczupłe nogi na siedzenie fotela, gdzie objąwszy je ramionami, przyciągnął je do klatki piersiowej. Może gdybym tylko był mniej zmęczony, lub gdyby tylko Harry nie wyglądał tak pięknie, zdołałbym dostrzec jego dziwne zachowanie? Jednak w zaistniałej sytuacji jedynym o czym potrafiłem myśleć były utkwione we mnie szmaragdowe tęczówki, ślące mi komunikat, którego w żaden sposób nie potrafiłem rozszyfrować, albowiem widziałem go w oczach bruneta po raz pierwszy.
-Lou, mogę dostać buziaka? - spytał w pewnym momencie, a ja byłem zbyt otumaniony jego spojrzeniem, by odmówić. Wspinając się na fotel, zmniejszyłem dystans między nami, by pochylając się nad chłopcem, złączyć nasze wargi w czułym pocałunku. Pewien, iż brunet miał na myśli jedynie zwykły całus na dobranoc, po chwili począłem odsuwać się od niego, lecz ten nie pozwolił mi na to, desperacko łapiąc się kołnierzyka mojej koszulki. Rozszyfrowując jego gest, wpiłem się mocniej w jego usta, nieco pogłębiając pieszczotę. Mrucząc z aprobatą w moje rozchylone wargi, chłopiec przeniósł swoje dłonie na moje ramiona, zacieśniając ich uścisk adekwatnie do rosnącej siły naszego pocałunku. W momencie, gdy obu nam zabrakło tchu, oderwałem się od Harrego, pozwalając mu zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Niemalże zaciągając się nim, brunet w dalszym ciągu przyglądał mi się swoimi szmaragdowymi tęczówkami, które z jakiegoś powodu zaszły mgłą. Oddychając głęboko przez kusząco rozchylone, pełne i krwistoczerwone od namiętnego pocałunku wargi, chłopiec w dalszym ciągu trzymał dłonie na moich ramionach zupełnie jakoby ratowały go przed tonięciem w morzu jego własnych westchnień.
                   Podczas, gdy ja przyglądałem mu się zupełnie oczarowany, zielonooki nie próżnował, przyciągając mnie do kolejnego, namiętnego pocałunku. Tym razem jednak był on nieco bardziej niedbały oraz przepełniony lizaniem i przygryzaniem warg niżeli poprzedni. Podczas, gdy nasze języki odnajdywały wspólny rytm, zęby boleśnie ścierały się o siebie, jednak obydwoje byliśmy zbyt pochłonięci swoją bliskością, by się tym przejąć. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia co we mnie wstąpiło. Jeszcze nigdy nie całowałem nikogo w ten sposób. Nigdy nie całowałem Harrego w ten sposób. Wszystko to było tak nowe i nieporządne, jednocześnie sprawiając wrażenie jakoby nic nigdy nie było równie odpowiednie.
                   Czerwona lampka zapaliła się w mojej głowie dopiero w momencie, gdy w dalszym ciągu kurczowo trzymając się moich ramion, Harry wyprostował nogi, rozkładając je po obu stronach moich bioder w ten sposób, iż znalazłem się pomiędzy nimi. Już to wydało mi się być nazbyt intymne, jakoby nie na miejscu. Lecz w chwili, w której brunet puścił moje lewe ramię, by rozsunąć rozporek swoich spodni, zrozumiałem, iż zaszło to stanowczo za daleko.
-Harry, prosiłem cię, żebyś przestał to robić - warknąłem, brzmiąc przy tym bardziej ozięble, niżeli zamierzałem.
-Ale... - zaczął, przyglądając mi się wielkimi oczyma pełnymi strachu i zakłopotania.
-No, słucham? Za co dziękujesz, albo o co prosisz mnie tym razem? - zakpiłem, będąc przy tym niepotrzebnie sarkastycznym, albowiem ponownie odezwała się we mnie moja urażona duma.
-Za to, że jesteś i o to, żebyś był już zawsze... - tchnął drżącym głosem, patrząc mi głęboko w oczy. Przez chwilę przyglądałem mu się oniemiały, starając się uspokoić szybkie, rozregulowane bicie serca, lecz im dłużej to trwało, tym mocniej czułem je w swojej piersi. Nieważne jak bardzo pragnąłem wykrztusić z siebie choć pojedyncze słowo, wszystkie zostały uwięzione w mojej krtani. - Lou, czy możesz mnie już pocałować? Potrzebuję tego - westchnął niespodziewanie, tym samym pozbawiając mnie wszelkich hamulców. Wcześniej sądziłem, iż to nie ma prawa się wydarzyć, że owa sytuacja jest zbyt surrealistyczna, lecz patrząc prawdzie w oczy... taka była cała nasza relacja.
                   Nie mogąc się dłużej powstrzymać, z całej siły wpiłem się w usta bruneta, całując je jakby nie było jutra. Starając się dotrzymać mi kroku, chłopiec oddawał moje pocałunki równie zachłannie, cicho pojękując za każdym razem, gdy przygryzałem jego dolną wargę. Czując jego płytki oddech, oderwałem się od zielonookiego, by móc podziwiać jak jego klatka piersiowa unosi się i opada podczas głębszych wdechów. Dając mu chwilę wytchnienia, przeniosłem się z pocałunkami na skórę jego szyi i szczęki. Chcąc ulokować nas w nieco wygodniejszej pozycji, kładąc go płasko na fotelu, postanowiłem pozostać między jego nogami. Skomląc cicho pod nosem, Harry odchylał głowę do tyłu, dając mi większe pole do popisu. W dalszym ciągu składając namiętne pocałunki na jego szyi, przeniosłem jedną z dłoni na jego ramię skąd zdjąłem spoczywającą na nim szelkę. Rozgryzając do czego zmierzam, chłopiec postanowił pomóc mi, rozpinając do końca rozporek i guzik swoich spodni, które następnie począł z siebie ściągać. Nie było to jednak tak proste jak mogłoby się wydawać, albowiem chłopiec najwidoczniej nie mógł skupić się na owej czynności w momencie, gdy ja zachłannie spijałem pocałunki z linii jego szczęki. Nie dając za wygraną, wypchnął swoje biodra do góry, by ułatwić sobie zdjęcie spodni, lecz w momencie, gdy jego miednica spotkała się z moją w przyjemnym tarciu, zrezygnowany opadł z powrotem za fotel, wydając z siebie zduszony jęk. Nieco rozbawiony jego poczynaniami, oderwałem się od niego, cicho śmiejąc się pod nosem. Następnie delikatnie zsunąłem spodnie z jego wąskich bioder, niedbale zrzucając je na ziemię. Przyglądając mi się wyczekująco, brunet zagryzł swoją dolną, opuchniętą wargę, starając się utrzymać swoje zamglone, szmaragdowe oczy otwarte. Nieco się z nim drocząc, z łobuzerskim uśmiechem na ustach, począłem bez pośpiechu zdejmować jego buty. Gdy chłopiec leżał już przede mną jedynie w parze czarnych bokserek i białej koszulce, posłał mi błagalne spojrzenie, którego nie miałem serca zignorować, gdyż i tak był on dużo bardziej cierpliwy niżeli w każdej innej sytuacji. Głaszcząc w kojącym geście jego łydkę, począłem pochylać się nad jego sylwetką, podczas, gdy ten przyglądał mi się w napięciu, niepewny co zamierzam zrobić. Rozwiewając jego wątpliwości złożyłem długi, słodki pocałunek na wewnętrznej stronie jego uda, rozkoszując się przy tym wydawanymi przez chłopca przeciągłymi jękami.
-Lou - zaskomlał, tym samym zaskarbiając sobie moja uwagę. - Proszę - tchnął, przyglądając mi się spod opuszczonych powiek, jednak tym co zaciekawiło mnie bardziej był jego palec wskazujący, który we wręcz obsceniczny sposób trzymał pomiędzy swoimi rozchylonymi, domagającymi się pocałunków wargami.
-Ktoś z wiankiem na głowie nie powinien wyglądać jak książę rozpusty... - wymruczałem bardziej do siebie niżeli do niego, powracając do składania całusów na wewnętrznej stronie jego ud, których nie szpeciły dłużej wręcz absurdalnej wielkości siniaki.
-Ale twój książę? - wydyszał, starając się skoncentrować na moich słowach, zamiast ust.
-Oczywiście, że mój - odparłem wręcz zaborczo.
-Więc w porządku - westchnął w momencie, gdy jedną z dłoni wsunąłem pod materiał jego koszulki. - Lou... - jęknął wręcz rozpaczliwe, obserwując jak podciągając okrywającą go białą tkaninę, począłem składać czułe pocałunki na skórze jego brzucha. Jakaż była moja ulga, gdy uświadomiłem sobie, iż po siniaku, który uprzednio wziąłem za tatuaż, nie było już śladu.
-Spójrz tylko, słoneczko - wymruczałem, wyłapując jego mętne spojrzenie. - Ani jednego siniaka, jesteś taki piękny - szepnąłem, unosząc się na łokciach, by móc złożyć czuły pocałunek na jego pokrytym rumieńcem policzku.
-Lou, proszę... - sapnął w odpowiedzi.
-Harry, nie wiem o co prosisz - tchnąłem, ujmując jego twarz w dłonie, by zmusić go do nawiązania ze mną kontaktu wzrokowego.
-Zrób coś - odparł drżącym głosem.
-Coś, to znaczy...? - spytałem, lecz chłopiec nie uraczył mnie odpowiedzią. Zamiast tego palce, które wówczas trzymał w ustach, zastąpił moimi, liżąc je dokładnie pod moim czujnym okiem. Brunet dobrze wiedział co robił, mnie również nie pozostawiając wątpliwości co do tego, co dokładnie miał na myśli.
