wtorek, 14 października 2014

Epilog

                   Czym jest szczęście? Nigdy nie wiedziałem i za pewne nigdy się nie dowiem. Wątpię, bym kiedykolwiek zrozumiał co je wywołuje, a co odbiera. Jednego jednak byłem pewien. Za każdym razem, gdy błękit moich tęczówek spotykał się ze szmaragdem tych należących do Harrego, gdy jego dłoń ujmowała moją w ciasnym uścisku, gdy chłopiec wtulał się w moją klatkę piersiową, łączył nasze wargi, pozwalał głaskać swoje włosy, mrucząc przy tym cicho, gdy mówił, że mnie kocha, gdy uśmiechał się tak szczerze i szeroko z tymi przeuroczymi dołeczkami, ponieważ nazwałem go słoneczkiem, bądź Małym Księciem, w moim żołądku, swymi kolorowymi skrzydełkami trzepotało całe stado radosnych motyli. Jedni nazywali to szczęściem, drudzy miłością, inny miłością szczęśliwą. Tak więc czym było to naprawdę? Zgaduję, iż pojęciem względnym.
                   Trudno ubrać mi w słowa to co czułem, gdy po raz pierwszy wraz z Harrym opuściliśmy mieszkanie Gemmy i Briana, by udać się na miasto. Może była to miłość? Może szczęście? A może wargi bruneta miażdżące moje w zachłannym, pełnym łez pocałunku, tuż pod pięknie oświetloną wieżą Eiffla?
                   Trudno ubrać mi w słowa to co czułem, gdy po upływie pół roku wraz z Harrym opuściliśmy mieszkanie Gemmy i Briana, by rozpocząć nowe życie w naszej skromnej kawalerce, mieszczącej się nad barem, w którym oboje pracowaliśmy. Może była to miłość? Może szczęście? A może dłonie chłopca błądzące po skórze moich pleców, gdy namiętnie kochaliśmy się w naszym nowym, nieurządzonym jeszcze salonie.
                   Trudno ubrać mi w słowa to co czułem, gdy...

                   -Co piszesz? - usłyszałem niespodziewanie, z zaskoczenia upuszczając długopis.
-To co zawsze - odparłem obojętnie, podnosząc wzrok na wpatrującego się we mnie z zaciekawieniem bruneta.
-Pamiętnik? - zażartował, doskonale zdając sobie sprawę z tego jak bardzo irytuje mnie owe określenie.
-To nie jest pamiętnik - warknąłem. - To jest... książka? Powiedzmy, że książka... - wymruczałem pod nosem, dosyć niepewnie.
-Będę mógł ją kiedyś przeczytać? - spytał, posyłając mi przyjazny uśmiech.
-Jeśli lubisz romansidła o dwóch chłopcach, to proszę bardzo - rzuciłem niby od niechcenia, z cichą nadzieją, że odpuści.
-Daj spokój Louis, założę się, że nie napisałeś tam niczego, czego jeszcze nie wypłakałeś mi w koszulkę - westchnął, wywracając oczyma, podczas gdy na moich policzkach pojawiły się wypieki. - Poza tym, co lepszego mam do roboty przez kolejne dwa lata? - westchnął, przeczesując włosy palcami.
-Normalnie uwłoczyłbym twojej godności, podważając twoją umiejętność czytania, w obliczu patrzeniu na te bazgroły przez pryzmat lektury na lata, jednak jedyne co jestem w stanie teraz wykrztusić to to, że jesteś cholernych szczęściarzem - burknąłem, krzyżując ramiona na piersi.
-To ile zostało tobie? - spojrzał na mnie ze współczuciem.
-Siedem. Siedem pieprzonych lat - wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
-A nie miałeś przypadkiem dwunastu? Nie jesteś tu od pięciu - zwrócił mi uwagę, ściągając brwi w konsternacji.
-Przenieśli mnie tu za dobre sprawowanie. Naprawdę myślisz, że w innym przypadku "taki potwór jak ja" odsiadywałby wyrok ze złodziejem? - tchnąłem, przygryzając wewnętrzną stronę policzka.
-Po pierwsze: nie nazywaj mnie złodziejem, skończyłem już z tym - upomniał mnie, rozgniewany.
-Tylko dlatego, że siedzisz - prychnąłem dość ironicznie. - Znam cię lepiej niż ci się wydaje, Alex.
-A po drugie - położył nacisk na te słowa, wyraźnie dając mi do zrozumienia, iż zamierza mnie zignorować. - Za co do jasnej cholery masz taki wyrok? Dwanaście lat to szmat czasu. Nie sądzisz, że to dość niesprawiedliwe? - spojrzał na mnie zmieszany.
-Za uprowadzenie, wykorzystywanie seksualne, wielokrotny gwałt na nieletnim, fałszerstwo dokumentów, nielegalne przekroczenie granicy, nakłanianie do przestępstwa oraz oczernianie i całą masę innych zarzutów, które mi postawiono - wyrok ten jest zbyt niski. Biorąc pod uwagę, że nie dopuściłem się żadnej z tych rzeczy - po wyjściu na wolność, planuję podpalić prokuraturę - starałem się warknąć, lecz mój głos złamał się w połowie.
-To kiepsko - westchnął Alex, a jego ton wręcz ociekał współczuciem.
-Zaryzykuję stwierdzenie, że mam kiepskie życie - burknąłem pod nosem, po czym zamknąwszy zeszyt, wrzuciłem go pod łóżko tak jak pozostałe dwadzieścia dwa.
-Widzę, że znów zepsułem ci humor - westchnął brunet, wyciągając się na swoim posłaniu.
-Nie martw się, póki co i tak jesteś moim ulubionym kolegą z celi - rzuciłem z wymuszonym uśmiechem.
-Dobre chociaż i to - odparł, nim wczołgałem się pod kołdrę, zaciągając ją aż po czubek głowy.
                   Nie chciałem dłużej rozmawiać z Alexem. Nie chciałem rozmawiać z nim o Harrym. Szczerze mówiąc nie chciałem rozmawiać wcale. Mimo upływu lat w moim sercu tkwiła wciąż świeża rana, a ja z dnia na dzień coraz bardziej traciłem nadzieję na jej zagojenie. Do dziś pamiętam dzień, w którym powstała. Do dziś pamiętam przerażenie w oczach Harrego, gdy do naszego mieszkania wtargnęła policja, zakuwając mnie w kajdanki. Do dziś pamiętam jego łzy i przeraźliwy szloch, gdy prowadzili nas do osobnych radiowozów. Do dziś pamiętam powrót do Wielkiej Brytanii oraz pierwsze po roku rozłąki spotkanie z moją rodziną oraz matką, która do końca broniła mnie własną piersią. Do dziś pamiętam serię rozpraw oraz gdy obwieszczono mi, iż wszystkie zeznania, działające na moją korzyść, nie zostaną dopuszczone jako dowód ze względu na moją zbyt bliską zażyłość ze świadkami, która wpływała na ich wiarygodność. Do dziś pamiętam zawzięcie broniącą mnie Gemmę, której słowa straciły jakiekolwiek znaczenie w obliczu zeznań państwa Horan, u których przebywaliśmy, podczas gdy między mną, a Harrym nie układało się najlepiej. Do dziś pamiętam chłód oraz wyparcie rodziców bruneta, gdy wraz z jego siostrą staraliśmy się uświadomić ławę przysięgłych co przez te wszystkie lata działo się w domu Stylesów. Do dziś pamiętam jak oskarżono ją o "współudział". Do dziś pamiętam tę pustkę i poprzedzający ją ból, gdy po raz pierwszy padł termin "Syndrom Sztokholmski". Do dziś pamiętam smutne i zarazem ostatnie spojrzenie szmaragdowych tęczówek, wyprowadzające mnie z sali wraz z eskortą dwóch funkcjonariuszy, zaraz po pamiętnym oraz niejednokrotnie śniącym mi się po nocach "Winny!".
                   Nigdy tak naprawdę nie zrozumiałem jak do tego wszystkiego doszło. Każdego dnia zadawałem sobie kolejne pytania, nie znając jeszcze odpowiedzi na poprzednie. Co kierowało rodzicami Harrego, gdy postanowili poświęcić niemalże rok na odnalezienie syna, którego przez całe jego nastoletnie życie uznawali za swoje największe utrapienie? Jak im się to udało? Dlaczego trwało to tak długo? Jakie wykształcenie posiadał psychiatra będący w stanie stwierdzić Syndrom Sztokholmski u kogoś, kto rzeczywiście nigdy nie został porwany? Czy kategoryczny zakaz zbliżania się równoznaczny jest z tym, iż już nigdy nie będzie dane mi zobaczyć Harrego?
                   I z takimi oto wątpliwościami, leżę w swojej więziennej celi wraz z moim "przyjacielem" Alexem, który za dwa lata opuści mnie dokładnie tak samo jak David i Ansel. Odliczam dni do upragnionej wolności, pisząc przy tym "książkę" o chłopcu, który chciał kochać oraz o chłopcu, który chciał być kochany, lecz obaj zostali za to ukarani. Wiercę się niespokojnie na łóżku, pod którym trzymam moje notatki. Mój już nie taki „Mały” Książę ma dziś dwadzieścia trzy lata, natomiast ja posiadam dwadzieścia trzy brudnopisy zawierające szczegółowo opisaną wyżej wspomnianą historię. Nadal kocham Harrego i mimo konsekwencji nie umiem zmusić się to tego, by żałować którejkolwiek z podjętych przeze mnie decyzji. Myślę o tym, że mimo wszystko nasze wspólne życie było bajką, oraz o tym, że najwidoczniej nie wszystkie bajki kończą się szczęśliwie. Czasem też daję ponieść się nostalgii i zachodzę w głowę czy tak jak Mały Książę wrócił on na swoją planetę, do swojej Róży. Oraz czy kiedykolwiek udało mu się odnaleźć swój kąt, jeśli wielokrotnie zarzekał się, iż jego Różą, jestem właśnie ja...

✗ ✗ ✗

I w taki oto sposób dotarliśmy do końca Małego Księcia. Zdaję sobie sprawę, z tego, iż nie w taki sposób go sobie wyobrażaliście, jednak mam nadzieję, że mimo wszystko przypadł wam do gustu.

Przykro mi, że tym razem nie żegnam was linkiem do prologu nowej historii, lecz odpowiadając na pytanie kilku osób: nie, nie planuję więcej opowiadań.

Chciałabym podziękować wszystkim, którzy marnowali swój wolny czas na tym blogu. Wiem, że opowiadanie to przeczytała zaledwie garstka osób, jednak prosiłabym, aby uszanowały one moją pracę i zostawiły po sobie ślad choćby w postaci komentarza o treści "przeczytałam", chciałabym po prostu wiedzieć ile was było.

Jeszcze raz dziękuję i żegnam szanowną społeczność blogspotu :)