                   Cała zaistniała sytuacja wydawała mi się być wręcz absurdalna. Jednak w momencie, gdy Harry leżał przede mną niemalże nagi, gotów oddać mi każdą nawet najdrobniejszą cząstkę siebie, moralność czy też rozsądek nie stanowiły moich dominujących cech. Wysuwając palce spomiędzy jego pełnych warg, ucałowałem je czule, jednocześnie przenosząc jedną z dłoni na jego biodro. Domagając się mojego dotyku, Harry począł wiercić się w miejscu, jęcząc przy tym niecierpliwie. Spełniając jego niemą prośbę, wsunąłem dłoń pod materiał jego czarnych bokserek, by przygotować go na to, do czego obaj nieuchronnie zmierzaliśmy. W pierwszej chwili uprzednio jedynie uchylone oczy chłopca rozszerzyły się do niebotycznych rozmiarów, podczas gdy ten wciągnął do płuc ogromny haust powietrza. Jednak już kilka moich pocałunków i ruchów palców wystarczyło, by zrelaksował się, zupełnie oddając się przyjemności, którą sprawiał również mnie, wydając z siebie masę rozkosznych dźwięków. Po pewnym czasie i całej masie zapewnień, iż jest już gotowy, chłopiec pomógł mi zdjąć z siebie zbędne w tamtej chwili koszulkę i bokserki, tym samym eksponując mi się w całej okazałości. Oczarowany widokiem wpiłem się w jego wiśniowe wargi, mrucząc między pocałunkami czułe słówka, jednak nie były one w stanie opisać tego jak piękny był w tej chwili. Nieco się niecierpliwiąc, chłopiec począł rozpinać rozporek moich spodni, które mówiąc delikatnie stały się dość niewygodne. Zanim się obejrzałem nie dzieliły nas już żadne warstwy materiału, a każdy nasz pocałunek oddzielały ciche westchnienia Harrego układające się w "już" oraz "proszę".
-Harry, słoneczko, odwróć się - szepnąłem do jego ucha, delikatnie przygryzając jego płatek.
-Nie, nie chcę - zaprotestował słabym głosem, tym samym wzbudzając we mnie niepokój. Czyżby właśnie się rozmyślił? - Chcę widzieć jak na mnie patrzysz, robisz to tak ładnie... - udało mu się wykrztusić pomiędzy ciężkimi oddechami. Nie zastanawiając się długo, przyciągnąłem go do kolejnego namiętnego pocałunku. Następnie układając jedną z dłoni na jego plecach, usadziłem go na swoim podołku.
-Zrób to tak, żeby tobie było dobrze - szepnąłem w jego rozchylone wargi i tak też się stało.
                   Mimo, iż na początku ruchy chłopca były niepewne, a on sam zdawał się nie wiedzieć co dokładnie robić, w końcu udało nam się odnaleźć wspólny rytm. Przez cały czas Harry patrzył na mnie przez swoje na wpół przymknięte powieki, nie pozwalając im opaść nawet na chwilę, co poskutkowało tym, iż nie straciliśmy kontaktu wzrokowego choćby na minutę. W pewnym momencie chłopiec począł wręcz błagać mnie o to, bym go dotknął i chociaż moje dłonie były wtedy dosłownie wszędzie, raczej nie to brunet miał na myśli. Półuśmiech nieustannie gościł na jego wargach, nie rozmywając się nawet w obliczu słodkich westchnień i pojękiwań, których ten sobie nie szczędził. Wraz z każdym jego ruchem, kwiaty składające się na wianek, który jakimś sposobem w dalszym ciągu zdobił burzę jego kasztanowych loków, traciły poszczególne płatki. Gdy było już po wszystkim, chłopiec zatrzymał się w miejscu, przerywając pocałunek, w którym chwilowo złączone pozostawały nasze wargi. Jego włosy roztrzepane były na wszystkie strony, a jako taki stan wianka pozostawiał wiele do życzenia. Szmaragdowe tęczówki bruneta lśniły w nieznany mi dotąd sposób, podczas gdy ten przyglądał mi się uważnie, przygryzając dolną wargę.
-To było miłe - szepnął, w dalszym ciągu siedząc na moim podołku, po czym przymknął powieki zawstydzony, zupełnie jakoby ganił się w myślach za to co właśnie powiedział. Ja natomiast postanowiłem nie odpowiadać, jedynie przyciągając go do czułego uścisku, by dać mu do zrozumienia, iż podzielam jego zdanie.

środa, 24 września 2014

Rozdział XXIV

                   Harry mnie nie chce - było moją pierwszą myślą zaraz po przebudzeniu kolejnego dnia. Wsłuchując się w dudnienie wewnątrz mojej głowy, jednocześnie patrząc mętnym wzrokiem na wschód słońca, którego promienie leniwie wpadały do mojej sypialni poprzez uchylone okna pozbawione zasłon, jedynym o czym byłem w stanie myśleć było to, że Harry mnie nie chciał. Wykonując poranną toaletę, ubierając się oraz oczekując przybycia Nialla pod jego drzwiami, byśmy razem mogli zejść na śniadanie, również potrafiłem martwić się jedynie o to, iż Harry mnie nie chciał.
                   Harry mnie nie chce - ponownie przemknęło przez moją głowę, gdy plecami oparłem się o chłodną ścianę. Przeczesując włosy palcami, wziąłem głęboki wdech, by po chwili wypuścić powietrze z płuc z głośnym świstem i nieco cichszym "Harry mnie nie chce" na ustach, w których słowa te brzmiały niebywale obco. Miałem całą noc, by przeboleć ten uwłaczający mi fakt, lecz ku mojemu zdziwieniu nie udało mi się to nawet po części. Z jakiegoś powodu nie mogłem dopuścić do siebie świadomości, że Harry mógłby mnie... nie chcieć. Z jakiegoś powodu nie mogłem pogodzić się z tą świadomością. I z jakiegoś powodu nawet nie chciałem. Nie byłem jednak głupi. Im bardziej odpychałem od siebie te myśli, z tym większą siłą do mnie wracały, niszcząc wszystko na swojej drodze. I może nawet było mi minimalnie przykro, jednak nie zamierzałem z tego powodu płakać. Ponieważ cały ten czas, który ja spędziłem na rozgryzaniu uczuć, którymi darzyłem bruneta, ten od początku planował jedynie rozkochać mnie w sobie, by mieć pewność, iż pomogę mu w ucieczce do Paryża. Uświadamiając to sobie, poczułem się niczym kompletny idiota, zważywszy na to, że jeszcze kilka godzin temu zrobiłbym dla niego wszystko. I choć swoich uczuć nigdy nie określałem tak wyniosłymi słowami jak on, w rezultacie tylko te moje okazały się być szczere.
                   Harry mnie nie chce - pomyślałem po raz kolejny, lecz tym razem pod zupełnie innym kątem, który mój smutek przeobraził w rozczarowanie, które równie szybko przekształciło się w gniew. Brunet najzwyczajniej w świecie sobie ze mną pogrywał, a ja jak skończony dureń pozwoliłem mu owinąć się wokół palca. W tamtym momencie nie potrafiłem zdecydować na kogo byłem bardziej zły - na niego czy samego siebie? Wiedziałem jednak jedno - nie zamierzałem dłużej być marionetką w jego rękach.
-Halo, kolego? - rozbawiony głos Nialla i jego dłoń poruszająca się tuż na wprost mojej twarzy wyrwały mnie z zamyślenia. Wracając na ziemię, posłałem blondynowi pytające spojrzenie, na które on odpowiedział jedynie szerokim uśmiechem. - Jak tam twoja makówka? Ja to żem ledwo wstał - powiedział, choć ton jego głosu i rozpromieniona twarz nijak pokrywały się z jego słowami.
-W porządku - tchnąłem, wzruszając ramionami.
-Nie wyglądasz najlepiej - odparł nieprzekonany.
-Ciężka noc - rzuciłem, posyłając mu wymuszony uśmiech.
-Psia kość, zupełnie żem zapomniał! Gadaj no, jak tam z Harrym?! - wypalił, łapiąc się za głowę przejęty.
-Nijak - wycedziłem, wzdrygając się na samo brzmienie imienia bruneta.
-Przeprosiłeś go ode mnie? - dopytywał niebieskooki.
-Wiesz... nie było ku temu okazji, ale szczerze wątpię, by miał ci to za złe - odparłem, na co przez twarz chłopaka przeszedł widoczny cień ulgi.
-W takim razie chodź na dół, śniadanie samo się nie zje - zawołał wesoło, układając dłoń na moim ramieniu dokładnie w tej samej chwili, w której Harry nieśmiało wyszedł ze swojego pokoju, po cichu zamykając za sobą drzwi. Prawdę mówiąc brunet wyglądał jak siedem nieszczęść. Oczy miał podkrążone, włosy roztrzepane, a ubrania w jakiś sposób przestały dobrze na nim leżeć. Jego początkowo wyprana z emocji twarz wykrzywiła się w bolesnym grymasie w momencie, gdy chłopiec dostrzegł mnie opartego o ścianę oraz Nialla, który pochylając się nade mną, jedną z dłoni ułożoną miał na moim ramieniu.
-Hej, kolego - zawołał radośnie blondyn, zapewne nie dostrzegając miny zielonookiego.
-Cześć Niall - odparł chłopiec, nie forsując się odwzajemnieniem uśmiechu osiemnastolatka.
-Bignę do kuchni, widzimy się na dole - rzucił niebieskooki na odchodnym, gdy z parteru rozległo się nawoływanie jego mamy, proszącej go o pomoc w przygotowaniu stołu. Odepchnąwszy się od ściany, westchnąłem dyskretnie, po czym również ruszyłem w kierunku schodów. Już miałem minąć Harrego, gdy ten w ostatniej chwili zatrzymał mnie, zaciskając pięść na moim nadgarstku.
-Cześć Lou - przywitał się nadzwyczajnie czułym tonem, jednak w mojej głowie nie miał on słodkiego, a wręcz trujący wydźwięk.
-Przestań - warknąłem, na co chłopiec niezwykle pokornie wypuścił mój nadgarstek ze swojego uścisku. Posyłając mu ostatnie zirytowane spojrzenie, ponownie ruszyłem w stronę schodów, lecz ten stanął na wprost mnie, tym samym tarasując mi drogę.
-Lou, czy mogę dostać mojego buziaka na dzień dobry? - spytał bardziej retorycznie, niżeli szczerze, powoli poczynając pochylać się do pocałunku.
-Przykro mi, spieszę się na śniadanie - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, starając się go wyminąć, lecz zielonooki pozostawał nieugięty.
-Ale przecież mówiłeś, że mogę całować cię zawsze, gdy mam na to ochotę! - zawołał z wyrzutem, zupełnie jak pięcioletnie dziecko, któremu zabrano cukierka.
-Nie sądzisz, że to już czas nauczyć się, że nie zawsze dostaje się to czego się chce? - rzuciłem, unosząc jedną brew.
-Mówisz tak, jakbym ja dostawał - odparł urażony, a w jego oczach zalśniły łzy.
-Słuchaj, to, że w domu byłeś popychadłem swojego ojca nie znaczy, że teraz ja zamierzam być twoim - warknąłem, po czym bez większych ceregieli minąłem chłopca, w pośpiechu zbiegając po schodach na parter, gdzie w kuchni czekali na nas Niall i jego rodzice.
                   Zaraz po tym jak razem zasiedliśmy do stołu dołączył do nas Harry. Biorąc pod uwagę jego spóźnienie oraz przekrwione oczy nie trudno było wywnioskować, iż brunet płakał. Przez chwilę poczułem wyrzuty sumienia, martwiąc się, iż byłem dla niego zbyt ostry, lecz szybko otrząsnąłem się, pamiętając o tym jaki stosunek miał do mnie chłopiec przez ostatnie trzy tygodnie. Mimo, iż zdecydowanie nie należało to do najprostszych czynności, starałem się ignorować obecność bruneta. Chłopiec jednak nie pozostał mi dłużny, gdyż po tym jak potraktowałem go przed śniadaniem, on również nie zabiegał o moje towarzystwo. Szczerze mówiąc atmosfera między nami była tak napięta jak jeszcze nigdy, co nie wróżyło dobrze, w sytuacji, w której żaden z nas nie próbował jej rozładować.
                   Nieco lepiej było popołudniu, gdy oboje zajęci swoimi obowiązkami w gospodarstwie nie musieliśmy szukać innych wymówek, by unikać się nazwajem niczym ognia. Wszystko jednak legło w gruzach, gdy rodzice Nialla chwaląc naszą trójkę za ciężką pracę, wręcz nalegali byśmy zrobili sobie chwilę przerwy, a nieświadomy niczego blondyn ucieszył się, iż wreszcie ma czas, by pokazać nam swoją ulubioną kryjówkę. Utrzymując między sobą bezpieczny dystans, wraz z Harrym podążaliśmy za osiemnastolatkiem, który podekscytowany prowadził nas wgłąb pola, gdzie już z daleka dostrzec było można piętrzące się ku górze stogi siana.
-Chodźta szybciej! - zawołał ponownie nas wyprzedzając, po czym ja postanowiłem dotrzymać mu kroku, byle tylko nie zostać sam na sam z Harrym.
                   Mimo, iż na pierwszy rzut oka wyglądało to nieco dziecinnie, skakanie po bołdach okazało się być całkiem zabawne. Szczególnie, gdy Niall źle wymierzając odległość, wpadł w jedną ze szczelin, z której wyciągałem go z donośnym śmiechem na ustach. Zdyszani i rozbawieni, ułożyliśmy się na szczycie sterty siana, z zachwytem oglądając zachód słońca. W pewnym momencie poczułem jakoby czegoś, a raczej kogoś przy nas brakowało. Lecz zanim zdążyłem porządnie przejąć się zniknięciem Harrego, ten jak gdyby nigdy nic wspiąwszy się po bołdach, wyłonił się spośród siana, lecz tym razem z wiankiem ze świeżych kwiatów zdobiącym jego głowę. Odpuszczając sobie pytania o powód jego chwilowej nieobecności, odwróciłem wzrok, udając, iż w ogóle jej nie zauważyłem. Czułem na sobie jednak jego zawiedzione spojrzenie oraz ramiona oplatające moją talię, gdy ten położył się tuż obok mnie.
-Lou, gniewasz się na mnie? - tchnął drżącym głosem wprost do mojego ucha, tak by Niall nie zdołał go usłyszeć, lecz ja pozostawiłem jego pytanie bez odpowiedzi. Czując się niekomfortowo w aktualnej pozycji, wyrwałem się z objęć Harrego nieco zwiększając dystans między nami. Nie odważyłem się jednak spojrzeć na jego reakcję.
                   Atmosfera przy kolacji również pozostawiała wiele do życzenia, lecz tym razem, najprawdopodobniej chcąc mnie sprowokować, Harry w dalszym ciągu zawzięcie nosił wianek. Mając wszystkiego po dziurki w nosie, lecz jednocześnie niewystarczająco wiele odwagi, by powiedzieć chłopcu co tak naprawdę o nim myślę, przeprosiwszy, wstałem od stołu, udając się do mojego pokoju, skąd planowałem nie wychodzić aż do rana. Zaniepokojony moim zachowaniem Niall odwiedził mnie, pytając czy aby na pewno wszystko w porządku nie tylko ze mną, ale także z Harrym i między nami. Zupełnie szczerze rozwiałem jego bezpodstawne zmartwienia, zwinnie omijając temat Loczka. Gdy blondyn i jego ukojone nerwy opuścili moją sypialnię, niemalże natychmiast położyłem się do łóżka, nie mogąc się doczekać, aż dzisiejszy dzień dobiegnie końca. I choć na pierwszy rzut oka mógłby się on wydać niezmiernie nudny, prawda była taka, iż to co najciekawsze dopiero miało się wydarzyć...
                   Około drugiej nad ranem, podczas gdy już od wielu godzin spałem smacznie, otulony ciepłą kołdrą, rozległo się ciche pukanie do moich drzwi. Zdając sobie sprawę z tego co ono oznacza, warknąłem przeciągle, zirytowany. Odbierając to jako zaproszenie, niemile widziany gość uchylił drzwi mojej sypialni, zaglądając do środka.
-Lou? - szepnął nieśmiało Harry.
-Wyjdź stąd - jęknąłem, zakrywając twarz poduszką.
-Lou, mogę dziś spać z tobą? - spytał niezrażony.
-Nie - po raz pierwszy udało mi się sprzeciwić.
-Ale... - zaczął, lecz wszedłem mu w słowo.
-Powiedziałem "nie" - warknąłem zniecierpliwiony.
-Proszę, Lou... - tchnął nieco bezradnie.
-Po prostu wyjdź, w porządku? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby w dalszym ciągu na niego nie patrząc.
-Lou, proszę, nie chcę spać sam... - mówił, krztusząc się słowami, zupełnie jakoby był bliski płaczu.
-To nie mój problem - prychnąłem lekceważąco.
-Lou, proszę, ja... - uciął wpół zdania, milknąc na chwilę. Już miałem nadzieję, że da za wygraną i wyjdzie, gdy ten zrobił coś zupełnie odwrotnego. Niespodziewanie poczułem jak materac ugina się pod jego ciężarem, a chłopiec kładzie się tuż obok mnie. - Gniewasz się za wczoraj, prawda? Jeśli chcesz to możemy to zrobić, tylko pozwól mi potem z tobą zostać, w porządku? - powiedział łamiącym się głosem. Zaalarmowany przekręciłem się na drugi bok, dostrzegając leżącego obok mnie bruneta. Chłopiec miał mocno zaciśnięte pięści i powieki, spod których sączyły się słone łzy. Jego ramiona spuszczone były wzdłuż tułowia i podczas, gdy on leżał bez ruchu, jego pierś falowała w rytmie jego nierównego, płytkiego oddechu. Natomiast burzę jego kasztanowych loków w dalszym ciągu zdobiła kwiecista korona.
-Naprawdę myślisz, że chodzi mi tylko o to? - tchnąłem, z leksza urażony tym, iż chłopiec nie dostrzegał prawdziwej istoty mojego problemu.
-Po prostu się gniewasz, a ja nie wiem za co, ani jak cię przeprosić - odparł bezradnie, uchylając zaciśnięte uprzednio powieki, by móc spojrzeć na mnie oczami pełnymi bólu i przygnębienia.
-Właśnie w tym tkwi problem. Czy to naprawdę jest twój sposób na dziękowanie, proszenie i przepraszanie ludzi? Co z tobą do jasnej cholery jest nie tak? - warknąłem zirytowany.
-Ale Lou... - zaczął, lecz nie dopuściłem go do słowa.
-Przestań, okej? Po prostu przestań. Mam po dziurki w nosie tego jak się zachowujesz, rozumiesz? Po prostu mam dość, to nie jest w porządku. Nie rozumiem tylko po co cały ten cyrk, skoro zgodziłem się zabrać cię ze sobą do Paryża i zdajesz sobie sprawę z tego, że nie mam możliwości się z tego wycofać - westchnąłem.
-Jaki cyrk? Lou, ja nie rozumiem... - jęknął, patrząc na mnie błagalnie.
-Cyrk z tym całym "kocham cię" i... - zacząłem, lecz przerwały mi wargi chłopca stanowczo napierające na moje.
-Lou, nie mów tak, ja naprawdę cię kocham - zapewnił, składając na moich ustach kolejny pocałunek, którego nie byłem w stanie odwzajemnić. Nie umknęło to jednak jego uwadze. - Nie wierzysz mi, bo nie chciałem ci wczoraj pokazać? - zmartwił się, posyłając mi pełnie niepokoju spojrzenie, zupełnie jakoby przerażała go myśl o tym, że mógłbym nie pokładać wiary w jego słowach. - Jeśli chcesz mogę ci pokazać, tylko proszę patrz na mnie ładniej i nie każ mi spać samemu... - jęknął błagalnie, nie starając się dłużej hamować potoku łez, po czym złapał za gumkę swoich spodni. Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, odciągnąłem stamtąd jego dłoń, instynktownie splatając ze sobą nasze palce.