sobota, 11 października 2014

Rozdział XXX

                   "Ale ja nigdzie nie jadę, Lou..."
                   W chwili, w której owe słowa opuściły wargi Harrego, odniosłem wrażenie jakoby świat wokół nas nagle się zatrzymał. Jakoby czas zwolnił, a łzy spływające po twarzy chłopca zastygły w miejscu. Nic jednak nie było w stanie opanować natarczywego bicia mego serca oraz niekontrolowanego drżenia rąk. Przez chwilę przyglądałem się zielonookiemu, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Oniemiały, poczułem jak cała krew odpływa z mojej zaniepokojonej twarzy. Za godzinę odpływał nasz pieprzony prom! Nie mógł tak po prostu zmienić zdania w ostatniej chwili! A już na pewno nie bez powodu.
-Ja nigdzie nie jadę, Lou... - powtórzył zdławionym szeptem, w dalszym ciągu zanosząc się płaczem.
-Ale... ale jak to? - wykrztusiłem wreszcie, klękając na ziemi, pomiędzy jego roztrzęsionymi nogami, słodko zwisającymi z krawędzi łóżka.
-Normalnie! Nigdzie nie jadę i już - zapłakał, trąc mokre powieki piąstkami.
-Dlaczego, Harry? Dlaczego? Nic nie rozumiem, przecież... - zacząłem, lecz nie było dane mi dokończyć.
-Okłamałeś mnie kiedyś? - spytał niespodziewanie.
-Nie, oczywiście, że nie! - zaprzeczyłem szybko, niemalże urażony.
-A dotrzymujesz wszystkich obietnic? - ciągnął, spoglądając na mnie wyzywająco, poprzez wypełnione po brzegi łzami, szmaragdowe tęczówki.
-Przecież już ci mówiłem, że tak. Gdybym nie zamierzał ich dotrzymać, nigdy bym ich nie złożył - zapewniłem, pocierając jego udo w kojącym geście.
-Przemyśl to. Jesteś pewien? - tym razem jego spojrzenie było smutne, natomiast ton nieco błagalny.
-Jestem pewien - odparłem hardo.
-Dlatego nie chcę nigdzie jechać! - zapłakał, mocno zaciskając powieki, spod których począł sączyć się kolejny potok łez.
-Harry, słoneczko, nadal nic nie rozumiem, co się stało? - spytałem głosem pełnym troski i przejęcia.
-Bo ja wcale nie chcę, żebyś zawsze był ze mną szczery. Nie mógłbyś choć raz mnie okłamać? - mówił, zupełnie zbijając mnie tym z tropu.
-O czym ty mówisz? Czemu miałbym to zrobić? - wypaliłem, zaciskając dłonie na jego udach.
-Ja nigdzie nie jadę... - powtórzył głucho, unikając odpowiedzi na moje pytania.
-Mógłbyś chociaż powiedzieć mi dlaczego? Myślałem, że wyjedziemy razem do Paryża i zaczniemy wszystko od początku. Czy nie tego chciałeś? - spojrzałem na niego zrezygnowany, a w moim głosie po raz pierwszy rozbrzmiało rozczarowanie.
-Chciałem, ale już nie chcę! - zawołał rozpaczliwie. - Nie chcę zaczynać niczego od początku, tak jak jest teraz jest mi dobrze! - dodał, wylewając z siebie kolejny potok łez.
-Co masz na myśli? - poruszyłem się niespokojnie.
-Jeszce, gdy byliśmy u Liama, powiedziałeś, że po dotarciu do Paryża nasze drogi się rozejdą. A przecież ty nigdy mnie nie okłamałeś! Nie chcę zaczynać od początku, jeśli ma by to początek mojego życia bez ciebie - płakał, spuszczając głowę, by tylko uniknąć kontaktu wzrokowego.
-Ja... - zacząłem, lecz chłopiec przerwał mi wpół słowa.
-Nie chcę płynąć do Francji. Wolę zostać w Anglii - wyszeptał, pociągają nosem. - Tu, gdzie mnie kochasz...
-Harry, ja... - ponownie starałem się odezwać, lecz chłopiec skutecznie ignorował wszystkie moje próby.
-Zaufałem ci, opowiedziałem o moich rodzicach, przebolałem Nialla i Valerie, wyznałem miłość, pozwoliłem odebrać coś czego z całą pewnością już nie odzyskam... - wyliczał. - Nie możesz po tym wszystkim tak po prostu mnie zostawić. Samego, w Paryżu. Nie rozumiesz, że jesteś wszystkim co mam? Zabierając mnie z domu oderwałeś mnie od poprzedniego życia i dałeś mi nowe. Ale ma ono jeden szkopuł, wiesz? Na chwilę obecną kręci się tylko i wyłącznie wokół ciebie. Co ja do jasnej cholery mam zrobić ze sobą w Paryżu? - dzielił się ze mną wszystkim co leżało mu na sercu, jednocześnie nie mogąc odnaleźć w sobie wystarczająco wiele odwagi, by spojrzeć mi w oczy. W chwilach takich jak ta, Harry zdejmował swoją maskę niedojrzałego dziecka, ukazując mi tak dogłębnie skrywaną część siebie. Tego przerażonego oraz przytłoczonego życiem nastolatka, który nie potrafił odnaleźć swego miejsca na świecie.
-Harry... - westchnąłem, by zwrócić na siebie jego uwagę, lecz chłopiec jedynie obdarzył mnie krótkim, przygnębionym spojrzeniem, ponownie spuszczając głowę.
-Zawsze myślałem, że jestem twoim Małym Księciem. Dlaczego teraz czuję się jak pieprzony lis? Jesteś odpowiedzialny za to co oswoisz, Lou - powiedział niemalże z wyrzutem, nie walcząc z kolejnym przypływem łez.
-Harry, słoneczko, kochanie, mój najdroższy, skarbie, kotku, misiu, księżniczko, bo nie potrafię odmienić słowa książę - szepnąwszy, ująłem zapłakaną twarz chłopca w dłonie, obserwując jak wraz z każdym pieszczotliwym określeniem, kąciki jego ust niemalże niedostrzegalnie unoszą się ku górze. - Chyba oszalałeś, jeśli myślisz, że potwierdzę choć jedno z tych absurdalnych słów, które właśnie opuściły twoje usta i razem składają się w jeszcze większy absurd - powiedziałem niemalże zdegustowany, by następnie czule ucałować skroń bruneta.
-Ale mówiłeś... - zaczął, po raz pierwszy prawidłowo spoglądając mi w oczy z pewną dozą niepewności.
-Wiem co mówiłem, nie musisz mi przypominać. I to nie tak, że cię okłamałem, oczywiście, że nie. Sądziłem, że to oczywiste, że wraz z naszą sytuacją zmianie ulegają również nasze plany. Wtedy u Liama wszystko wyglądało inaczej. Ale chyba nie myślisz, że teraz, gdy jestem twoim chłopakiem, gdy mi zaufałeś, gdy kocham ciebie, a ty mnie, gdy oddałeś mi to czego z pewnością nie jestem w stanie ci zwrócić i po tym wszystkim co nam się przydarzyło, tak po prostu cię zostawię? Wtedy to ja musiałbym być szalony - pokręciłem głową z dezaprobatą.
-Naprawdę? - jęknął, słabym głosem.
-Harry, wiem, że właściwie i tak jak na to zasługujesz, powiedziałem, że cię kocham dopiero dzisiejszego poranka, jednak mówiąc to, to właśnie miałem na myśli. I proszę cię, nigdy w to nie wątp - odparłem ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy.
-W porządku - szepnął z lekkim uśmiechem, delikatnie skinąwszy głową.