-Niczego nie musisz mi pokazywać, jasne? Tu naprawdę ni o to chodzi. Tylko... nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego jak zabrzmiało to co wczoraj powiedziałeś - westchnąłem, przejeżdżając kciukiem po kostkach jego dłoni.
-Czy to co powiedziałem było niegrzeczne? Przepraszam Lou, ja nie chciałem - zmartwił się.
-Nie, nie, po prostu... ja odebrałem to jakbyś nie chciał nie tego... tylko mnie - wyrzuciłem z siebie na jednym wdechu.
-Lou, przecież ja nie miałem tego na myśli - szepnął, spoglądając na mnie pełnymi bólu i łez, lecz nadal pięknymi i szczerymi oczyma.
-Ale odkąd tu jesteśmy zachowujesz się tak... - uciąłem, szukając odpowiedniego słowa.
-Przepraszam, ja naprawdę nie chciałem. Nawet za nic się na ciebie nie gniewam, ja tylko... ja tylko... - urwał nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. - Pozwól mi tylko ze sobą spać, a już taki nie będę - obiecał, z nieznanych mi przyczyn ponownie wybuchając płaczem.-Harry, przestań, nie wiem co się dzieje - jęknąłem bezradnie, zacieśniając uścisk na jego dłoni.
-Nie chcę spać sam, boję się - zapłakał, mocno zaciskając powieki.
-Czego? Ciemności? - dopytywałem zmieszany.
-Nie - tchnął przez łzy, kręcąc głową.
-Harry, pamiętasz jak rozmawialiśmy o tym, że masz mówić mi o swoich problemach? - spytałem, na co chłopiec niechętnie przytaknął. - W takim razie czas najwyższy wprowadzić to w życie. Nie będę mógł ci pomóc, jeśli nie powiesz mi co się stało - zwróciłem mu uwagę.
-Nie – jęknął, nie będąc w stanie wydusić z siebie nic więcej.
-Harry - westchnąłem zniecierpliwiony.
-Ale jest mi tak bardzo wstyd, mam siedemnaście lat, nie powinienem już płakać z takiego powodu - załkał, trąc wolną dłonią mokre od łez powieki.
-Z jakiego powodu? - naciskałem.
-Miałem zły sen - wyrzucił w końcu z siebie wraz z potokiem świeżych łez.
-Nie ma się czego wstydzić, Haz - zapewniłem, pocierając jego ramię w pokrzepiającym geście.
-Jest, bo ja kiedyś lubiłem ten sen, ale już go nie lubię, przysięgam - płakał coraz rzewniej.
-Co masz na myśli? - nieco się zaniepokoiłem.
-Ten sen często śnił mi się, gdy byłem w domu i wtedy go lubiłem, ale teraz jesteś ty i nie chcę, by śnił mi się już nigdy więcej, każ mu przestać - łkał, ledwo wyłapując odpowiednie sylaby.
-Harry, jaki sen? - spytałem przejęty.
-Nie bądź na mnie zły, w porządku? Ja naprawdę nie lubię już tego snu - mówił w amoku, przecząco kręcąc głową.
-Harry, jakiego snu? - powtórzyłem nieco dobitniej, ujmując jego twarz w dłonie. Czując jak całe ciało chłopca drży, przetarłem kciukami jego zarumienione od nadmiaru emocji policzki.
-Ten sen często śnił mi się w domu i wtedy go lubiłem, ale teraz jesteś ty i już go nie lubię i nie chcę, by śnił mi się już nigdy więcej, bo ja w tym śnie umieram, Lou - odparł jednym tchem, a mnie zajęło chwilę, by uporządkować ocean słów, którym nie zalał. Gdy w końcu począłem wyłapywać z niego główny przekaz, poczułem jak cała krew odpływa mi z twarzy. On nie mógł mówić poważnie. Jak źle wyglądać musiała sytuacja w jego domu, by w wieku zaledwie kilkunastu lat marzył o śmierci?
-Harry... - zacząłem oniemiały, lecz chłopiec przerwał mi wpół zdania, którego i tak nie planowałem dokończyć.
-Lou, proszę nie patrz tak na mnie, spójrz na mnie ładnie, ja naprawdę nie lubię już tego snu - zarzekał się, nie mogąc opanować drżenia głosu i spływających po jego policzkach i moich dłoniach łez. Pragnąc uciszyć jego szloch, wpiłem się w jego usta, składając na nich czuły pocałunek, który chłopiec niepewnie, lecz z pasją odwzajemnił. - Co robisz? - wyszeptał, na wprost moich warg, owiewając je swoim ciepłym oddechem, zaraz po tym jak przerwałem pieszczotę.
-Kiedyś, gdy płakałeś, dałeś mi buziaka i od razu poczułeś się lepiej, więc miałem nadzieję, że tym razem też zadziała - odparłem, używając dokładnie tych samych słów co brunet niegdyś, z cichą nadzieją, iż uda mi się go choć trochę uspokoić.
-Naprawdę cię kocham, Lou - wyszeptał z materiał mojej koszulki, przyciągając mnie do mocnego uścisku.
-Wiem, słoneczko, wiem - odparłem, gdyż po raz pierwszy naprawdę to poczułem, przez sposób, w jaki chłopiec przytulając mnie, sprawiał wrażenie jakoby trzymał w ramionach cały świat.
-Nazwałeś mnie słoneczkiem - zwrócił mi uwagę, delikatnie unosząc ku górze kąciki ust.
-Ponieważ jeden twój uśmiech jest w stanie rozświetlić każdy mrok i oddałbym naprawdę wiele, by móc go teraz zobaczyć - odparłem, całując go w czoło, na co ten uśmiechnął się słodko ukazując nie tylko dołeczki w policzkach, ale też i pewnego rodzaju iskrę żarzącą się w jego dotychczas smutnych, szmaragdowych tęczówkach. - Harry... jak często śni ci się ten sen? - spytałem po chwili, niepewny czy powrót do tego tematu jest dobrym pomysłem.
-W domu zdarzało mi się to bardzo często, ale odkąd cię poznałem śni mi się tylko wtedy, gdy zasypiam, a ciebie nie ma obok mnie - wyznał, zacieśniając uścisk na mojej talii.
-Obiecuję, że więcej nie będziesz musiał się o to martwić - szepnąłem, całując czubek jego głowy, co nieco utrudniła mi osadzona na nim kwiecista tiara. - Wszystko jest już w porządku - dodałem najbardziej kojącym tonem głosu, na jaki było mnie stać.
-Ale takie prawdziwe czy moje w porządku? - spytał niepewnie.
-Prawdziwe w porządku. A teraz już śpij - odparłem, delikatnie gładząc go po plecach, tak długo, aż jego oddech i bicie serca nie stały się równomierne, a chłopiec zapadł w słodki, głęboki sen.

niedziela, 21 września 2014

Rozdział XXIII

                   Jakież było moje zdziwienie, gdy o poranku obudziłem zupełnie sam, wolny od czułego uścisku ramion bruneta. Mimo piania koguta i Nialla dobijającego się do moich drzwi, jedynym o czym byłem w stanie myśleć w tamtym momencie były nieubłagalnie pusta i zimna połowa łóżka oraz starannie ułożona pościel. Przełykając ból spowodowany przez nie do końca znany mi czynnik, w pośpiechu ubrałem się, wychodząc na hol, gdzie czekał już na mnie szeroko uśmiechnięty blondyn. Dyskretnie pytając go o zaistniałą sytuację, dowiedziałem się, iż Harry zszedł już na śniadanie, lecz udał się tam nie z mojej, a swojej sypialni, co pozwoliło wywnioskować mi, że chłopiec opuścił mnie już jakiś czas temu.
                   Szczerze mówiąc nie rozumiałem postępowania bruneta. Wszystko co robił od czasu gdy pojawiliśmy się w gospodarstwie państwa Horan pozbawione było dla mnie chociażby odrobiny sensu. Patrząc z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę z tego, iż nie był on wtedy sobą, lecz wówczas potrafiłem myśleć tylko o tym jak jego zachowanie odbijało się na mojej osobie. Mimo, że sam wiele razy odrzuciłem Loczka, odpychając go od siebie, lub zarzekając się, iż nie odwzajemniam jego uczuć, w tamtym momencie miałem do niego żal. Miałem do niego żal o to jak mnie traktował. Miałem do niego żal o to, że nie chciał ze mną rozmawiać. Miałem do niego żal o to, że nie pozwalał mi się dotykać. Miałem do niego żal o to, że nie byłem już oczkiem w jego głowie. Miałem do niego żal o to, że zaczął się ode mnie oddalać. Miałem do niego żal o to, że sprawiał wrażenie jakoby spisał naszą relację na straty. Ale przede wszystkim miałem do niego żal o to co wydarzyło się poprzedniej nocy. Nie mógł od tak prosić o pozwolenie na spanie u mego boku, by o świcie jak gdyby nigdy nic wyśliznąć się niepostrzeżenie. Miałem do niego żal o to, że się tym przejąłem. Miałem do niego żal o to, że sprawił, iż mi zależało.
                   W momencie, w którym chłopiec wyznał mi miłość, byłem święcie przekonany o tym, że nic już nigdy nie będzie takie samo, że wszystko się skomplikuje, a nasza sielanka dobiegnie końca. Natomiast w tym momencie byłem rozdarty pomiędzy przyznaniem sobie racji, a chęcią rozpadnięcia się na kawałki. Nie rozumiałem tylko jednego... Dlaczego? Mimo pierwszej chwili słabości i gniewania się na mnie chłopiec sprawiał wrażenie niezwykle zdeterminowanego i pewnego swoich uczuć. Dlaczego jedna wymiana zdań, którą trudno było nazwać kłótnią i zaledwie jedna noc spędzona w odosobnieniu tak drastycznie zmieniły postawę Harrego?
                   Jak zwykle zadawałem sobie pytania, na które nie miałem szans poznać odpowiedzi. Jednak zaledwie kilka dni temu robiłem to ze znacznie większym dystansem niżeli w obecnej chwili. Obserwując podczas śniadania puste, pozbawione jakichkolwiek emocji oraz skutecznie unikające mnie spojrzenie chłopca, poczułem się niczym ucieleśnienie powiedzenia "Docenisz, gdy stracisz, stracisz, gdy nie docenisz", gdyż w jednym momencie zatęskniłem za wszystkim co związane było z zielonookim. Nawet za tym co wcześniej wydawało mi się być irytujące, lub sprawiało mi dyskomfort. Ale przede wszystkim tęskniłem za jego uśmiechem. Uśmiechem, którego nie widziałem od tak wielu godzin. Nie miałem na myśli sztucznego unoszenia kącików ust, wymuszonego z grzeczności podczas rozmów z państwem Horan, tylko uśmiechu, który docierając do oczu, potrafił rozświetlić każdy mrok.
                   Wstając od stołu, jak zwykle wszyscy zakasaliśmy rękawy, udając się na podwórze, gdzie czekała na nas cała masa pracy. Może i nie wiedziałem jeszcze co chciałbym robić w przyszłości, lecz byłem w stu procentach pewien, iż nie jestem stworzony do posiadania gospodarstwa. Zanim się rozdzieliliśmy, w ostatniej chwili złapałem Harrego za ramię, zmuszając go tym samym do nawiązania ze mną kontaktu wzrokowego. Jego szmaragdowe tęczówki jak nigdy wcześniej błyszczały obojętnością.
-Harry... - zacząłem, lecz chłopiec przerwał mi wpół zdania.
-Musimy pracować, Lou - upomniał mnie, niezdolny do wykrzesania z siebie większych emocji.
-Wiem, ale... - tchnąłem, lecz brunet ponownie wszedł mi w słowo.
-Więc idź pracować – burknął, wyrywając się z mojego uścisku, po czym odszedł, nie oglądając się za siebie.
                   I tak właśnie wyglądały nasze stosunki w ciągu najbliższych kilku dni. Nieważne jak wiele razy i na jak wiele sposobów starałem się nawiązać rozmowę z chłopcem, ten zawsze zbywał mnie, lub odchodził bez słowa, udając, iż mnie nie słyszy. Za każdym razem, gdy próbowałem go dotknąć, ten wyrywał mi się, jasno dając mi do zrozumienia, iż sobie tego nie życzy. Jednak zupełnie inaczej wyglądało to wszystko po zmroku. Każdego wieczoru, Harry pukał do moich drzwi, by z podkulonym ogonem spytać "Lou, mogę dziś spać z tobą?" i usprawiedliwić to kolejną wymówką pokroju: "W moim pokoju jest zbyt duszno", "W moim pokoju jest zbyt chłodno", "Nie mogę zasnąć", "Boli mnie brzuch", "Sam nie wiem", aż w końcu "Bo tak". I choć z dnia na dzień jego argumenty były słabsze, a zachowanie w ciągu dnia coraz to bardziej oziębłe, nie potrafiłem mu odmówić. W momencie, gdy to sobie uświadomiłem, zacząłem się poważnie martwić. Nie o Harrego, na to nie miałem już siły. Martwiłem się o siebie. Nigdy wcześniej nie czułem się w ten sposób. Tak bezsilny, uległy, zależny. I szczerze mówiąc, uczucie to nie podobało mi się ani trochę. Odnosiłem wrażenie zupełnie jakobym był jedynie marionetką w rękach Harrego. Zupełnie jakoby myślał, że może zrobić ze mną co chce, a ja jak skończony idiota w dalszym ciągu będę trwał u jego boku.
                   Wtedy moje zmartwienie przerodziło się w gniew. Nie zamierzałem pozwalać sobą pomiatać. Wiedziałem jednak, iż nie będę w stanie odmówić Harremu, gdy ten niewątpliwie przyjdzie do mnie wieczorem, prosząc o spędzenie nocy w moim łóżku oraz podając swój kolejny, jeszcze mniej przekonujący od poprzedniego powód. Aby tak się nie stało, postanowiłem w ogóle nie dopuścić do wyżej wymienionej sytuacji, poprzez opuszczenie swojej sypialni. Zaraz po prysznicu, ubrany jedynie w piżamę, minąłem mój pokój, pukając cicho do drzwi Nialla. Odkąd Harry przestał się do mnie odzywać, ja i blondyn nieco zbliżyliśmy się do siebie. W gruncie rzeczy niebieskooki był niezwykle sympatyczną i pozytywną osobą, z którą dało się gawędzić na każdy temat. Jednak to co doceniałem w nim najbardziej to ujmująca bezproblemowość i lekki stosunek do przyziemnych spraw. W pewnym sensie był on zupełnym przeciwieństwem Harrego.
-Hej, kolego! - zawołał radośnie, wpuszczając mnie do środka. Zupełnie tak jak ja ubrany był jedynie w piżamę, która w jego przypadku obejmowała białą koszulkę i luźne, granatowe bokserki. - Ja to żem myśloł, że już dawno śpisz – dodał, siadając na podłodze, by oprzeć się plecami o jedną z nóg łóżka.
-Jakoś nie mam na to ochoty - westchnąłem, zamykając za sobą drzwi.
-Wyglądasz jakoś marnie - zwrócił mi uwagę, nieco zmartwiony.
-Czuję się jakoś marnie - rzuciłem, wzruszając ramionami, po czym zająłem miejsce na podłodze, tuż na przeciwko niego, plecami opierając się o chłodną, pokrytą jasnopomarańczową farbą ścianę.
-Czy coś się stanęło? - spytał, spoglądając na mnie z troską.
-Sam nie wiem, po prostu jestem zmęczony... i trochę zmartwiony i możliwe, że mam wszystkiego dość - odparłem, przeczesując włosy palcami.
-Czekaj no chwilę - rzucił, podnosząc się z ziemi, by niespodziewanie wybiec z pokoju. Przez chwilę obserwowałem drzwi, zdezorientowany, póki w ich progu nie pojawił się blondyn z dwiema szklankami i butelką wypełnioną czerwonym płynem. - To zaraz postawi cię na nogi! - zawołał radośnie, powracając na swoje poprzednie miejsce.
-Co to jest? - spytałem, ściągając brwi.
-Nalewka. Matka sama robiła - odparł, napełniając niemalże do pełna obie szklanki, po czym wręczył mi jedną z nich.
-Cóż... więc na zdrowie - tchnąłem, by po chwili umoczyć wargi w trunku. Przyjemne ciepło rozlało się w moim żołądku, gdy wraz z Niallem zdecydowaliśmy się na kolejny łyk.
-Mocne jak cholera - jęknął blondyn, odstawiając swoją szklankę.
-Fakt - przyznałem, skinąwszy głową. - Ale miałeś rację, właśnie tego było mi trzeba - dodałem.
-Więc chluśniem, bo uśniem! - zawołał wesoło, chwytając z powrotem swoją szklankę, by upić z niej kolejny łyk alkoholu, w czym nie pozostałem my dłużny, tuż po tym jak moje usta opuścił chichot. Wiejska gwara w połączeniu z irlandzkim akcentem niebieskookiego w dalszym ciągu śmieszyły mnie bardziej niż nie jeden żart, lecz na co dzień starałem się tego nie okazywać ze względu na zwykłą uprzejmość. Jednak wśród moich zasad figurowała jedna, mówiąca o tym, iż po alkoholu, reszta z nich nie obowiązuje.
                   Po serii rozmów o niczym, kiepskich dowcipów, niepohamowanych wybuchów śmiechu i zbyt wielu kolejkach naprawdę mocnej nalewki pani Horan, przyszedł czas na nieco cichszą i zdecydowanie moją najmniej ulubioną fazę bycia pijanym, którą ludzie często określali mianem godziny zwierzeń i przesadnej szczerości. Ledwo panując nad drżeniem dłoni, odstawiłem pustą szklankę na podłogę, nie będąc pewnym czy jestem w stanie dłużej ją utrzymać. Wziąwszy ze mnie przykład, Niall zrobił to samo, by przyciągając kolana do klatki piersiowej, ułożyć na nich głowę i objąć je ramionami.
-Hej, Louis, co robi Harry? - rzucił w pewnym momencie, a jego głos wydał mi się być nieco zniekształcony przez płynącą w jego krwi ilość alkoholu.
-Śpi? - tchnąłem, nie widząc dokąd chłopak zmierza.
-Nie tera. Ogólnie. Dziwnie się zachowuje. Coś go chyba ugryzło - powiedział, patrząc na mnie spod ściągniętych brwi.
-Mnie się pytasz? Nie mam pojęcia - odparłem nieco zirytowany.
-Oh. Tak żem sobie myśloł, żeśta się pokłócili czy co - rzucił, wzruszając ramionami.
-Sam nie wiem, czasami mam go tak bardzo dość - jęknąłem, przeczesując włosy palcami.
-Przecie z facetem to łatwiej się dogadać niż z babą - zwrócił mi uwagę, nieco zaskoczony.
-Nie z Harrym - burknąłem pod nosem, po czym zapanowała między nami błoga cisza.
-Powiedz mi jak to jest... - wymruczał blondyn po chwili.
-Jest strasznie dziecinny, często się obraża, ale po chwili i tak wraca z podkulonym ogonem, często ma do mnie pretensje o sprawy, na które nie mam wpływu i... - zacząłem wymieniać zirytowany na samą myśl o tej stronie bruneta, gdy niebieskooki przerwał mi wpół zdania.
-Nie jak trudno dogadać się z Harrym, tylko jak to jest z Harrym... albo innym chłopakiem... - szepnął nieco nieśmiało.
-Oh - tchnąłem zaskoczony. - Cóż... z jednej strony tak jak z dziewczyną, a z drugiej zupełnie inaczej. Trudno to opisać słowami - powiedziałem, wzruszając ramionami.