                   Szczerze mówiąc nie pamiętam zbyt wiele z kolejnych kilku godzin. W głównej mierze wypełnione były one pośpiechem, pakowaniem się, wylewnym pożegnaniem z Zaynem, który odprowadził nas do portu oraz telefonem od mojej mamy. Cała podróż promem nie trwała dłużej niżeli siedemdziesiąt minut, które wraz z Harrym przegadaliśmy z moją rodzicielką. Nawet moje siostry postanowiły przywitać się z nami krótkim, lecz niezwykle wytęsknionym przeze mnie "cześć". Kolejnym przystankiem naszej eskapady było przekroczenie granicy, które szczerze mówiąc było jednym z najbardziej stresujących momentów w moim życiu. Zayn musiał jednak odwalić kawał dobrej roboty, albowiem nikt nie dostrzegł niczego podejrzanego w naszych "dowodach". Odetchnąwszy z ulgą, opuściliśmy port, piechotą udając się do najbliższej drogi. Uświadamiając sobie, iż po tylu tygodniach, przygodach i przeciwnościach losu, w końcu cali i zdrowi jak gdyby nigdy nic, szliśmy poboczem, francuskiej jezdni, niespodziewanie porwałem Harrego w ramiona, całując go ze wszystkich sił, jakby jutra nie było. Podzielając mój entuzjazm, chłopiec oddał pieszczotę z równym zapałem, ignorując trąbiące na nas samochody. Podążając dalej, w zupełnie obcym nam kierunku, wyciągnęliśmy swoje kciuki w górę, licząc na podwózkę jako naszą ostatnią deskę ratunku. Po niespełna piętnastu minutach (za co dziękowałem urokowi osobistemu Harrego) na poboczu zatrzymała się starsza pani, pytając nas dokąd chcielibyśmy się udać. Gdy padła nasza odpowiedź, kobieta nieco speszyła się, tłumacząc, iż to dość daleko, lecz w rezultacie nie mając nic lepszego do roboty zgodziła się zawieść nas do Paryża, pod warunkiem, że zapłacimy za paliwo. Uznając to za sprawiedliwe, wskoczyliśmy na tylne siedzenia nie mogąc doczekać się dotarcia do celu. Margaret okazała się być uroczą, otwartą na nowe znajomości staruszką, dzięki czemu podróż jej autem upłynęła nam niezwykle szybko oraz na dodatek w przemiłej atmosferze. Szczerze mówiąc nigdy w życiu nie przeszło mi przez głowę, że mógłbym kiedykolwiek być wdzięczny mojej mamie za zmuszanie mnie do nauki francuskiego, który ku mojemu zdziwieniu Harry znał równie dobrze co ja. Nie potrafię jednak opisać tego co działo się w mojej głowie i sercu, gdy w akompaniamencie pisków i szlochu Harrego, wyglądałem przez okno samochodu, uważnie śledząc wzrokiem pięknie oświetloną wierzę Eiffla. Nadal płacząc ze szczęścia oraz nie mogąc dojść so siebie, brunet począł dziękować mi za wszystko co dla niego zrobiłem oraz nieustannie powtarzać jak bardzo mnie kocha. Następnie nie zważając na obecność Margaret, złączył nasze usta w zachłannym pocałunku, na który na nasze szczęście kobieta zareagowała wybuchem rozczulonego śmiechu. W momencie, w którym chłopiec uwolnił moje wargi, a ja byłem zdolny do odpowiedzi, staruszka spytała nas o dokładny adres, w którym chcielibyśmy się zatrzymać. Podczas, gdy ja speszony drapałem się po głowie, Harry w pośpiechu przeszukał swój plecak, wyciągając z niego kopertę, którą pokazał staruszce. Czytając z niej adres, Margaret skinęła głową z ciepłym uśmiechem. Zaskoczony otwierałem już usta, by spytać zielonookiego o zaistniałą sytuację, lecz ten zamknął mi je kolejnym namiętnym pocałunkiem. Nie oponując, oddałem pieszczotę, zachowując swoje wątpliwości na potem. Zatrzymując się pod prześliczną kamienicą, Margaret pożegnała się z nami czule, wysłuchując mojej przemowy o tym jak niezmiernie jesteśmy jej wdzięczni. Następnie odjechała, pozostawiając nas samych sobie w ciemnej dzielnicy, która w przeciwieństwie do centrum, nie tętniła życiem.
-Hmm, Harry, gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce? Na czym do cholery zapisany miałeś ten adres? Kto ci go zapisał? Czemu...? - wyrzuciłem z siebie w amoku, dając się ponieść wciąż buzującym we mnie emocjom.
-To list - odparł prosto, nieco się spinając.
-Kiedy go dostałeś? - zdziwiłem się.
-Trzy lata temu - odparł, zniżając głos.
-I miałeś go przy sobie przez cały ten czas? - spojrzałem na niego wielkimi oczyma.
-Zawsze mam go przy sobie - odparł, podkreślając pierwsze słowo.
-Ale czemu? Kto ci go wysłał? Czemu tu jesteśmy? - pytałem, w dalszym ciągu nic nie rozumiejąc.
-Ona tu mieszka... - szepnął po chwili, spuszczając głowę.
-Możesz powtórzyć? - tchnąłem słabym głosem, czując jak grunt usuwa mi się spod nóg.
-Ona tu mieszka - powiedział jeszcze raz, podnosząc wzrok na moje płonące gniewem tęczówki.
-Nie, nie, nie, nie, nie... - mówiłem, z niedowierzaniem kręcąc głową. - Nie mówisz poważnie, prawda? Nie możesz być w tej chwili, kurwa poważny! - warknąłem, czując zalewającą mnie falę rozgoryczenia. - Jak mogłeś? Jak...? Nie wierzę po prostu nie wierzę. Wtedy u Nialla, ja... Ja podejrzewałem, że mnie wykorzystujesz, ale... Ale myślałem, że to tylko wymysł mojej wyobraźni. Byłem taki głupi! Nie mogę uwierzyć! Kto by pomyślał, że potrafisz być tak perfidny! I na dodatek cała ta dzisiejsza szopka! Miałeś to zaplanowane od początku do końca, prawda?! - krzyczałem, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu.
-Lou, o czym ty mówisz? - chłopiec spojrzał na mnie przerażony.
-Zaciągnąłeś mnie do pieprzonego Paryża, żeby odzyskać swoją byłą dziewczynę! - wykrzyczałem, czując łzy napływające do moich oczu.
-Lou, jesteś taki głupi! - zawołał, łapiąc się za głowę.
-Oh, czyli teraz zamierzasz dodatkowo mnie obrażać, w końcu to nie tak, że upokorzyłeś mnie już wystarczająco - mówiłem załamany, natomiast patrzenie na chłopca stało się dla mnie na tyle trudne, by zmusić mnie do odwrócenia się od niego plecami, oraz schowania twarzy w drżących dłoniach. Do jasnej cholery! To ja miałem być Olivią w tym związku, nie on! Czemu to zawsze przydarzało się właśnie mnie?!
-Ale Lou! - pisnął chłopiec, łapiąc mnie za ramię, na które począł napierać z całej siły.
-Co ty wyprawiasz, idioto? - starałem się warknąć, lecz widok ten był zbyt rozczulający, bym mógł się nie uśmiechnąć.
-Chciałem popchnąć cię na ścianę i dać ci buziaka, żebyś wreszcie się zamknął, ale nie mam tyle siły. Zepsułeś taki romantyczny moment - powiedział, faktycznie rozgniewany.
-Jeśli ktoś tu coś zepsuł, to byłeś to ty - odparłem, starając się utrzymać chłodny ton głosu. - A teraz spieprzaj do tej swojej laski i mam nadzieję, że ona da ci to czego ja nie byłem w stanie, skoro moje wszystko, okazało się być niewystarczające - splunąłem, wyrywając się z jego uścisku, po czym ruszyłem przed siebie, w czarną otchłań.
-Jezu, Louis, jesteś taki bardzo, ale to bardzo głupi - warczał Harry, ponownie ciągnąc mnie za ramię w swoją stronę, po tym jak dorównał mi kroku.
-Mógłbyś do jasnej cholery, dać mi wreszcie spokój? Nie sądzisz, że zrobiłeś już wystarczająco wiele? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, na wprost jego twarzy, z całej siły przypierając go do ściany kamienicy. Zadowolony z takiego obrotu spraw, brunet wpił się w moje wargi składając na nich czuły pocałunek, którego nie odwzajemniłem.
-Louis, no! Całuj mnie! - zażądał, uderzając pięścią w moją klatkę piersiową.
-Niech twoja dziewczyna cię pocałuje - prychnąłem, pragnąc postawić krok do tyłu, lecz chłopiec przyciągnął mnie z powrotem za kołnierzyk mojej koszulki.
-Naprawdę jesteś głupi! Nie będę całował Gemmy, to ohydne! - jęknął zdegustowany, lekko się krzywiąc.
-Słucham? - ściągnąłem brwi, czując się kompletnie skołowany.
-Gemma to moja siostra - wyznał w końcu, delikatnie gładząc dłonią mój policzek.
-Masz siostrę? - wypaliłem, zszokowany, na co chłopiec twierdząco skinął głową. - I mówiąc "ona" cały czas miałeś na myśli ją? - ciągnąłem, po czym brunet powtórzył swój gest. - O mój Boże... - westchnąłem, załamany głupotą nas obu.
-Mówiłem, że jesteś głupi. I mówiłem, że to tylko ty. I, że ona kochała mnie w inny sposób. Jej, ty naprawdę jesteś głupi. Albo głuchy - zażartował ze mnie Harry, nadal nie tracąc dobrego humoru.
-Zamknij się. Nawet nie wiesz jak bardzo mnie wystraszyłeś, bałem się, że cię stracę - tchnąłem, przyciągając go do wręcz miażdżącego uścisku.
-Czyli jednak głupi - zachichotał w zagłębienie mojego ramienia. - Mógłbyś się ze mną kochać? - wypalił niespodziewanie, z zakłopotaniem mierząc białą kamienicę wzrokiem.
-Słucham? - odciągając go od siebie na odpowiednią odległość, posłałem mu pytające spojrzenie.
-Czyli jednak głupi i głuchy - posłał mi rozbawiony uśmiech. - Kochaj się ze mną - powtórzył, lecz tym razem nie było to pytanie.
-Co się stało? - westchnąłem, spoglądając na niego wyczekująco.
-Tu i teraz. Jestem gotowy - mówił szybko, unikając kontaktu wzrokowego.
-Harry, daj spokój. Co się stało? - powtórzyłem, domagając się odpowiedzi.
-Chciałem odwiedzić Gemmę, ale doszedłem do wniosku, że to jednak nie jest wcale taki dobry pomysł i próbowałem odwrócić twoją uwagę zanim zaczniesz o nią pytać - wyśpiewał jak na spowiedzi, spuszczając głowę.
-Czemu Gemma mieszka w Paryżu? Czemu nosisz przy sobie list, który wysłała ci trzy lata temu? - począłem wyliczać pytania. Nie chciałem robić Harremu na złość, one po prostu prędzej czy później musiały zostać zadane. - Czemu... czemu sądzisz, że ona już cię nie kocha...? - zakończyłem nieco ciszej, ujmując jego twarz w dłonie, by uświadomić sobie, iż przez ten czas zdążyła już zalać się łzami.
-Spokojnie, słoneczko, to nie pierwszy raz, gdy mówisz mi coś podobnego. Oddychaj, w porządku? - starałem się go uspokoić, w kojącym geście delikatnie przecierając kciukami jego policzki. - Na koniec dostaniesz buziaka i od razu poczujesz się lepiej, hmm? - zaproponowałem z lekkim uśmiechem, na co Harry zgodził się skinieniem głowy.
-Um, ja... Kiedyś opowiem ci wszystko dokładnie, ale jeszcze nie teraz, w porządku? - zaczął, a ja przytaknąłem, zachęcając do go kontynuowania. - To co zrobiłem wtedy u Zayna... ja naprawdę nie chciałem... nie wiem czemu to zrobiłem... ja po prostu... - urwał, a ja postanowiłem dodać mu odwagi, czułym pocałunkiem. - W każdym razie to co mówiłem to była prawda... tata rzucił we mnie wtedy tą szklanką... albo kilkoma... jedna... rozbiła się i tam było tak dużo krwi, Lou, tak dużo... wtedy zrobił mi to... - wyszeptał, dotykając blizny na swoim lewym obojczyku, którą ja czule ucałowałem, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy po opuszczeniu Cornerstone kąpaliśmy się w jeziorze. Byłem z niego taki dumny, gdy na jego policzkach przestały pojawiać się świeże łzy. - I nagle... nagle pojawiła się Gemma... krzyczała... broniła mnie... Nie tak jak mama... ona zawsze była po mojej stronie... Ale wtedy... wtedy tata... i ona... i my... - zaciął się, poczynając przegrywać walkę ze łzami.
-Cii, słoneczko, nie musisz mówić, przejdź dalej - uspokoiłem go, delikatnie głaszcząc jego policzek.
-Trafiliśmy razem do szpitala... Któregoś dnia przyszli tam panowie policjanci... Rodzice kazali nam skłamać, że to była głupia zabawa i sami to sobie zrobiliśmy, a oni... a oni uwierzyli... - załamał się, kręcąc głową z niedowierzaniem, a jedyną rzeczą powstrzymującą go od wybuchnięcia płaczem były moje czułe gesty. - Potem ja wyszedłem, ale Gemma została jeszcze na kilka dni... Gdy ją odwiedziłem, powiedziała, że nie wróci do domu... Wyprowadziła się do Briana, jej chłopaka... On był bardzo fajny, lubiliśmy się... Często ich odwiedzałem, ale któregoś dnia nie zastałem ich w domu... Kilka dni później dostałem list... My... my nie mieliśmy telefonów. Napisała mi list. Z drugiego końca kraju... Napisała, że szukają z Brianem swojego miejsca... Nie odzywała się miesiąc. Kolejny list był z Paryża... Rozumiesz, Lou, z cholernego Paryża?! - jęknął wręcz rozpaczliwie. - Pisała, że mieszkają u pewnej starszej pani, którą się opiekują. Ona była chora, bardzo chora. Po jej śmierci mieli dostać mieszkanie, więc na pewno nadal tam są. Gemma obiecała, że gdy uzbierają wystarczająco dużo pieniędzy, wrócą po mnie... Ale ja nie uwierzyłem... Ona zostawiła mnie tam samego, Lou! Zostawiła mnie samego z tatą! Był taki zły, gdy dowiedział się, że wyjechała... Jak myślisz, komu się za to oberwało? Oczywiście, że mnie! Ja... Czytając te list byłem taki zły... Zacząłem pisać, że jej nienawidzę, że nie chcę żeby kiedykolwiek więcej się do mnie odzywała i całą masę przykrych słów... Zanim się obejrzałem wrzuciłem ten list do skrzynki, a gdy uświadomiłem sobie co zrobiłem, pobiegłem do domu napisać drugi... z przeprosinami... Ale gdy chciałem wyjść, żeby go wysłać, w drzwiach wpadłem na tatę... zobaczył, że kontaktuję się z Gemmą... jeszcze nigdy nie widziałem go tak wściekłego, Lou, to było straszne... - w tym momencie łzy oblały jego policzki, natomiast szloch wstrząsnął ramionami, jednak w obliczu takich wspomnień, na marne poszłyby moje próby uspokojenia go. Po prostu pozwoliłem mu mówić dalej, mając nadzieję, iż zdawał sobie sprawę z tego, że mimo wszystko zawsze mógł na mnie liczyć. - Krzyczał na mnie... bił... robił to co zawsze, ale dwa razy gorzej... aż nie podarł listu i nie złamał mi ręki, bym nie mógł napisać kolejnego... - zapłakał, a ja przyciągnąłem go do mocnego uścisku. - Nie odważyłem się napisać znowu... Gemma musiała dostać moją pierwszą wiadomość i tak jak ją prosiłem, więcej się nie odezwała... Wszystko zepsułem Lou... Ona była jedyną osobą, która mnie kochała... Wszystko zepsułem... - płakał w zagłębienie mojego ramienia, tuląc mnie do siebie mocno, zupełnie jakoby prosił, bym nigdy go nie puszczał.
-Oh, słoneczko - westchnąłem, całując czule jego skroń. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Już nigdy nie zobaczysz swoich rodziców, nie musisz się o to martwić - szeptałem do jego ucha, kojąco gładząc go po plecach.
-W porządku - załkał w materiał mojej koszulki.
-A teraz chodźmy do Gemmy, na pewno ucieszy się na twój widok - zaproponowałem, rozluźniając swój uścisk.
-Nie, Lou, ona mnie nienawidzi. Wszystko zepsułem. Nie mogę tak po prostu przyjechać do niej po trzech latach, ona nawet mnie nie pozna - zapłakał, spoglądając na mnie przekrwionymi tęczówkami.
-Harry, mam cztery siostry i z ręką na sercu mogę przysiąc ci, że w takich okolicznościach nie gniewałbym się na nie dłużej niż pięć minut. A już na pewno nie trzy lata. Poza tym nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz - przekonywałem go, ścierając łzy spływające wzdłuż jego bladych policzków.
-W porządku - w końcu zgodził się niechętnie, wzdychając głęboko.