-Rozumie - skinął głową. - Myślisz, że... mógłbym spróbować? - spytał niespodziewanie, patrząc na mnie mętnym wzrokiem.
-Wszystkiego trzeba w życiu spróbować - zachęciłem go.
-A myślisz, że mógłbym spróbować... z tobą? - dodał nieco ciszej, zmniejszając dystans między nami.
-Jeśli chcesz... - wyszeptałem, również przysuwając się bliżej niego.
-A co z Harrym? - zmartwił się w pewnym momencie.
-A co Harry ma z tym wspólnego? - zdziwiłem się.
-Nie będzie miał nic przeciwko? - postanowił się upewnić.
-A czemu miałby mieć? - ściągnąłem brwi.
-W końcu jesteśta razem... - zwrócił mi uwagę, lecz nie zaprzestał zmniejszania dystansu między nami, dopóki nie poczułem na swoich wargach jego ciepłego oddechu.
-Wcale nie, jesteśmy oddzielnie - tchnąłem, przecząco kręcąc głową, lecz nie przerywając przy tym kontaktu wzrokowego z blondynem. Nie zważając na to jak niewyraźnie, pijacko i niepoprawnie gramatycznie brzmiała moja odpowiedź, chłopak wpił się w moje wargi składając na nich czuły, ostrożny pocałunek. Pogłębiając go nieco, ułożyłem dłonie na udach niebieskookiego, sadzając go na swoich kolanach, przeciw czemu ten nie protestował, zupełnie zatracając się w ruchach naszych warg. Nasz pocałunek był niezwykle niechlujny, przesiąknięty alkoholem i pożądaniem, którego żaden z nas nie poczułby do drugiego będąc trzeźwym.
                   W pewnym momencie w pokoju rozległo się ciche pukanie do drzwi, lecz obaj byliśmy zbyt pochłonięci swoją bliskością, by przypisać mu większą wagę. W momencie, gdy stało się ono wręcz natarczywe, wpiłem się w wargi Nialla z podwójną siłą, zupełnie jakoby nasz pocałunek mógł je zagłuszyć. Niespodziewanie drzwi otworzyły się, a w ich progu stanęła niczego nieświadoma postać, wyrzucając z siebie kilka przesiąkniętych zmartwieniem słów.
-Niall, przepraszam, że się budzę, ale czy wiesz może gdzie jest... Louis?! - zawołał zaskoczony chłopiec, dostrzegając mnie i osiemnastolatka namiętnie całujących się w dość dwuznacznej pozycji na podłodze.
-Harry? – sapnąłem, odrywając się od Nialla, by spojrzeć na bruneta nieprzytomnym wzrokiem. Chłopiec jednak nie wytrzymał mojego spojrzenia i wybiegł z pokoju, trzaskając drzwiami. Nie spiesząc się, po raz ostatni delikatnie pocałowałem Nialla, zdejmując dłonie z jego ud, by czule przetrzeć jego policzki.
-I jak było? - spytałem rozbawiony, przyglądając się jego rozanielonej twarzy.
-Fajno - skinął głową z uznaniem. - Jeśli mieszczuchy mają tak na co dzień chyba rzucę w cholerę bycie prostym człowiekiem - zachichotał, w czym mu zawtórowałem.
-Chyba muszę iść do Harrego - westchnąłem po chwili, a mój uśmiech przekształcił się w grymas.
-Koniecznie - skinął głową z poważną miną. – Mówiłem, że będzie miał coś przeciwko - zwrócił mi uwagę.
-I dlatego jednak mnie pocałowałeś? - uniosłem jedną brew.
-Ja ni mam żadnego Harrego i mogę całować kogo chcę - zaśmiał się sympatycznie.
-Powinieneś więcej pić - powiedziałem, zsadzając go ze swoich kolan, by wstać i ruszyć do drzwi chwiejnym krokiem.
-Czemu? - zdziwił się.
-Bo wtedy mówisz nieco bardziej zrozumiale, wieśniaku - rzuciłem, puszczając mu oczko.
-To było wredne - skrzywił się, lecz na jego twarzy w dalszym ciągu widoczne były oznaki rozbawienia.
-To ja idę teraz rozmawiać z Harrym, więc nie narzekaj - prychnąłem, wywracając oczami.
-Hej, Lou - zawołał blondyn, zatrzymując mnie w progu. - Powodzenia. I powiedz Harremu, że przepraszam - westchnął zupełnie poważnie.
-Dzięki. I przekażę mu - odparłem z lekkim uśmiechem, po czym opuściłem jego sypialnię, zamykając za sobą drzwi.
                   Chwiejnym krokiem, w pierwszej kolejności udałem się do pokoju Harrego. Gdy ten okazał się być pusty, zajrzałem do swojej sypialni, lecz w niej również nie było żywej duszy. Moją ostatnią deską ratunku była łazienka, lecz jej drzwi nie ustąpiły, w momencie naciśnięcia przeze mnie klamki. Mogło to oznaczać tylko jedno - Harry był w środku.
-Harry? - zawołałem niezbyt głośno, by nie zbudzić reszty domowników, jednocześnie lekko pukając w drewniane, zdobione drzwi.
-Idź sobie - usłyszałem jego załamany głos.
-Harry, otwórz - poprosiłem, starając się nie wywracać oczami.
-Nie - jęknął, pociągając nosem. I wtedy wszystko do mnie dotarło. Harry płakał. Harry płakał przeze mnie. Harry płakał przeze mnie, a ja w dalszym ciągu zachowywałem się jak skończony dupek. Jęknąwszy żałośnie, począłem uderzać głową w drewniane drzwi łazienki, przeklinając to jakim idiotą jestem. Może byłem zbyt pijany, by dostrzec to w tamtej chwili, lecz pamiętałem smutne spojrzenie i łzy Harrego, gdy ten przyłapał mnie z Valerie. Jak mogłem zrobić mu to ponownie?
-Harry, otwórz, proszę - spróbowałem jeszcze raz, szarpiąc za klamkę. W pewnym momencie drzwi ustąpiły, a w ich progu stanął zalany łzami brunet, który niezależnie od swojego wzrostu wydał mi się taki malutki.
-Już, a teraz daj mi spokój – szepnął, nie patrząc mi w oczy.
-Harry, proszę, spójrz na mnie - jęknąłem, lecz chłopiec nie wykonał mojej prośby w zamian usiłując zatrzasnąć mi drzwi przed nosem. Nie udało mu się to jednak, gdyż najszybciej jak potrafiłem, wepchnąłem się do łazienki, zagarniając go w ramiona.
-Lou... - zapłakał chłopiec, nie odwzajemniając uścisku.
-Harry, po co ci to? - spytałem przejęty, zakładając najgorsze, dostrzegłszy stojącą na zlewie butelkę wody utlenionej.
-Po nic... – tchnął, starając się wyswobodzić z moich ramion.
-Harry - warknąłem, by zmusić go do odpowiedzi.
-Wodą utlenioną można rozjaśnić włosy... - szepnął ledwie słyszalnie.
-A po cholerę chcesz rozjaśnić włosy? - zdziwiłem się.
-Bo może, gdy będę wyglądał tak jak Valerie lub Niall, w końcu zacznę ci wystarczać... - wymruczał łamiącym się głosem, po czym udało mu się wyrwać z mojego uścisku.
-O czym ty mówisz? - spojrzałem na niego wielkimi oczyma.
-Dobrze wiesz o czym mówię! Wtedy gdy byliśmy w pokoju Nialla miałeś mi za złe, że nie doceniam tego co dla mnie robisz i chcę czegoś więcej, ale to ja nigdy ci nie wystarczam! - mówił przez łzy, uniesionym tonem.
-Chyba sobie ze mnie żartujesz! - warknąłem, albowiem chłopiec nie miał ani krzty racji.
-Ja przynajmniej nie całuję się ze wszystkimi - starał się brzmieć na rozgniewanego, lecz jego powieki w dalszym ciągu pełne były łez.
-Więc może powinieneś zacząć, ja nigdy ci tego nie zabroniłem! - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, mimo, iż wizja Harrego całującego kogokolwiek innego niż mnie z jakiegoś powodu rozdzierała moje serce na kawałeczki.
-Ale ja nie chcę! - krzyknął, po czym przepychając mnie w przejściu, wybiegł z łazienki, wpadając do swojej sypialni. Nie zastanawiając się ani chwili, ruszyłem za nim, zastając go siedzącego na łóżku, starającego się powstrzymać potok łez spływający wzdłuż jego bladych policzków. - Nie chcę... - powtórzył nieco ciszej, kręcąc przecząco głową, w czasie gdy ja zamykałem za nami drzwi. - Chcę całować tylko ciebie... – wyszeptał, trąc mokre od łez powieki. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia co mógłbym powiedzieć, zupełnie odjęło mi mowę. - Ja jestem twoim Małym Księciem, dlaczego ty nie możesz być mój? To niesprawiedliwe... - mruczał bardziej do siebie niż do mnie, nadal zanosząc się szlochem.
-N-nie nosiłeś korony... - było jedynym co udało mi się wykrztusić drżącym głosem.
-Bo to, że jestem twój nie znaczy, że mnie chcesz – odparł, krztusząc się słowami.
-Mój? – jęknąłem, czując zawroty głowy.
-Mhmm - mruknął ledwie słyszalnie, delikatnie skinąwszy głową. Najciszej jak tylko potrafiłem podszedłem bliżej niego, wsłuchując się w ogłuszający odgłos naszych ciężkich oddechów. Ująwszy jego twarz w dłonie, zmusiłem go do nawiązania ze mną kontaktu wzrokowego, co ten zrobił niezwykle niechętnie, po czym kciukami starłem łzy spływające wzdłuż jego bladych policzków. W momencie, w którym począłem pochylać się do pocałunku, chłopiec spiął się, nieznacznie cofając się do tyłu. - Całowałeś Nialla... - szepnął, a w jego oczach odbił się blask jego łamiącego się na pół serca.