                   Doprowadziwszy go do względnego porządku, wraz z Harrym przekroczyliśmy próg jeden z klatek, poczynając w ciszy wspinać się po schodach. Sprawdzając numer mieszkania na zniszczonym, nieco pożółkłym już papierze, chłopiec zatrzymał się przed drzwiami z numerem 505. Przez chwilę wpatrywał się w nie nieprzytomnym wzrokiem, z drżącą pięścią zawieszoną nad nimi w powietrzu. Pragnąc mu pomóc, zapukałem w jego imieniu, w zamian zostając nagrodzonym, spanikowanym, piorunującym spojrzeniem. Ignorując je, nachyliłem się, by tym razem użyć dzwonka, gdy drzwi niespodziewanie otworzyły się z cichym skrzypnięciem. W ich progu stanęła odziana jedynie w letnią piżamę dziewczyna, na oko w moim wieku. Nie była ona wysoka, w dalszym ciągu pozostając przy tym niezwykle zgrabną. Skłonny byłem użyć słowa filigranowa. Rysy jej twarzy do złudzenia przypominały te należące do Harrego, natomiast jej głowę zdobiła burza niebieskich włosów. Zaintrygowany niecodzienną fryzurą dziewczyny, przegapiłem moment, w którym zainteresowana wybuchła potężnym płaczem, zasłaniając swoją śliczną twarz, drżącymi dłońmi.
-O mój Boże, ja... O mój Boże, to się nie dzieje naprawdę... - mamrotała do siebie przez łzy. - Brian! Brian, wstawaj, Brian! - poczęła krzyczeć do wnętrza domu, nie zważając na późną godzinę. - O mój Boże... Nie wierzę... - powróciła do mamrotania.
-Gem... - wychrypiał chłopiec, również bliski łez.
-Harry - jęknęła dziewczyna, przyciągając zielonookiego do mocnego uścisku. - Nie mogę uwierzyć, że to ty. Tak dawno cię nie widziałam. Jesteś taki przystojny! Kiedy mnie przerosłeś?! - płakała, wtulając się w klatkę piersiową swojego znacznie wyższego brata.
-Przepraszam za to co napisałem, ja wcale tak nie myślę, byłem zły, przepraszam, chciałem przeprosić cię wcześniej, ale tata mi zabronił, złamał mi rękę, gdy próbowałem, za bardzo się bałem, ja... - począł się tłumaczyć, drżącym głosem.
-Domyśliłam się, Harry, to dlatego więcej nie pisałam. Nie chciałam, żeby stała ci się krzywda. Ale to nie ma znaczenia. Ważne, że teraz jesteś tu. Cały i zdrowy, bezpieczny i co najważniejsze ze mną - łkała, ściskając go z całych sił.
-Kocham cię Gem - wykrztusił chłopiec, ponownie roniąc dopiero co otarte przeze mnie łzy.
-Ja ciebie też, skarbie. Mój mały chłopiec - gruchotała pieszczotliwie, delikatnie głaszcząc go po włosach. - Ale skąd się tu wziąłeś? - spytała, starając się uspokoić.
-Wracałem ze szkoły i spotkałem Lou. On spytał mnie o drogę nad morze, bo był w drodze do Francji. Widzisz jakie miałem szczęście? - odparł, posyłając jej szeroki uśmiech.
-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że przywiózł cię tu nieznajomy?! O mój Boże, czy on zrobił ci krzywdę?! Uderzył cię?! Dotykał?! Harry, jak mogłeś być tak nieodpowiedzialny?! Przecież mogła... stać ci się... krzywda... - swój początkowy wybuch zakończyła bez przekonania, jakoby uświadamiając sobie, iż w domu nie czekałoby go nic lepszego.
-Ale Lou nie jest nieznajomym! On się mną zajmował, dbał o mnie i dawał mi jeść, gdy byłem głodny - mówił rozmarzony, ocierając ostatnie łzy. - Ale wiesz co jest najlepsze? On jest moim chłopakiem, Gem. On mnie kocha. Rozumiesz, Gem? Ktoś mnie kocha. Ktoś naprawdę mnie kocha... - wykrztusił, mimo wszystko ponownie wybuchając płaczem. Nie mogąc znieść widoku chłopca w tym stanie (nawet jeśli były to łzy szczęścia), pokonałem ostatnich kilka schodów, zagarniając go w swoje ramiona, w które brunet wpasował się idealnie, zupełnie jakoby były stworzone specjalnie dla niego.
-Może... może wejdziemy do środka? - tchnęła Gemma, zaskoczona moim widokiem, co pozwoliło mi dojść do wniosku, iż dopiero wtedy dostrzegła moją obecność.
                   W dalszym ciągu nie puszczając Harrego, przekroczyłem próg mieszkania, zamykając za sobą drzwi. W środku powitał nas wysoki brunet o niebieskich oczach, który przedstawił się jako Brian. Uścisnąwszy dłoń najpierw Gemmie, a następnie jemu, delikatnie ucałowałem skroń zielonookiego, prosząc go szeptem, by przestał płakać. Gdy nieco udało nam się uspokoić roznoszące wszystkich emocje, nie zważając na niezwykle późną porę, udaliśmy się do salonu, gdzie przy kawie streściłem Gemmie i Brianowi całą naszą podróż. Przysłuchiwali się jej z zaciekawieniem, niejednokrotnie rozpamiętując własną eskapadę. Chcąc nie chcąc musieli również być świadkami scen z przymilającym się do mnie Harrym w roli głównej, gdyż jak nigdy potrzebował on czułości. Niepotrzebnie obawiałem się jednak potępienia z ich strony, albowiem każdy nasz pocałunek odbywał się w akompaniamencie rozczulonych westchnień. Gdy po upływie kilku godzin brunet z trudem utrzymywał swoje powieki otwarte, Gemma poleciła, bym zaprowadził go do pokoju obok, w którym znajdowała się złożona wersalka. Nie kłopocząc się ścieleniem jej, ułożyłem na niej Harrego, przykrywając go ciepłym kocem. Brian również pożegnał się z nami przed wyjściem do sypialni, które usprawiedliwił przymusem wczesnej pobudki. Nim Gemma zdecydowała się do niego dołączyć, w ostatniej chwili złapałem ją za nadgarstek, posyłając jej poważne spojrzenie.
-Wiem, że jest późno... W sumie jest już praktycznie ranek... Ale czy moglibyśmy porozmawiać? To naprawdę ważne i zajmie tylko chwilę - poprosiłem, na co ta bez wahania zgodziła się, prowadząc mnie do kuchni, której drzwi na wszelki wypadek zamknęła na zamek.
-O co chodzi? Stało się coś złego? - spytała przejęta.
-Cóż, miałem nadzieję, że ty mi to powiesz - odparłem szczerze, siadając przy stole. - Mam parę pytań. Odnośnie Harrego - sprostowałem.
-Więc słucham. Zrobię wszystko co w mojej mocy, by pomóc, jednak nie wiem czy będę w stanie. Przypominam ci, że w ciągu ostatnich trzech lat nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu - westchnęła z nostalgią, siadając tuż na wprost mnie.
-Ja... um... naprawdę nie wierzę, że o to pytam, ale... Hmm, przemknęło mi to przez głowę raz lub dwa, jednak tak naprawdę nigdy nie chciałem o tym myśleć. Szczerze mówiąc chyba wolałem żyć w słodkiej niewiedzy, ale pragnąc ułożyć sobie życie z Harrym, po prostu powinienem wiedzieć. Nie mam jednak serca go o to spytać, więc zwracam się z tym do ciebie - odchrząknąłem, po stanowczo zbyt długim wstępie, w końcu przechodząc do rzeczy. - Zdaję sobie sprawę z tego co działo się w waszym domu, jednak Harry nigdy nie opowiadał mi o tym zbyt często, ani tym bardziej szczegółowo. Czy wasz ojciec... jakby to... hmm...
-Po prostu wykrztuś to z siebie - westchnęła, wywracając oczyma.
-Czy posuwał się do czegoś innego niż przemoc? - odchrząknąłem zażenowany.
-Co skłoniło cię do myślenia w ten sposób? - spojrzała na mnie oniemiała.
-Cóż, mam ku temu pewne powody, ale naprawdę... - zacząłem, lecz nie dane mi było dokończyć.
-Chcę je usłyszeć - oświadczyła prosto z mostu, tonem nieznoszącym sprzeciwu.
-Okej... - odparłem dość niepewnie. Musiałem przyznać, iż była naprawdę silną psychicznie kobietą, człowiek automatycznie czuł sie nieco przytłoczony w jej towarzystwie. - Cóż... ja... to znaczy Harry... gdy my... - w ty miejscu odchrząknąłem wymownie - zarzekał się, że był to jego pierwszy raz, ale szczerze mówiąc nie zauważyłem, by cokolwiek go... hmm... bolało? A poza tym, jeszcze zanim zadeklarowaliśmy sobie jakiekolwiek uczucia... wielokrotnie proponował mi tego typu zbliżenia, jednak nie... nie bezinteresownie. Za ich pomocą starał się prosić, przepraszać i dziękować za największe drobiazgi, wliczając w to kanapki za pół funta i... Niech nawet nie przejdzie ci przez myśl, że kiedykolwiek to wykorzystałem! Oczywiście, że nie! - zadeklarowałem szybko, czując na sobie uważne spojrzenie Gemmy. - Tylko on... traktował to tak... beztrosko, jednocześnie twierdząc, że mogą robić to tylko osoby kochające się nawzajem. Nie wiem. Jestem po prostu strasznie tym wszystkim skołowany - zakończyłem zrezygnowanym westchnieniem.
-W porządku, rozumiem - odparła dziewczyna, starając się rozluźnić atmosferę ciepłym uśmiechem. - Zacznę od rozwiania twoich wszelkich wątpliwości. Owszem, nasz ojciec był potworem, jednak nigdy nie posunąłby się do czegoś takiego. - Czując jak kamień spada mi z serca, oczekiwałem na dalsze wyjaśnienia. - Nawiązując do twoich słów... Harry wychowywał się w domu, w którym za próbę napisania listu do siostry, skończył ze złamaną ręką. Naprawdę sądzisz, że mógłby zrobić na nim wrażenie taki rodzaj bólu? - uniosła jedną brew, na co ja przecząco pokręciłem głową, zdając sobie z tego sprawę. - Um, w każdym razie, starając się przełknąć fakt, że posuwasz mojego małego braciszka... - zaczęła, lecz wszedłem jej w słowo.
-Gdy mówisz to w ten sposób, brzmi to okropnie - zwróciłem jej uwagę, krzywiąc się lekko.
-Bo to jest okropne! - zaśmiała się.
-Oh, czyli ty... to znaczy masz coś przeciwko... to znaczy...? - ponownie począłem się jąkać, przytłoczony jej spojrzeniem.
-Nie, źle mnie zrozumiałeś! Nie mam nic przeciwko tobie, ani twojej więzi z Harry, broń Boże! Wiem jak się poznaliście i że nie trwa to długo, ale jeszcze nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego, więc cokolwiek robisz, rób to dalej. Po prostu, gdy wyjeżdżałam Harry miał czternaście lat, a poza tym najzwyczajniej w świecie jest moim bratem, naprawdę trudno mi myśleć o nim w ten sposób. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona, ani tym bardziej rozczarowana takim... obrotem spraw. Harry potrzebował jakiejś silnej ręki, kogoś porządnego, kto by się nim zajął. Naprawdę nie widzę go u boku wymalowanej cizi, byłaby dla niego jedynie kolejnym problemem - wyznała, a ja poczułem jak moje wargi mimowolnie wyciągają się w ciepłym uśmiechu, który dziewczyna odwzajemniła. - Jak już mówiłam, starając się przełknąć fakt, że posuwasz mojego małego braciszka, rozjaśnię ci nieco drugą część twoich wątpliwości - westchnęła ciężko. - Cóż, jak już pewnie się domyśliłeś, rodzice karali nas nie tylko przemocą, ale też i głodówkami. Mieliśmy ograniczony dostęp do lodówki, lub zupełny jego brak. Nie było jednak legalnego sposobu, w który moglibyśmy samodzielnie zebrać pieniądze, które wystarczyłyby na wyżywienie dwójki dorastających dzieciaków. Gdy... - w tym momencie zawahała się, biorąc głęboki wdech. - Gdy miałam szesnaście lat, ja... przespałam się z synem kierownika pobliskiego sklepu. Tylko jeden jedyny raz, przysięgam! On... on w zamian, względem możliwości, dawał nam jedzenie. Któregoś dnia... któregoś dnia Harry dowiedział się o naszym... układzie i zrobił mi awanturę. Widzisz, ja i Brian byliśmy wtedy razem, ale naprawdę nie miałam wyjścia. Zaczęłam tłumaczyć Harremu, że zrobiłam to, by poprosić i podziękować temu chłopcu za pomoc, ale kocham tylko i wyłącznie Briana i jeśli kiedykolwiek to z nim zrobię, to po to, by mu to pokazać - wyznała, łamiącym się głosem. - Ja... ja byłam jego jedynym autorytetem Louis, nie potępiaj go za moje błędy... - wymruczała w swoje złączone dłonie, ze wstydem zakrywając nimi twarz. Nie mogąc się powstrzymać, obiąłem dziewczynę ramionami, pozwalając jej wtulić się w moją klatkę piersiową.
-Mam młodsze rodzeństwo, Gem, nie mógłbym potępiać cię za coś, co również zrobiłbym w twojej sytuacji - odparłem pocierając jej plecy w kojącym geście.
-Dziękuję Louis, nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy - szepnęła, pociągając nosem, by następnie rozluźnić nasz uścisk.
-Mogę zadać ci jeszcze kilka pytań? Mam nadzieję, że łatwiejszych? - poprosiłem, wracając na swoje miejsce.
-Oczywiście - skinęła głową z ciepłym uśmiechem, ocierając kąciki oczu.
-Pokemony - powiedziałem, na co ona zaśmiała się dźwięcznie.
-To nawet nie było pytanie! - zwróciła mi uwagę, rozbawiona.
-Daj spokój i tak wiesz o co mi chodzi! - wykonałem lekceważące machnięcie dłonią.
-Ja i Harry mieliśmy w pokoju telewizor, ale rodzice nie pozwalali nam go włączać, więc oglądaliśmy kablówkę dopiero około północy, gdy oni już spali. Jedynym ciekawym dla nas programem o tej porze były Pokemony. Sądzę, że to jedyna kreskówka jaką Harry kiedykolwiek oglądał - wyjaśniła, a ja westchnąłem, czując mój opadający uśmiech. Mimo wszystko przemknęło mi przez myśl, iż z wiekiem Loczka poczęły interesować również inne programy emitowane po północy, co dał mi odczuć na własnej skórze.
-Kolory? - spytałem, pozbywając się całego entuzjazmu.
-Oh, naprawdę nadal pyta o to ludzi? - zdziwiła się. - To był pewnego rodzaju kod. Używaliśmy go w pobliżu rodziców. Ja pytałam jaki jest jego ulubiony kolor, a on odpowiadał czarny - jeśli ojciec znów go uderzył, szary - jeśli był głodny, czerwony - gdy chciał, żebym go przytuliła i tak dalej. Wymyśliłam go, gdy Harry miał osiem lat, szczerze wątpię, by to pamiętał - wzruszyła ramionami.
-Podświadomie wciąż pamięta, przypisując określonym kolorom różne odczucia oraz funkcje - ziewnąłem, przecierając zmęczoną twarz dłońmi.
-Wow. Powinieneś studiować psychologię czy coś w tym stylu - rzuciła, przyglądając mi się rozbawiona.
-Myślę, że to, że mnie z niej wyrzucili było pewnego rodzaju znakiem - zaśmiałem się sucho, wstając z krzesła.
-Słucham? - ściągnęła brwi w konsternacji.
-To długa historia. Opowiem ci ją kiedy indziej. A póki co, czas najwyższy kłaść się spać, nie sądzisz? Robi się już jasno - zauważyłem, ruszając do drzwi.
-Louis - głos Gemmy zatrzymał mnie w progu. - Widzę jak Harry na ciebie patrzy. On przez całe swoje życie nie kochał nikogo prócz mnie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, z tego jaki zaszczyt, ale i odpowiedzialność spotkały cię zarazem. Mam tylko jedną prośbę. Nie opuszczaj go, w momencie, gdy jesteś wszystkim co ma. Nie popełnij mojego błędu. Nie zrań go w ten sam sposób, co ja - mówiła śmiertelnie poważnym tonem, patrząc na mnie poprzez lśniące w jej oczach łzy.
-Mogę ci to obiecać - odparłem, by następnie opuścić kuchnię i udać się do niewielkiego pokoju, gdzie zastałem Harrego smacznie śpiącego na bordowej wersalce. Wciskając się obok niego, okryłem nas obu kocem, mocno wtulając się w jego plecy.
-O czym rozmawiałeś z Gemmą? - spytał sennym głosem, nie kłopocząc się otwieraniem oczu.
-O tym jak śliczny jesteś - szepnąłem, całując czule jego ramię.
-Nieprawda - ziewnął, zatapiając twarz w miękkiej poduszce.
-Owszem, nieprawda - przytaknąłem. - Jednak z tego co pamiętam, sam prosiłeś mnie o to, bym choć raz cię okłamał. Właśnie wykorzystałem swój jeden raz - wymruczałem w skórę jego ramienia, delikatnie muskając ją wargami.
-W porządku - pogodził się z tym nadzwyczaj łatwo. - Kocham cię - szepnął po chwili, odnajdując zagubiony element układanki znanej również jako nasza rozmowa.
-Wiem, słoneczko, wiem. Ja też cię kocham.

✗ ✗ ✗

Tak więc witam was z ostatnim rozdziałem, w którym jak mniemam wyjaśniłam już wszystkie możliwe zagadki (jeśli nadal macie jakieś wątpliwości bądź coś pominęłam, piszcie śmiało, ponieważ teraz będę mogła tłumaczyć bez spojlerowania). Jeśli chodzi o epilog jest on tylko krótką formalnością, jednak na tyle ważną, że tym którzy przebrnęli przez całość radziłabym go nie pomijać, ponieważ wtedy czas poświęcony na czytanie tego opowiadania stałby się czasem zmarnowanym (tak tylko mówię, ponieważ moja przyjaciółka ma nawyk odpuszczania sobie epilogów i po prostu was przed tym uczulam). I co wy na to, żeby ostatnia część pojawiła się we wtorek, który jak mniemam jest dniem wolnym od szkoły?

środa, 8 października 2014

Rozdział XXIX

                   Po tym jak udało mi się nieco uspokoić Harrego, rozluźniając swój uścisk, zaprowadziłem go do salonu, gdzie sadzając go na kanapie, podarowałem mu czuły pocałunek, który ten z wdzięcznością odwzajemnił. Oderwawszy się od chłopca, po raz ostatni musnąłem wargami kącik jego ust, by następnie odgarnąć zabłąkane na jego mokrej od łez twarzy loki. Wykończony swoim nadmiernym wybuchem emocji, podziękował mi lekkim cieniem słabego uśmiechu. Siadając w jej rogu, poleciłem chłopcu, by położył się na sofie, układając głowę na moich kolanach. Nie musiałem dwa razy powtarzać, gdyż zielonooki już po chwili zwinięty w kłębek na moim podołku, ugniatał w palcach materiał moich spodni. Delikatnie głaszcząc ramię bruneta, by dodać mu nieco otuchy, obserwowałem Zayna dołączającego do nas wraz z ciepłym kocem, którym w czułym geście okrył Harrego. Zielonooki zareagował na to jedynie rozkosznym ziewnięciem, które stłumił tkaniną, mocno się w nią wtulając.
-Zdrzemnij się, słoneczko - szepnąłem, wplatając dłoń w jego włosy, na co ten westchnął z aprobatą.
-Chcę buzi na dobranoc. Mogę? - poprosił, podnosząc na mnie swoje zmęczone spojrzenie. Nie mając serca mu odmówić, pochyliłem się nad chłopcem, łącząc nasze wargi w słodkim pocałunku. Usatysfakcjonowany opadł z powrotem na mój podołek, układając się w wygodnej pozycji do snu.
                   Nim się obejrzałem, ciche pomieszczenie wypełnił dźwięk rozkosznego pochrapywania bruneta. Nie zaprzestając czułego gładzenia jego włosów, spojrzałem na siedzącego na wprost mnie Zayna. Poprawiając się w fotelu, mulat odwzajemnił moje spojrzenie, przenosząc je to raz na zielonookiego, to raz na mnie. Jego twarz wypełniał wyraz zdezorientowania wymieszanego z lekką nutą niepokoju. W końcu jednak postanowił przerwać panujące pomiędzy nami milczenie, przecierając swoją twarz dłońmi w zakłopotaniu.
-Mógłbyś mi do jasnej cholery wytłumaczyć co tu się właśnie stało? - spytał, starając się utrzymać nerwy i zbyt głośny ton na wodzy, mimo, iż na co dzień był on dosłowną oazą spokoju.
-Cóż... Harry miał gorszą noc - odparłem niechętnie.
-Zdążyłem zauważyć - prychnął sarkastycznie. - Jesteś pewien, że wszystko z nim w porządku? - spytał po chwili.
-Nie, niekoniecznie. Ostrzegałem cię, że nie miał w domu lekko. Dzieci z patologicznych rodzin bywają dość... wybuchowe i emocjonalne, tak sądzę. Powiedziałbym ci coś więcej na ten temat, jednak moja kariera psychologa skończyła się po pierwszym roku studiów, który spędziłem w większej mierze w pubach niż nad książkami - wyjaśniłem, lekko wzruszając ramionami.
-Patologicznych rodzin? - powtórzył głucho Zayn.
-To naprawdę długa historia, proszę, nie każ mi jej opowiadać. To wszystko i tak nie przeszłoby mi przez gardło - westchnąłem, przymykając powieki.
-W porządku - skinął głową ze zrozumieniem, posyłając mi nieprzeniknione spojrzenie.
-Co znowu kombinujesz? - spytałem podejrzliwie, zaniepokojony niezidentyfikowanym błyskiem w jego oku.
-Hej, niczego nie kombinuje! - zawołał w obronnym geście. - Ale tak jakby chcesz mi powiedzieć, że Harry jest chodzącym kłębkiem nerwów? - zaczął, spoglądając na mnie z zadziornym uśmiechem.
-Użyłbym raczej określenia "tykająca bomba zegarowa", ale niech będzie. Nadal jednak nie wiem do czego zmierzasz... - tchnąłem, odwzajemniając jego spojrzenie spod ściągniętych brwi.
-Nie sądzisz, że Harry powinien się trochę... wyluzować? - rzucił niby od niechcenia.
-Sądzę...? - wykrztusiłem niepewnie.
-Bo wiesz, tak się składa, że znam na to pewne sposoby... - odparł na tyle sugestywnie, by dotarła do mnie prawdziwa istota jego słów.
-Chyba nie mówisz poważnie! Nie ma mowy! - oburzyłem się, karcąc go spojrzeniem.
-Oh, daj spokój, będzie fajnie - przekonywał mnie Zayn.
-Stary, on ma siedemnaście lat - warknąłem.
-Przypomnieć ci co my robiliśmy w wieku piętnastu? - uniósł jedną brew.
-To co innego - tchnąłem, zaciskając szczękę, na co chłopak wywrócił oczyma.
-Jesteś zwyczajnie przewrażliwiony na jego punkcie - westchnął zrezygnowany.
-Wcale nie, po prostu się o niego troszczę - odwróciłem wzrok, szczelniej obejmując Harrego ramieniem.
-Rozumiem, że chcesz zapewnić mu to czego nie miał w domu? - spytał, a ja skinąłem głową w dalszym ciągu na niego nie patrząc. - Więc powinieneś pozwolić mu nieco się zabawić. Takie jest moje zdanie - rzucił, nonszalancko wzruszając ramionami.
-Dlatego ja jestem byłym studentem psychologii, a ty artystą-hipisem mieszkającym w starym magazynie - prychnąłem ironicznie.
-Jednak koniec końców mnie nie wyrzucono z uczelni i mam jakikolwiek dach nad głową - odgryzł się podobnym tonem.
-Wow, widzę, że robimy się niepotrzebnie złośliwi? - rzuciłem, wytykając mu język.
-Przepraszam, bracie. W każdym razie ja nie byłem na haju od kilkunastu godzin i muszę coś zapalić zanim stanę się poważnym młodym, człowiekiem - ostatnie słowa wypowiedział wręcz z obrzydzeniem.
-I nawet mnie nie poczęstujesz? - jęknąłem, wzorkiem odprowadzając Zayna do kuchni.
-Myślałem, że... - zaczął, lecz uprzedziłem jego pytanie, odpowiadając na nie.
-Rozmawialiśmy o Harrym, z tego co pamiętam o mnie nie było mowy - rzuciłem z zadziornym uśmiechem, który mulat odwzajemnił.
-No i to jest Louis, którego znam! - zawołał uradowany, znikając w drugim pomieszczeniu.
                   Do salonu wrócił po niespełna piętnastu minutach, niemalże siłą wciskając mi między wargi jointa, którego podpalił zapalniczką trzymaną w drugiej dłoni. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia co dokładnie zawierał, ani jak silny był owy narkotyk, lecz jak zwykle postanowiłem zdać się na Zayna, który w sprawach tego typu posiadał niezaprzeczalnie większe doświadczenie. Delektując się wciąganym do płuc dymem, okręcałem wokół palca pojedyncze loki bruneta, smacznie drzemiącego na moim podołku. Zafascynowany tym jak z każdą minutą wszystko zdaje się być coraz to bardziej zabawne, rozpocząłem z Zaynem konwersację na temat niebieskich krów, która w tamtym momencie wydała mi się być znacznie bardziej inteligentna niżeli dnia poprzedniego. Głownie składała się ona jednak z wyrwanych z kontekstu zdań, absurdalnych argumentów oraz ogromnej porcji śmiechu. Wypuszczając dym spomiędzy moich warg, obserwowałem jak tworzy on siwą aureolę unoszącą się ponad moją głową.
-Hej, Zayn, myślisz, że Święty Mikołaj mnie kocha? - spytałem w pewnym momencie, zupełnie poważnie, posyłając brunetowi zmartwione spojrzenie.
-Nie ma mowy, bracie. Gdy byłem młodszy co roku obsypywał mnie prezentami, to musiało coś znaczyć - odparł, postanawiając złamać moje serce.
-To nie fair, znajdź sobie dziewczynę czy coś - jęknąłem.
-Nie stać mnie na dziewczynę, ani na Świętego Mikołaja. Tacy jak oni lubią prezenty, a ja muszę zbierać na dragi i własną, niebieską krowę - oświadczył, wypuszczając przy tym całą chmurę dymu.
-Lubię krowy. Harry też. Myślisz, że to przeznaczenie? - zachichotałem niczym trzynastolatka, zakrywając usta dłonią.
-Myślę, że będziecie mile widziani na mojej farmie - odparł, po czym niespodziewanie wystawił język, dotykając nim czubka nosa.
                   Ni stąd ni zowąd Harry począł niespokojnie wiercić się na moim podołku, wyraźnie się rozbudzając. Ziewając przeciągle, uchylił ciężkie powieki, przecierając jedną z nich zwiniętą w piąstkę dłonią. Unosząc się nieco na łokciach, spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem, omiatając spojrzeniem moją roześmianą twarz oraz trzymanego w dłoni jointa. Na widok tego drugiego, otrząsnął się z resztek snu, sprawiając wrażenie jakoby jego oczy planowały wypaść ze swych orbit.
-Lou, co ty wyprawiasz?! - pisnął zszokowany.
-Rozmawiam z Zaynem - odparłem, posyłając mu nieco nieporządny uśmiech.
-Ale czemu palisz?! Papierosy są niezdrowe! Nie chcę, żebyś się rozchorował! - mówił przejęty, potrząsając moim ramieniem.
-To nie jest papieros - zaśmiałem się.
-Więc to jest... - urwał, spoglądając na mnie z niedowierzaniem. - Ale Lou! - jęknął, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Nie czekając aż chłopiec zdecyduje się kontynuować, po raz ostatni zaciągając się skrętem, wpiłem się w wargi chłopca, całując go tak mocno jak tylko byłem w stanie. Nieco zdezorientowany, lecz zawsze chętny brunet oddał pieszczotę z podobną gorliwością, pozwalając mojej dłoni wśliznąć się pomiędzy jego uda. Odrywając się ode mnie z głośnym jękiem, chłopiec z fascynacją i szeroko rozchylonymi wargami, obserwował wydobywającą się z nich smugę dymu. Biorąc do płuc głęboki wdech czystego powietrza, skierował na mnie spojrzenie swoich lśniących podnieceniem tęczówek. Mimo, iż jeszcze chwilę temu był jej przeciwny, nagle wydał się być niezwykle zauroczony wizją swojego chłopaka z jointem. Po raz kolejny zaciągając się narkotykiem oraz pozwalając siwemu obłokowi wymknąć się spomiędzy moich warg, czułem jak z każdą chwilą między nogami Harrego zaczyna brakować miejsca dla mojej spoczywającej tam dłoni.
-Aż tak ci się to podoba? - zaśmiałem się, głaszcząc delikatnie wybrzuszenie widniejące w jego spodniach, na co ten jęknął przeciągle, przygryzając dolną wargę.
-Lou, przestań - tchnął, rzucając przelotne spojrzenie w kierunku Zayna, który szczerze mówiąc nie wydawał się być zbytnio przejęty rozgrywającą się tuż na wprost niego sceną.
-Wiesz co mam ochotę ci teraz zrobić? - szepnąłem wprost do ucha bruneta zmysłowym tonem.
-Lou, Zayn patrzy - upomniał mnie łamiącym się głosem, lekko ocierając się o moją dłoń.
-Mam... ochotę... zrobić... ci... - mruczałem na wprost jego skóry, pomiędzy składanymi na niej pocałunkami. - …naleśniki.
-Naleśniki? - zdziwił się, lecz w tonie jego głosu dostrzegłem nutkę rozczarowania.
-Naleśniki - powtórzyłem, skinąwszy głową, po czym po raz kolejny zaciągnąłem się skrętem.
-Umiesz gotować? - spytał niepewnie, w dalszym ciągu nie mogąc oderwać ode mnie wzroku.
-Absolutnie nie - odparłem, posyłając mu szeroki uśmiech.
-Lou, głupio się zachowujesz - zwrócił mi uwagę, przygryzając dolną wargę.
-Jesteś taki słodki - wypaliłem niespodziewanie, łapiąc go za nos. Wyrwawszy się z mojego uścisku, chłopiec posłał mi zdezorientowane spojrzenie spod ściągniętych brwi. Nie czekając na jego pozwolenie, umieściwszy skręta pomiędzy wargami, przyciągnąłem zielonookiego bliżej siebie. Oplatając sobie jego ramiona wokół szyi, chwyciłem go pod udami, podnosząc się z kanapy. Obawiając się upadku, Harry wtulił się mocno w moją pierś, czekając cierpliwie aż zaniosę go do kuchni, gdzie usadziłem go wygodnie na jednym z blatów.
-Potrzymaj - poleciłem, wręczając mu mojego skręta, którego ten przyjął, przyglądając mi się wielkimi oczyma. Ignorując jego spanikowane spojrzenie, wróciłem do salonu, łapiąc Zayna za nadgarstek. - Chodź, Zaynie, zrobimy naleśniki! - zawołałem, ciągnąc go w swoją stronę niczym pięcioletnie dziecko proszące mamę o nową zabawkę. Niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, iż nie byłem wtedy sobą. Śmiejąc się równie niepohamowanie i histerycznie co ja, mulat pozwolił mi zaprowadzić się do kuchni, gdzie w dalszym ciągu czekał na nas Harry.
-Hej, Lou, ale ja nie mam patelni - powiedział niespodziewanie Zayn, zupełnie jakoby właśnie opowiadał najlepszy na świecie kawał.
-Jakoś sobie poradzimy - zaśmiałem się, wyciągając z jednej z szafek metalowy garnek. Niespodziewanie dobiegł nas odgłos potężnego kaszlu. Instynktownie odwracając się w kierunku źródła dźwięku, dostrzegłem duszącego się Harrego, który bijąc się w pierś otwartą dłonią, wypluwał kolejne smugi dymu. - Harry, jesteś idiotą - wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem, widząc lśniące od łez tęczówki bruneta. W każdym innym przypadku zapewne zmartwiłbym się, pytając czy wszystko w porządku, lecz wtedy wydało mi się to być wręcz nad wyraz zabawne.
-Ja... chciałem tylko spróbować - odparł nieśmiało, odkasłując.
-Jak wypalisz to do końca to kupię wieczorem patelnię i jutro z samego rana usmażę wam na śniadanie naleśniki - zaproponował Zayn.
-Mogę, Lou? - poprosił, spoglądając na mnie oczyma szczeniaczka.
-Tylko pod warunkiem, że będą to naleśniki z mleka niebieskich krów - odparłem zupełnie poważnie, będąc zbyt na haju, by wykrzesać z siebie choć odrobinę zdrowego rozsądku i moralności. Składając mi obietnicę, której zapewne nie dotrzyma (w końcu skąd miałby wziąć mleko niebieskich krów, lub choćby samą niebieską krowę?) Zayn pokazał Harremu jak prawidłowo zaciągnąć się jointem, którego trzymał w dłoni. Przyglądając mu się uważnym wzrokiem, chłopiec skopiował jego gest, ponownie dostając napadu duszności. Podchodząc bliżej niego, ująłem jego zarumienione policzki w dłonie, delikatnie przecierając je kciukami. - Słoneczko, spokojnie, to tylko skręt - szepnąłem najbardziej kojącym tonem głosu, na jaki było mnie stać, dostrzegając mieszankę poirytowania z zażenowaniem wymalowaną na twarzy Harrego. Dając mu czułego całusa na zachętę, przeniosłem swoje ręce na jego uda, przyglądając mu się w oczekiwaniu. Drżącą dłonią ponownie umieścił jointa między swoimi pełnymi wargami, delektując się dymem wypełniającym jego płuca, który już po chwili w postaci siwej smugi opuścił jego usta, buchając prosto w moją twarz. Nieustannie utrzymując kontakt wzrokowy z chłopcem, zachodziłem w głowę czemu nie zgodziłem się na to wcześniej, albowiem bardziej seksowny niż w tamtej chwili, brunet był jedynie w swoich ogrodniczkach. Po kilkunastu minutach i paru napadach kaszlu, pod moim czujnym okiem Loczek dokończył mojego jointa, przyglądając mi się nieprzytomnie.
-I jak? - spytałem, czując niewyjaśnioną potrzebę uszczypnięcia go w policzek.
-Zabawnie - zaśmiał się, wyciągając wargi w szerokim, nieco nieporządnym uśmiechu.
-Wiecie co powinniśmy zrobić? - odezwał się niespodziewanie Zayn.
-Hmm? - zanuciłem, tym samym zachęcając go do kontynuowania.
-Bazę z koców i poduszek, po czym za mieszkać w niej na znak naszej niezależności, w proteście przeciwko systemowi - odparł, z jedynie sobie znanych powódek wkładając palec wskazujący do ust.
-Tak! Tak! Proszę! Nigdy nie miałem bazy! Lou, proszę! Aaaa! - piszczał, zeskakując z blatu, by począć biegać dookoła z dłońmi wyrzuconymi w powietrze. Przyłączając się do niego, wraz z Zaynem przemknęliśmy po całym domu, zgarniając z każdego pokoju wszelkie kołdry, narzuty i koce. Następnie poczęliśmy ustawiać w salonie krzesła, fotele, stolik i kanapę w odpowiedniej odległości.
-Śliwka wpadła w kompot - mówił Harry, robiąc fikołki na drewnianych panelach podłogowych, w czasie, gdy wraz z mulatem, staraliśmy się wcielić naszą wizję bazy w życie. Gdy sufit i ściany były już gotowe, pozostałe kołdry posłużyły nam jako wykładzina. Zaciągając ciemne rolety w oknach, utworzyliśmy odpowiedni nastrój do... szczerze mówiąc sam nie wiem czego. Ponieważ w moim stanie powtarzanie "śliwka wpadła w kompot" podczas robienia fikołków nie wydało mi się być ani trochę dziwne, chwyciłem bruneta za rękaw koszulki, tym samym zwracając na siebie jego uwagę. Posyłając mi promienny uśmiech, chłopiec zachichotał głośno, czołgając się na czworaka do naszej bazy. Podążając za nim, opadłem na ziemię, wygodnie układając się na stercie kołder, by Loczek mógł wtulić się w mój bok. Skłamałbym twierdząc, iż zdziwił mnie widok Zayna dołączającego do nas z kolejną porcją skrętów...
                   Śmiech, palenie, głupie rozmowy, palenie, wylegiwanie się na podłodze, śmiech i jeszcze raz palenie. Dokładnie w taki sposób upłynął nam niemalże cały dzień. W momencie, gdy zorientowałem się, iż zapewne nie tylko mieszkanie Zayna spowijają ciemności, byłem nieco bardziej trzeźwy niżeli on czy Harry. Mulat wypalił z nas najwięcej, natomiast niedoświadczony brunet zdawał się być bardziej podatny na działanie narkotyku. Starając się nieco ochłonąć, westchnąłem ciężko, przecierając twarz dłońmi. Następnie rzuciłem okiem na Harrego, który leżąc na plecach, machał dłońmi oraz nogami w powietrzu, wydając przy tym bliżej nieokreślone dźwięki. Dochodząc do wniosku, iż to już najwyższa pora, by chłopiec poszedł spać, ująłem jego twarz w dłonie, tym samym zmuszając go do nawiązania ze mną kontaktu wzrokowego.
-Wstań, słoneczko, powinniśmy już iść do łóżka - powiedziałem miękko.
-A co będziemy tam robić? - zachichotał, uroczo marszcząc nosek.
-Spać - odparłem, pomagając mu podnieść się do pozycji siedzącej.
-Ale spać-spać, czy będziemy spać ze sobą? - spytał nieśmiało, w dalszym ciągu wykrzywiając wargi w uśmiechu.
-Spać-spać, przyda ci się trochę snu - wywróciłem oczyma, chwytając zielonookiego pod pachami, by postawić go na nogi, na których lekko zatoczył się do tyłu, a jedyną rzeczą ratującą go przed upadkiem okazały się być moje umieszczone na jego talii dłonie.
-Do jutra, Zaynie, pamiętaj, że wisisz Harremu naleśniki - pożegnałem się z mulatem, wręcz siłą zaciągając Loczka do naszej sypialni. Chłopiec zapierał się i protestował, krzycząc, iż jest już dużym chłopcem i sam może decydować o tym, kiedy kłaść się spać. Szybko jednak udało mi się udobruchać go czułymi pocałunkami. Układając go na posłaniu w piżamie, w której spędził cały dzień, pobiegłem szybko do salonu, skąd kradnąc jedną ze ścian naszej bazy, wróciłem do sypialni, okrywając nią Harrego. Po raz ostatni całując go na dobranoc, pozwoliłem mu wtulić się w swój bok i schować twarz w zagłębieniu mojego ramienia. Wdychając jego słodki zapach wymieszany z dymem, odpłynąłem do krainy snów w akompaniamencie słodkiego pochrapywania bruneta.