-To, że całowałem Nialla, nie znaczy, że nie chcę całować tylko ciebie - odparłem najbardziej kojącym tonem głosu, na jaki było mnie stać, po czym wpiłem się w usta chłopca, składając na nich czuły pocałunek, który brunet dość niepewnie odwzajemnił.
                  Czując jak oddech zielonookiego uspokaja się, a na policzkach nie pojawiają się świeże łzy, odetchnąłem z ulgą wprost w jego rozchylone wargi. Po dłuższej chwili złożonej w głównej mierze ze słodkich buziaków, zielonooki pozwolił mi na głębszy pocałunek, co bez wahania postanowiłem wykorzystać. Zanim się obejrzałem chłopiec odwzajemniał pieszczotę z równym zaangażowaniem, czyniąc ten pocałunek najbardziej namiętnym jaki kiedykolwiek dzieliliśmy. Nie ukrywam, iż właśnie tego było mi trzeba po tym przez co przeszliśmy w ciągu ostatnich kilku dni. Zupełnie instynktownie popchnąłem Harrego na materac, układając nas w wygodnej pozycji, do kontynuowania pocałunku, który zdawał się nie mieć końca. W momencie, gdy wsunąłem dłoń pod materiał jego koszulki, chłopiec począł niekontrolowanie drżeć, lecz będąc zupełnie pochłoniętym przez jego bliskość, której tak bardzo mi brakowało, ani przez chwilę nie zastanowiłem się czy jest to spowodowane przyjemnością, czy też strachem.
-Lou... ja nie chcę... - tchnął drżącym głosem wprost do mojego ucha, gdy z jego opuchniętych, krwistoczerwonych warg przeniosłem swoje pocałunki na skórę jego szyi i szczęki.
-Wcześniej chciałeś - wymruczałem, po czym wróciłem do swojej poprzedniej czynności, dodatkowo układając jedną z dłoni na jego biodrze.
-Nie, nie chciałem - zaprotestował, poczynając mi się wyrywać.
-Odniosłem inne wrażenie - rzuciłem, odrywając się od niego, by spojrzeć na jego zmieszaną twarz spod uniesionych brwi, na co ten szybko pokręcił głową.
-Nie wiedziałem jak poprosić cię, żebyś wziął mnie ze sobą do Paryża, a potem musiałem podziękować, ale nigdy tego nie chciałem – powiedział, patrząc mi prosto w oczy, a ja poczułem się jakby wbijając mi nóż w serce, dodatkowo go przekręcił. Zarzekał się, że mnie kocha, jednak prawda była taka, że na co dzień nie chciał nawet ze mną rozmawiać, a każde zbliżenie najpewniej traktował na zasadzie "przysługa za przysługę". Nie potrzebował mnie, ponieważ mnie kochał, lecz "kochał" mnie, ponieważ mnie potrzebował. Gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach... gdybym nie pomógł mu w ucieczce z domu... gdybym nie wziął za niego odpowiedzialności... gdyby nie miał problemu ze spaniem w pojedynkę... byłbym dla niego nikim. Chciał mnie tak długo jak mnie potrzebował, tak długo jak byłem mu potrzebny. Jego uczucie (o ile takowe w ogóle istniało) nie było ani trochę bezinteresowne.
-W porządku - powiedziałem w końcu, posyłając mu zupełnie wyprane z emocji spojrzenie.
-W porządku? – jęknął, zdając sobie sprawę z mojego stosunku do owego wyrażenia oraz tego co oznacza ono w moich ustach, a jego oczy ponownie wypełniły się łzami.
-W porządku - odparłem, po czym wstając z łóżka, opuściłem jego pokój.
                   Mimo, iż chłopiec pożegnał mnie płaczem, który jeszcze nie raz udało mi się usłyszeć w nocy poprzez cienkie ściany, nie zrobiłem nic, by to powstrzymać, gdyż ten jeden jedyny raz, możliwe, iż byłem równie zraniony co on.

piątek, 19 września 2014

Rozdział XXII

                   Słysząc delikatny szum wiatru przemykający do wnętrza pokoju poprzez uchylone okno, oraz kojący śpiew ptaków, uchyliłem ciężkie powieki, pozwalając moim ustom wydać z siebie leniwy, przeciągły dźwięk, znany również jako ziewnięcie. Przeczesując włosy palcami, spojrzałem na pustą połowę łóżka przykrytą nienaruszoną poduszką oraz starannie ułożonym kocem. Westchnąwszy ciężko pozwoliłem sobie na chwilę nostalgii, uświadamiając sobie jak osobliwa stała się dla mnie idea niedzielenia łóżka z Harrym. Jak kuriozalny był brak uczucia jego wątłych ramion trzymających moją talię w kurczowym uścisku. Jaką pustkę odczuwałem pozbawiony ciężaru jego głowy na mojej klatce piersiowej. Mimo, iż wszystko to były nic nieznaczące drobiazgi, do których po upływie nieco ponad dwóch tygodni za żadne skarby nie powinienem był się przyzwyczajać, w pewien sposób mi ich brakowało. Tęskniłem za Harrym ze świadomością, iż jedynym co nas dzieliło była betonowa ściana.
                   Rzuciwszy okiem na zegar z kukułką, zdobiący jedną z jasnopomarańczowych ścian, bez pośpiechu wstałem z łóżka, niemalże od razu kierując się do drzwi. W prawdzie w dalszym ciągu miałem na sobie piżamę, a pracę zacząć miałem dopiero za dwie godziny, lecz to nie ona była celem mojej wędrówki. Uprzednio stukając kilkakrotnie w drewniane, rzeźbione drzwi, nacisnąłem ich klamkę, zaglądając do środka. Szczerze mówiąc miałem nadzieję, iż Harry w końcu opamiętał się, odrzucając te całe wahania nastroju i obrażanie się o dość spore drobiazgi, na rzecz ponownego klejenia się do mnie bez opamiętania, w dosłownie każdej sytuacji. Mimo, iż na początku poniekąd mnie to irytowało, z czasem odnalazłem w tym coś przyjemnego, do tego stopnia, by tęsknić za tym, gdy zostało mi odebrane. Chociaż nie byłem przekonany co do szczerej miłości bruneta, lubiłem uczucie, którym mnie darzył. Jakkolwiek egoistycznie by to nie brzmiało, wolałem być kochany, niżeli kochać. Tak było prościej i przyjemniej. Dla mnie, oczywiście. Tak, zdecydowanie byłem egoistą. Tak bardzo modliłem się o to, by podły humor chłopca zniknął. I tak też się stało... Lecz razem z nim zniknął i Harry. Rozglądając się po zupełnie pustym pokoju, zamrugałem zaskoczony. Co do cholery mógł robić siedemnastolatek o piątej rano, jeśli światło w łazience było zgaszone?
                   Zdezorientowany opuściłem sypialnię Loczka, kierując się do pokoju Nialla. Po tym jak wszedłem do środka, uprzednio pukając cicho, okazało się, iż blondyn już od jakiegoś czasu również był na nogach. Lecz również tak jak i ja, ubrany był jedynie w piżamę.
-Dobry! Widzę, że ranny z ciebie ptaszek, kolego - przywitał mnie chłopiec z szerokim uśmiechem zdobiącym jego wargi.
-Dzień dobry - odparłem bez namysłu, omiatając wnętrze pokoju badawczym spojrzeniem. - Nie widziałeś może Harrego? - spytałem po chwili.
-Jasne, żem nie widzioł, ale gdzie on to może być! Pewnie w wyrze na drugi bok się przewraca, przecie kogut jeszcze nie zapiał - rzucił, wykonując lekceważące machnięcie dłonią.
-Nie ma go w jego pokoju - wtrąciłem nieco przejęty.
-Tera to, żeś mnie zaskoczył - odparł, unosząc brwi w geście zdziwienia.
-To, um... to ja może pójdę go poszukać - powiedziałem niepewnie, czując niekontrolowane drżenie moich dłoni. Szczerze mówiąc zaczynałem się martwić. Gdzie mógł być Harry? Czy coś mu się stało? Czy może sam postanowił uciec? A jeśli tak to czy z mojego powodu?
-Czekaj no! Pójdę z tobą - zaoferował się blondyn, w pośpiechu zdejmując piżamę, by zmienić ją na niebieską koszulkę i ogrodniczki, po czym rzucając mi go, wyciągnął z szafy podobny komplet, który również włożyłem na siebie, uprzednio zręcznie go łapiąc.
                   W pełni ubrani, wraz z Niallem przeszukaliśmy całą posiadłość państwa Horan, zaglądając do dosłownie każdego zakamarka, lecz niestety okazało się to być bezskuteczne. Po Harrym nigdzie nie było śladu. W momencie, gdy moje zdenerwowanie poczynało osiągać apogeum, postanowiliśmy opuścić dom, na rzecz przeniesienia naszego dochodzenia na podwórze. Kolejno odhaczając każdą pozycję na naszej mentalnej liście miejsc do przeszukania, powili traciłem nadzieję, na to by udało nam się znaleźć Loczka w najbliższym czasie. Załamując ręce, westchnąłem ciężko, co po chwili przerodziło się w żałosny jęk. Poczucie bezradności władało wtedy każdą komórką mojego ciała, nie pozwalając mi myśleć o niczym innym jak burzy kasztanowych loków i parze szmaragdowych tęczówek.