                   Leżałem na łóżku, rozkosznie zakopany w pościeli, delektując się radosnym śpiewem ptaków wpadającym do ciemnego pokoju poprzez uchylone, zasłonięte roletami okna. Wzdychając dyskretnie, mocniej wtuliłem się w poduszkę, mając nadzieję, iż uda mi się jeszcze zasnąć. Byłem już na granicy jawy i snu, gdy niespodziewanie poczułem pełne wargi leniwie lecz stanowczo napierające na moje. Delikatnie, z pewną dozą czułości oddałem pocałunek, układając dłoń na ciepłym policzku bruneta. Chłopiec natomiast pochylał się nade mną, leżąc wygodnie na mojej klatce piersiowej. Nie mając pojęcia kiedy odgrywanie roli poduszki stało się moim życiowym priorytetem, westchnąłem cicho w rozchylone wargi bruneta, tym samym wywołując u niego przyjemny dreszcz. Nie przerywając zabawy moimi włosami, chłopiec w końcu oderwał się ode mnie, po raz ostatni cmokając kącik moich ust, by następnie posłać mi jeden z najpiękniejszych uśmiechów jakie w życiu widziałem. Jego ciężkie, zaspane powieki opuszczone były do połowy, wyciągnięte wargi pełne i niesamowicie różowe, natomiast jego policzki zdobiły lekkie rumieńce oraz para przeuroczych dołeczków. Patrząc na niego nieprzytomnym wzrokiem, ziewnąłem przeciągle, wplatając dłoń w jego loki. W momencie, gdy delikatnie podrapałem chłopca za uchem, ten zamruczał z aprobatą, wtulając się ciepło w moją klatkę piersiową.
-Przepraszam, że cię obudziłem. Po prostu chciałem buziaka - ziewnął w materiał mojej koszulki.
-W porządku, nie gniewam się - odparłem zaspanym głosem. Czując oraz słysząc zdławione chrząknięcie bruneta, posłałem mu zmartwione spojrzenie spod wachlarza długich rzęs. - Jak się czujesz? - spytałem z troską.
-Tak sobie - odparł nieśmiało, mocniej obejmując mnie ramionami.
-To znaczy? - zażądałem szczegółów.
-Trochę mi słabo. I duszno - wyjaśnił, bawiąc się materiałem mojej koszulki.
-Chyba trochę wczoraj przesadziliśmy. Przepraszam, że cię nie powstrzymałem - szepnąłem ze skruchą, czule całując jego skroń. Dopiero wtedy uderzyło we mnie to jak nieodpowiedzialne i lekkomyślne musiało być moje wczorajsze zachowanie. Nie do końca w ten sposób planowałem opiekowanie się Harrym.
-Nie, to w porządku, było zabawnie. Lubię, gdy jest zabawnie, w domu nigdy nie było - wyznał, zatapiając nos w mojej koszulce, by uniknąć nawiązania kontaktu wzrokowego.
-W porządku - szepnąłem, nie chcąc, by czuł się zobowiązany do rozwinięcia tematu, po czym złożyłem delikatny pocałunek na czubku jego głowy.
-Bardzo, bardzo cię kocham, Lou - wyznał chłopiec po chwili, opierając brodę na mojej klatce piersiowej, by posłać mi pełne uczucia i szczerości spojrzenie. - Naprawdę - dodał nieco ciszej, muskając wargami linię mojej szczęki.
-Wiem, słoneczko, wiem - westchnąłem rozczulony, delikatnie głaszcząc go po głowie. - Ja... - zacząłem, lecz chłopiec zakrył mi usta dłonią, wydając przy tym charakterystyczny, syczący dźwięk.
-Ciii - uciszył mnie. - Nie musisz tego mówić, po prostu na mnie spójrz - wymruczał, posyłając mi lekki uśmiech. - Tylko ładnie - dodał szybko.
-Słoneczko, czy mógłbyś proszę powiedzieć mi co masz na myśli, prosząc mnie o to? - spytałem, przyglądając mu się wyczekująco, podczas gdy subtelnie odgarnąłem parę niesfornych loków za jego ucho. - O co dokładnie chodzi z tym "ładnym patrzeniem"? - oblizałem wargi, tonąc w zieleni jego tęczówek.
-Po prostu wiem, że nie lubisz o tym mówić, a ja tego nie potrzebuję, ponieważ wiem, że mnie kochasz - wyjaśnił, lecz cała jego pewność siebie uleciała na moment, w którym spojrzał na mnie dyskretnie jakoby poszukując potwierdzenia, którego udzieliłem mu krótkim skinieniem głowy. - To przez sposób w jaki na mnie patrzysz, robisz to tak ładnie, że po prostu wiem - zapewnił, nie przerywając ze mną kontaktu wzrokowego. - Najważniejsze nie jest widoczne dla oczu, lecz w oczach - wyszeptał na zakończenie, słodko całując mój policzek.
-Przekręciłeś trochę ten cytat - zaśmiałem się rozczulony, również muskając wargami czubek jego nosa. - Ale nie zmienia to faktu, że naprawdę to czuję, Harry. I mogę powiedzieć to głośno, ja po prostu... po prostu potrzebowałem czasu - westchnąłem, na co chłopiec skinął głową ze zrozumieniem. - Ale cię kocham. Kocham cię. Naprawdę kocham - wykrztusiłem słabym głosem, obserwując wargi chłopca wyciągające się w niebywale szerokim uśmiechu. Wyglądając co najmniej jakoby wygrał nagrodę na loterii, wpił się w moje usta, całując je z ogromną ilością pasji. Śmiejąc się w jego rozchylone wargi, oddałem pieszczotę, nieco ją pogłębiając.
-Ja też cię kocham - odparł wesoło, po raz ostatni składając całusa w kąciku moich ust. - Jesteś drugą osobą, która mi to mówi - dodał nieco ciszej, a jego uśmiech opadł diametralnie. Niespodziewanie tracąc dobry humor, ponownie wtulił się w moją klatkę piersiową, unikając kontaktu wzrokowego.
-Drugą? - powtórzyłem głucho. Kogo chłopiec mógł mieć na myśli? Szczerze wątpiłem, by słowa te padły z ust jego rodziców, bądź innych bliskich, którzy nigdy nie pomogli mu wydostać się z rodzinnego piekła.
-Mhm, ale ona nie kochała mnie tak jak ty - szepnął dość zagadkowo, zaciskając pięści w materiale mojej koszulki.
-Ona? - odchrząknąłem, zaskoczony.
-Ona - potwierdził i mimo przygnębienia nie mógł powstrzymać warg od wyciągnięcia się w lekkim, sentymentalnym uśmiechu.
-Więc kiedy zrozumiałeś, że wolisz chłopców? - wypaliłem, zmieszany wizją Harrego u boku... dziewczyny.
-Ależ Lou, przecież ja wcale ich nie wolę - westchnął, wywracając oczyma.
-Nie wmówisz mi, że lubisz tylko dziewczyny - prychnąłem nieco sarkastycznie, przejeżdżając dłonią przez burzę jego loków.
-Nie, ich też nie lubię - uniósł na mnie wzrok, przecząco kręcąc głową. - Tak naprawdę nigdy o tym wszystkim nie myślałem - wyznał, wzruszając ramionami. - To tylko ty. Kocham tylko ciebie, naprawdę - zapewnił, przypieczętowując swoje słowa słodkim całusem złożonym na moim prawym obojczyku.
-Ale ją też kochałeś - tchnąłem dość chłodno, czując jak poczyna przemawiać przeze mnie zazdrość. Szczerze mówiąc nigdy nie przeszło mi przez myśl, iż Harry mógł kiedykolwiek kogoś mieć. Sam bowiem twierdził, iż w swojej rodzinnej miejscowości nie miał przyjaciół.
-Tak, ale nie martw się, ona już mnie nie kocha - obiecał, widząc moją skwaszoną minę. Delikatnie muskając wargami skórę mojej szyi oraz linię szczęki, starał się rozładować powstałe między nami napięcie.
-A ty kochasz ją? - wypaliłem, nim zdążyłem ugryźć się w język. Brunet jednak nie zaszczycił mnie odpowiedzią, jedynie wkładając więcej serca w składanie pocałunków. W momencie, gdy spojrzałem na niego wyczekująco, ten postanowił rozproszyć mnie, wpijając się w moje usta. Nie odwzajemniając pieszczoty, odepchnąłem go od siebie delikatnie.
-Zadałem ci pytanie - upomniałem go, posyłając mu karcące spojrzenie.
-Wiem, po prostu postanowiłem na nie nie odpowiadać - odparł nieco drżącym głosem, spuszczając głową, by z uporem począć wpatrywać się w abstrakcyjne wzory kreślone przez jego palec na mojej piersi.
-W porządku - warknąłem, zirytowany, odwracając się do niego plecami. Byłem rasowym egoistą, nie lubiłem się dzielić, a już na pewno nie zamierzałem dzielić się Harrym. Moim Harrym.
-Lou, gniewasz się na mnie? - spytał malutkim głosem, wtulając się ciepło w moje plecy.
-Nie - westchnąłem, zdając sobie sprawę z tego, iż nawet nie umiałem. Okej, może trochę zabolało mnie to, iż Harry w dalszym ciągu czuł coś do swojej byłej dziewczyny, jednak nie miałem na to żadnego wpływu. Moje fochy również nie zdawały się pomagać. Musiałem to zwyczajnie przełknąć i nauczyć się z tym żyć. Co biorąc pod uwagę, iż to ja byłem teraz u boku bruneta, leżąc z nim w jednym łóżku, w oczekiwaniu na nasz wspólny wyjazd do Paryża, dzięki któremu Harry miał nigdy więcej nie spotkać swojej poprzedniej miłości lub nawet o niej zapomnieć, nie było trudne.
-Na pewno? - ciągnął zmartwiony.
-Na pewno - przytaknąłem, odwracając się do niego przodem, by złączyć nasze wargi w słodkim pocałunku.
-Czyli możemy się już kochać? - wymruczał tuż na wprost moich ust, owiewając je swoim ciepłym oddechem.
-Mówiłeś, że źle się czujesz - zwróciłem mu uwagę, lekko ściągając brwi w zmieszaniu.
-Bo czuję się źle - potwierdził skinieniem głowy. - Ale gdy się kochamy czuję się dobrze, więc to tak jakby lekarstwo, prawda? - posłał mi pytające spojrzenie.
-Oh słoneczko - westchnąłem rozczulony, miękko całując jego wargi.
-Czy to znaczy tak? - tchnął, pełen nadziei.
-Co tylko zechcesz - odparłem z ciepłym uśmiechem, zadowolony z siebie, albowiem miałem szansę dać brunetowi to czego jego była dziewczyna z całą pewnością nie mogła.
-A czy to będzie w porządku jeśli ja tylko poleżę, a ty się mną zajmiesz? Czy w ten sposób również będzie miło? Bo w pociągu było baaaardzo miło, ale jestem trochę zmęczony - wymruczał nieco zawstydzony, lekko spuszczając wzrok.
-Oczywiście, słoneczko. Jak chcesz, żebym to zrobił? - spytałem niezwykle rozczulony jego wypowiedzią. Nie sądziłem, iż możliwe jest pozostanie słodkim podczas składania tego typu propozycji.
-Na pewno tak, żeby tobie też było dobrze, lubię gdy wzdychasz moje imię. Robisz to prawie tak ładnie jak na mnie patrzysz. Więc po prostu się ze mną kochaj - powiedział, zalewając się rumieńcem.
-W porządku - zaśmiałem się, całując jego rozgrzany policzek. Nieco się ode mnie odsuwając, chłopiec położył się na brzuchu, słodko wtulając się w swoją poduszkę, by następnie posłać mi wyczekujące spojrzenie.
-Harry, co ty robisz? - wypaliłem zaskoczony. W końcu w sytuacjach tego typu, brunet zawsze wręcz wymagał ode mnie utrzymania z nim kontaktu wzrokowego.
-Kładę się? - odparł, nie dostrzegając mojego problemu.
-Myślałem, że... - zacząłem, lecz chłopiec ubiegł moje pytanie, odpowiadając na nie.
-Oh, to - tchnął ze zrozumieniem. - Już widziałem i słyszałem, że mnie kochasz. Teraz jestem zmęczony, więc wystarczy mi, jeśli poczuję - wymruczał, posyłając mi lekki uśmiech.
-Jesteś pewien? - spojrzałem na niego nadal nieprzekonany.
-Lou, ja tu czekam - jęknął zniecierpliwiony.
                   Dochodząc do wniosku, iż chłopiec sam wie najlepiej czego pragnie, uśmiechnąłem się ciepło, przysuwając się bliżej niego. Delikatnie całując jego kark, od razu zabrałem się za ściąganie z niego granatowo-kraciastych spodni. Wzdychając z aprobatą w poduszkę, brunet uniósł lekko biodra, nieco mi w tym pomagając. W momencie, gdy skrawek materiału opadł na ziemię, przetarłem pośladek Harrego w czułym geście, za co nagrodzony zostałem przeciągłym jękiem. Nasiliły się one, gdy subtelnie rozsuwając nogi bruneta, pochyliłem się nad jego ciałem, delikatnie całując wewnętrzną stronę jego ud. Obawiając się, iż przypadkowo mógłbym ozdobić jego aksamitną skórę kolejną malinką, których zielonooki sobie nie życzył, przeniosłem się z pocałunkami na obszar powyżej gumki jego bokserek. Oddychając przy tym ciężko, chłopiec pomógł mi zdjąć z siebie koszulkę, co po chwili uczyniłem również z moją. Nieco się niecierpliwiąc, brunet postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, łapiąc mnie za nadgarstek, oraz przyciągając bliżej siebie moją dłoń. Obserwując jak dokładnie oblizuje moje palce, doszedłem do wniosku, iż nie ma on dziś nastroju na grę wstępną. Podczas, gdy ja dawałem mu to czego chciał, w kojącym geście scałowując ścieżkę wzdłuż jego kręgosłupa, ten jęczał w amoku moje imię, tym samym błagając mnie o więcej. Rozebrawszy nas obu do końca, pochyliłem się nad chłopcem, łącząc nasze wargi w zachłannym pocałunku, który ten oddał ze zdwojoną siłą. Po chwili jednak nasze oddechy wyrównały się, a pieszczota stała się nieco subtelniejsza. Delikatnie odrywając się ode mnie, brunet posłał mi lśniące spojrzenie pięknych, szmaragdowych tęczówek, spod wachlarza swoich długich rzęs. Spomiędzy jego pełnych, krwistoczerwonych i opuchniętych od pocałunku warg, wymknęło się rozkoszne westchnienie. Ponieważ jego twarz nie wyrażała nic poza potrzebą, nie miałem serca kazać mu dłużej czekać. Tak więc kochaliśmy się. Zupełnie inaczej niżeli w pociągu. Bez pośpiechu i skrępowania, za to delikatniej i mniej niechlujnie. Każdy swój ruch umyślnie przeciągałem, starając się maksymalnie wydłużyć przyjemność oraz każdy słodki jęk Harrego, który ani myślał się dotknąć, nie pozwalając na to również mnie, ze świadomością, iż wtedy wszystko mogłoby dobiec końca zbyt wcześnie. W momencie, gdy chłopiec począł niekontrolowanie drżeć, obróciłem nas na bok, mocno wtulając się w jego plecy, by po chwili począć składać mokre pocałunki na skórze jego ramienia. Pozostając w swoim własnym świecie ekstazy, chłopiec nawet nie próbował być cicho. Zawsze miał problem z tłumieniem czegokolwiek w sobie, lecz szczerze mówiąc, nie przeszkadzało mi to ani trochę. Z każdym moim ruchem spomiędzy jego warg wydobywało się niskie stęknięcie, które starał się stłumić, ukrywając twarz w miękkiej poduszce.
-Kocham cię - szepnąłem mu do ucha, całując jego płatek i tyle wystarczyło, by chłopiec skończył w białej pościeli, na którą opadłby bezwładnie, gdyby nie moje silne ramiona trzymające go w żelaznym uścisku.
-Ja ciebie też - westchnął, gdy przyszła kolej i na mnie. - Kocham cię bardzo, bardzo mocno - ucałował moją pierś, mocno się nią wtulając, gdy opadłem na posłanie tuż obok niego.
-A ja was nienawidzę! - dobiegło nas wołanie Zayna, zza jak się okazało, uchylonych drzwi. Wybuchając śmiechem, czule ucałowałem czubek głowy bruneta, którego ramionami również wstrząsnął chichot.
                   Po niespełna kilkunastu minutach wylegiwania się w ciepłym łóżku, w końcu udało nam się wstać, udając się pod prysznic, który wzięliśmy razem, dla oszczędności czasu oraz wody. Odziani w czyste ubrania oraz z kropelkami wody skapującymi na drewniane panele podłogowe z naszych w dalszym ciągu wilgotnych włosów, pojawiliśmy się w kuchni, gdzie Zayn powitał nas jednym, zdegustowanym spojrzeniem.
-Jesteście obrzydliwi - splunął, powracając do czytania swojej gazety.
-Oh, daj spokój - wywróciłem oczyma, opierając się o blat.
-Macie uprać mi pościel - zażądał.
-Chyba śnisz - prychnąłem pobłażliwie.
-Umm... Lou? Może jednak to zróbmy... - szepnął zawstydzony, posyłając mi wymowne spojrzenie.
-Oh, tak, faktycznie - odchrząknąłem. - Upierzemy ją.
-Wiecie co? Po prostu ją spalcie - skrzywił się Zayn, najwidoczniej zdając sobie sprawę z tego o czym mówił Harry.
-Przepraszam - tchnął w pewnym momencie zażenowany brunet, na co mulat lekceważąco machnął dłonią.
-Nie rozmawiajmy o tym więcej. Naleśniki? - zaproponował, wstając z krzesła, by zrobić dla nas miejsce.
-Poproszę - odparliśmy wraz z Loczkiem w tym samym czasie, zasiadając do stołu.
-Hej, Louis, nie to, żebym was wyganiał, ani nic z tych rzeczy, ale pamiętasz, że dziś w nocy odpływa wasz prom? - zagaił Malik w pewnym momencie, wyjmując z lodówki składniki potrzebne do przygotowania śniadania.
-Oh, faktycznie. Jak szybko to zleciało - tchnąłem zaskoczony.
-W każdym razie, macie wszystkie potrzebne rzeczy i dokumenty, prawda? - spytał, rzucając mi przez ramię przelotne spojrzenie.
-Um... jest coś o czym chyba muszę ci powiedzieć... - zacząłem niepewnie, zaskarbiając sobie jego uwagę. - Nie martw się, to nic takiego - dodałem szybko, czując na sobie jego sądny wzrok. - Tak się składa, że Harry nie ma przy sobie żadnych dokumentów, a jakieś trzy tygodnie temu ktoś nas napadł i tak jakby ukradli mi portfel... - rzuciłem jak gdyby nigdy nic, nonszalancko wzruszając ramionami.
-Chyba sobie ze mnie żartujesz?! - zawołał, łapiąc się za głowę.
-Szczerze mówiąc nie jest mi ani trochę do śmiechu - odparłem, ściągając brwi w konsternacji.
-Jesteś największym idiotą jakiego znam - westchnął, kręcąc głową z dezaprobatą. - Spiszcie mi tu swoje najważniejsze dane, ja to załatwię - obiecał, rzucając na stolik notes oraz dwa długopisy. Wyrywając sobie jedną kartkę, począłem zapisywać na niej swoje nazwisko, datę urodzenia i całą resztę informacji widniejącą głównie w różnego rodzaju aktach, podczas gdy Zayn powrócił do przyrządzania naleśników.
-Lou? - zaczął w pewnym momencie Harry, tym samym zwracając na siebie moją uwagę. - Jak brzmi twoje nazwisko? - spytał, nieco się przy tym pesząc, a słodki róż pokrył jego blade policzki.
-Naprawdę nie wiesz? - wypaliłem zaskoczony, na co chłopiec niepewnie pokręcił głową. - Tomlinson - powiedziałem w końcu, za co nagrodzony zostałem czułym uśmiechem.
-Jak ładnie - wymruczał pod nosem zadowolony, powracając do zapełniania swojej kartki.
                   Po upływie kilkunastu minut, stawiając na stole talerz pełen naleśników, Zayn chwycił nasze notatki, po czym opuścił mieszkanie, życząc nam smacznego. Ufając mu na tyle, by nie pytać co dokładnie zamierza zrobić, wraz z Harrym zabraliśmy się za pałaszowanie śniadania. Gdy nasze brzuchy były już pełne (w przeciwieństwie do talerzy), wstawiliśmy brudne naczynia do zlewu, udając się z powrotem do naszej sypialni. Jakież było moje zdziwienie, gdy Zayn napisał do mnie z prośbą wysłania mu zdjęć moich i Harrego. Wzruszając ramionami, poczęliśmy pstrykać sobie głupie fotki, przepełnione zabawnymi minami i całą masą pocałunków, kolejno wysyłając je mulatowi. W pewnym momencie jednak zadzwonił on do mnie, wyjaśniając, iż zdjęcia te potrzebne są do naszych nowych "dowodów" oraz prosząc, byśmy w końcu zrobili choć dwa porządne. Stawiając Harrego na tle białej ściany, odgarniając kosmyk włosów za jego lewe ucho, oraz nie pozwalając mu się uśmiechać, przerwałem panującą w domu ciszę dźwiękiem migawki. Po tym jak przyszła kolej i na mnie, wysłaliśmy Zaynowi efekty naszej pracy, otrzymując w odpowiedzi pochlebną wiadomość, która byłaby zdecydowanie bardziej pochlebna, gdyby tylko odpuścił sobie nazwanie mnie idiotą. W momencie, gdy Harry wyznał, iż w dalszym ciągu czuje się dość słabo, postanowiliśmy wrócić do łóżka, w którym planowaliśmy spędzić cały dzień. Wyrwał nas z niego dopiero powrót Zayna, kilka godzin później. Wpadając na niego w salonie, przywitaliśmy go szerokimi uśmiechami.
-Proszę bardzo - powiedział, niemalże od razu wręczając nam dwa fałszywe dowody. - Nie pytajcie jak to zrobiłem. Przejdźmy do części, w której wielbicie mnie na kolanach - zaśmiał się, wygodnie zasiadając na kanapie.
-Wow, wygląda jak prawdziwy - tchnąłem pełen podziwu, oglądając swój dokument z każdej strony. - Mogę zobaczyć twój? - zagaiłem, rzucając Harremu pytające spojrzenie.
-Nie - wymruczał, energicznie kręcąc głową, by następnie w obronnym geście przyciągnąć plakietkę do piersi.
-Oh, daj spokój - wywróciłem oczyma, wyrywając mu dowód z dłoni. - Harry Edward Tomlinson - przeczytałem na głos, unosząc jedną brew, na co policzki chłopca pokryły się wręcz purpurowym rumieńcem. - Czyli Harry to twoje pełne imię? Nie Harold? Kto by pomyślał - rzuciłem od niechcenia, obojętnym tonem.
-Serio? Tylko to przykuło twoją uwagę?! - zawołał Zayn z niedowierzaniem.
-Przecież żartuję - westchnąłem w kierunku mulata, wywracając oczyma. - Hej, słoneczko - wymruczałem, łapiąc zielonookiego za podbródek, by unieść ku górze jego spuszczoną ze wstydem twarz. - Dlaczego nie podałeś swojego nazwiska? - spytałem najbardziej kojącym tonem głosu, na jaki było mnie stać.
-Nie lubię go - wyznał drżącym głosem, unikając mojego spojrzenia.
-Dlaczego? - delikatnie przetarłem jego policzki kciukami.
-Bo to nazwisko mojego taty, a ja wcale nie chcę go nosić - wykrztusił, bliski łez.
-Hej, już w porządku, przepraszam, że spytałem - szepnąłem, czule całując jego skroń. - Harry Tomlinson brzmi bardzo ładnie - dodałem, posyłając mu ciepły uśmiech.
-Naprawdę? - tchnął nieprzekonany.
-Naprawdę - potwierdziłem, przyciągając go do mocnego uścisku.
-Kocham cię - wymruczał w zagłębienie mojego ramienia.
-Ja ciebie też - odparłem, składając całusa na czubku jego głowy.
-Jesteście uroczy - westchnął rozczulony Zayn, przyglądając nam się rozmarzonym wzrokiem.
-Myślałem, że obrzydliwi - zaśmiałem się, znacząco poruszając brwiami, by w tym samym czasie umieścić dłoń na lewym pośladku Harrego.
-Taaak, jednak obrzydliwi - wycedził zdegustowany, w momencie, gdy brunet westchnął z aprobatą w zagłębienie mojego ramienia.
                   Mimo, iż wraz z Harrym planowaliśmy spędzić dzisiejszy dzień w łóżku, jakimś sposobem skończyliśmy z Zaynem na mieście. Uznając to za idealną okazję, by pożegnać się z mulatem, nie musiał dwa razy przekonywać mnie do wyjścia. Okolica niezwykle spodobała się Loczkowi, który za żadne skarby nie pozwoliłby nam obojętnie minąć plaży, na którą, odnotowałem, powinienem zabierać go jak najczęściej. Nie tylko z powodu jego uwielbienia, ale także śnieżnobiałej skóry, której zdecydowanie nie zaszkodziłoby muśnięcie promieniami słońca. W międzyczasie postanowiliśmy również wstąpić do kwiaciarni, gdzie kupiłem chłopcu bukiet róż. Całując mnie czule w geście podzięki, zabrał się za sprawdzanie, czy aby na pewno żadna z nich nie posiada kolców, by następnie w jedynie sobie znany sposób stworzyć z nich pokaźny wianek.
                   Ponieważ gonił nas czas, wróciliśmy do domu pod wieczór, niemalże od razu przygotowując się do wyjazdu. Wziąwszy szybki prysznic, zwolniłem Harremu łazienkę, samemu wybiegając do pobliskiego sklepu, by zrobić małe zakupy na drogę. Wracając do magazynu z torbami pełnymi jedzenia, począłem wypełniać swój plecak ubraniami, które podczas pobytu u Zayna udało mi się wyprać. Zapinając wszystko na ostatni guzik, rzuciłem okiem na zegar wiszący na ścianie przedpokoju, którego układ wskazówek wyznaczał dokładnie sześćdziesiąt siedem minut do odpłynięcia naszego promu. Ustawiając gotowe bagaże przy drzwiach, zajrzałem do pokoju gościnnego, w którym spodziewałem się zastać Harrego. Musiałem jednak przyznać, iż przywitał mnie nieoczekiwany widok. W stercie swoich ubrań, odziany jedynie w biały t-shirt, czarne bokserki oraz kwiecistą koronę zdobiącą jego wciąż wilgotne po prysznicu loki, siedział brunet ze spuszczoną głową. Dopiero po chwili zorientowałem się, iż mokrej plamy na jego koszulce nie utworzyły krople wody skapujące z jego włosów, lecz łzy, natomiast dźwięk rozbrzmiewający w ciemnym pomieszczeniu był niczym innym, jak żałosnym szlochem. Zaalarmowany rzuciłem się w stronę zielonookiego, ujmując jego twarz w dłonie. Moje zmartwione spojrzenie chłopiec odwzajemnił w niezwykle zbolały sposób, wydobywając z siebie rozpaczliwy jęk.
-Harry, słoneczko, co się stało? Dlaczego się nie pakujesz? Za godzinę odpływa nasz prom, musimy się pospieszyć, jeśli chcemy... - mówiłem w amoku, głaszcząc jego głowę i policzki, lecz moje drżące dłonie wcale nie pomogły mi uczynić z tego kojącego gestu.
-Ale ja nigdzie nie jadę, Lou...