                   Mimo, iż jeszcze wczorajszego wieczoru niespecjalnie przejąłem się naszą "sprzeczką", w tamtym momencie była dla nie ona jedynym sensownym wytłumaczeniem nagłego zniknięcia Harrego. Może brunet wziął do siebie moje słowa bardziej, niż myślałem? Skoro już dawno przekonałem się o tym jak kruchy i delikatny był chłopiec, to czemu znów zachowałem się w tak dosadny sposób? Nigdy nie lubiłem przyznawać się do błędu, pozostając zupełnie konsekwentnym i egoistycznym we wszystkich swoich działaniach, jednak tym razem musiałem przyznać, iż kilka rzeczy mogłem przemilczeć, lub wyrazić je za pomocą nieco bardziej subtelnych słów. Zwłaszcza, gdy chodziło o Harrego. A przecież zawsze chodziło o Harrego. Odkąd się poznaliśmy był on moim oczkiem w głowie i choć czułem to całym swoim sercem, nie zawsze miało ono wpływ na to co padało z moich ust. Nie kochałem Harrego. Tak przynajmniej mi się wydawało. Lecz nawet jeśli tak było, nie potrafiłem okazać mu tego, lub jakichkolwiek żywionych przeze mnie uczuć należycie. Mimo, iż był to przywar, z którym borykałem się od najmłodszych lat, dopiero przy Harrym dostrzegłem w nim faktyczny problem. Bo po co w ogóle kochać, jeśli nie umie się okazać tego uczucia drugiej osobie? Po co w ogóle kochać, jeśli nie umie się okazać tego uczucia do tego stopnia, iż samemu nie jest się go pewnym? Zważywszy na fakt, iż moje rozmyślania na temat sensu życia zazwyczaj kończyły się zadawaniem sobie pytań, na które zapewne nigdy nie poznam odpowiedzi, uznałem to za dobry moment, by je zakończyć.
                   Poddając się, wraz z Niallem postanowiliśmy zwyczajnie poczekać, aż Harry sam wróci do domu. Jakkolwiek długo miałoby to nie trwać, nie zamierzałem udawać się w dalszą podróż bez bruneta u boku. Nie rozważałem nawet takiej opcji. Mimo, iż słowo "kocham" nie przeszłoby mi w tamtym momencie przez gardło, przerażał mnie fakt jak wiele chłopiec dla mnie znaczył. Nie wyobrażałem sobie jak wyglądałoby moje dalsze życie, gdyby nagle przestał być jego częścią, lecz drżałem na samą myśl o tym. Wyrzucając te niedorzeczne pomysły z głowy, przeczesałem włosy palcami, wzdychając ciężko. Po raz rozglądając się po podwórzu, tak na wszelki wypadek, niespodziewanie ujrzałem coś, czego szczerze mówiąc w zaistniałej sytuacji w ogóle bym się nie spodziewał. Jak gdyby nigdy nic, zdmuchując niewidzialny pyłek ze swojego ramienia, tuż na wprost mnie, wyraźnie kierując się w moją stronę, szedł wysoki brunet z dłońmi wepchniętymi w kieszenie moich, nieco za luźnych na niego szortów. Podczas, gdy ja patrzyłem na niego nieprzytomnym wzrokiem, chłopiec ominął mnie zupełnie obojętnie, jakoby nie dostrzegając mojej obecności. Ocknąwszy się w ostatniej chwili, zatrzymałem go, z całej siły chwytając za ramię.
-Harry, na miłość boską, gdzieś ty się podziewał?! Martwiłem się o ciebie! - zawołałem rozgniewany, lecz w tonie mojego głosu wyraźnie słyszalna była ulga.
-Chciałem zrobić nową koronę, ale nie wiedziałem czy mogę zerwać kwiaty z ogródka, więc postanowiłem poszukać najbliższej łąki - odparł nieśmiało, nieco przygaszony, spuszczając wzrok na moją dłoń trzymającą jego ramię w boleśnie ciasnym uścisku. Dopiero wtedy dostrzegłem starannie upleciony wianek zdobiący burzę jego kasztanowych loków.
-Jesteś niemożliwy - westchnąłem, kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Przepraszam... - szepnął, w dalszym ciągu unikając mojego wzroku, po czym chwycił kwiecistą tiarę, zdejmując ją ze swojej głowy.
-Co robisz? - spytałem zdezorientowany.
-Przepraszam, nie pomyślałem... - tchnął równie cicho, przygnębiony.
-Ale o czym? - ściągnąłem brwi.
-O tym, że nie mogę mieć korony. Przecież nie jestem już twoim Małym Księciem... - mówił spokojnym, opanowanym tonem, co przeraziło mnie bardziej, niżeli jego najgorszy wybuch płaczu.
-Ja nic takiego nie powiedziałem. Oczywiście, że nadal nim jesteś, Harry, naprawdę - odparłem najbardziej kojącym i czułym tonem głosu, na jaki było mnie stać, po czym wyrywając mu go z dłoni, założyłem brunetowi wianek, za co nagrodzony zostałem przelotnym spojrzeniem jego szmaragdowych tęczówek, które pozostały smutne, nie zważając na jego wargi wyciągnięte w szerokim uśmiechu. Zupełnie jak w dniu, w którym się poznaliśmy. - Już w porządku? - spytałem, na co chłopiec odpowiedział jedynie krótkim skinieniem głowy, po czym jego uśmiech opadł dopasowując wyraz jego twarzy do osowiałych oczu. Pozwalając mi tylko na jeden, niedługi uścisk, w który nie włożył zbyt wiele emocji, brunet wyswobodził się z moich objęć, ruszając prosto do swojego pokoju, którego drzwi zatrzasnął mi tuż przed nosem, gdy tylko postanowiłem udać się tam wraz z nim.
                   Naprawdę musiałbym być ślepy, by nie zauważyć dziwnego zachowania Harrego. Nie było ono również jedynie chwilowe. Przez cały dzień snuł się on z kąta w kąt, pozostając zupełnie nieobecnym i nie mogąc się na niczym skupić, zupełnie jakoby coś innego zaprzątało wszystkie jego myśli. Unikał nie tylko mojego dotyku, ale też wzroku, natomiast ostatecznie również towarzystwa. Ponieważ Niall uznał, iż Loczek był zbyt kruchy i rozkojarzony by razem z nami pracować w gospodarstwie, poprosił go, by wraz z jego rodzicielką zajęli się ogrodem, z którego swoją drogą, jak się okazało Harry nie mógł zrywać kwiatów, by robić z nich wianki.
                   Coś było nie tak, lecz ja nie miałem pojęcia co, a Harry nie był zbyt chętny, by o tym mówić, ani nawet do rozmowy ze mną. Po całym dniu pracy, wszyscy razem zasiedliśmy do kolacji, z której Loczek wyszedł nieco wcześniej, tłumacząc się złym samopoczuciem, jednak nie pozwolił mi zająć się sobą, zarzekając się, iż da sobie radę sam. Mimo to, zaledwie kilka chwil później stałem pod drzwiami jego sypialni, które okazały się być... zamknięte. Nieco zaskoczony i zraniony, przełknąłem chęć dobijania się do nich tak długo, aż Harry nie wpuści mnie do środka i wytłumaczy co jest grane, wiedząc, iż nic w ten sposób nie wskóram. Z sercem przepełnionym obawą i niepewnością, położyłem się w swoim do połowy pustym, zimnym łóżku, modląc się o to, by zły nastrój Harrego zniknął tak szybko jak się pojawił.
                   Wtulony w poduszkę, leżałem na miękkim materacu, pochrapując rozkosznie, gdy niespodziewanie jakiś odległy, słyszalny jakoby przez mgłę odgłos zakłócił mój sen. Ziewając przeciągle, przetarłem ciężkie powieki, z trudem uchylając je nieznacznie. W pierwszej kolejności dostrzegłem panującą za oknem ulewę, której towarzyszyła potężna burza z piorunami. Cóż, zawsze miałem raczej mocny sen, lecz z całą pewnością grzmoty nie były odgłosem, który mnie obudził.
-Lou? - usłyszałem ponownie.
-Harry? - wypaliłem zaskoczony, momentalnie się rozbudzając.
-Lou... - tchnął ponownie brunet, stojąc w progu mojej sypialni.
-Co się stało? - spytałem przejęty.
-Mogę dziś spać z tobą? - wyszeptał ledwie słyszalnie, uparcie wpatrując się w swoje stopy. W pierwszym momencie mnie zatkało. Po tym jak zachowywał się cały dzień, nie mógł tak po prostu przyjść tu w środku nocy i... A z resztą. Na to w końcu czekałem, czyż nie?
-Tak, oczywiście, że tak - odparłem natychmiastowo, może nieco zbyt entuzjastycznie. Słysząc moje słowa, brunet zamknął za sobą drzwi, udając się w moją stronę ze spuszczoną głową.
-Przepraszam, że cię obudziłem... - powiedział, nieśmiało układając się na posłaniu tuż obok mnie.
-Nie szkodzi – zapewniłem, okrywając go kołdrą. - Wszystko w porządku? - zmartwiłem się, dostrzegając strach wymalowany na jego bledszej niż zazwyczaj twarzy.
-Nie - tchnął bez namysłu.
-Przestraszyłeś się burzy? - spytałem, na co chłopiec obdarzył mnie zdezorientowanym spojrzeniem spod ściągniętych brwi. Następnie zerknął w stronę okna, zupełnie jakoby dopiero w tamtym momencie uświadomił sobie co właściwie działo się na zewnątrz.
-Tak, um... burzy, tak... - wymruczał niezbyt przekonująco, jednak postanowiłem nie ciągnąć tematu, gdyż znałem go na tyle dobrze, by wiedzieć, że niczego więcej nie uda mi się z niego wyciągnąć.
                   Już miałem przewrócić się na drugi bok i ponownie odpłynąć do krainy snów, gdy kątem oka dostrzegłem pozycję Harrego. Chłopiec leżał na plecach z ramionami opuszczonymi wzdłuż ciała, tępo wpatrując się w sufit, natomiast jego twarz wyrażała czystą definicję zmartwienia. Nie mogąc znieść widoku bruneta w takim stanie, zagarnąłem go do czułego uścisku, na co ten objął mnie ramionami wokół talii, tak szczelnie jak jeszcze nigdy, zupełnie jakoby błagał mnie tym samym, bym nigdy go nie puszczał. Chowając twarz w materiale mojej koszulki, wymruczał coś niezrozumiałego, na co ja jedynie pogłaskałem jego głowę w kojącym geście. Składając na jego czole ostatni czuły pocałunek, mocno przytuliłem go do siebie, czekając cierpliwie aż znuży go sen.