niedziela, 5 października 2014

Rozdział XXVIII

                   Spałem smacznie, otulony ciepłą kołdrą oraz słodkim zapachem Harrego, podczas gdy zegar z kukułką powieszony na ścianie pokoju gościnnego wybił północ. Chłopiec pochrapywał rozkosznie, zatapiając twarz w zagłębieniu mojej szyi, ze swoimi ramionami oplecionymi wokół mojej talii. Jego prawa noga przerzucona pozostawała przez moje biodro, odnajdując swoje miejsce pomiędzy moimi dolnymi kończynami. Skóra bruneta była miękka, a oddech odczuwalny na mojej szyi ciepły i równomierny. Z owego błogiego nastroju wyrwał mnie jednak dźwięk oczekującego na odebranie połączenia telefonu, dobiegający z salonu znajdującego się tuż za ścianą. Starając się go zignorować, mocniej obiąłem Harrego ramieniem, zatapiając twarz w burzy jego kasztanowych loków, pachnących truskawkowym szamponem. Zaciągając się owym aromatem, ucałowałem słodko czubek głowy zielonookiego, na co ten westchnął przez sen w niezwykle rozczulony sposób. Niespodziewanie z pokoju Zayna znajdującego się na wprost naszych, nieco uchylonych drzwi rozbrzmiał przeciągły, zirytowany jęk zagłuszający dzwonienie telefonu.
-Louuuuis! - zawołał brunet, gdy owy dźwięk zamiast ustać, począł stawać się coraz to bardziej nachalny.
-Louis, odbierz to ustrojstwo! - spróbował jeszcze raz, po tym jak postanowiłem go zignorować.
-Nie mogę rozmawiać! - odparłem unosząc głos, który mimo wszystko nadal sprawiał wrażenie zaspanego.
-A to dlaczego?! - prychnął.
-Mam zajęte usta! - rzuciłem pierwsze co przyszło mi do głowy.
-Niby czym?! - parsknął, tym razem nieco sarkastycznie.
-Robię Hrremu dobrze, więc odbierz telefon i nam nie przeszkadzaj! - zawołałem z cichą nadzieją, iż brunet w końcu odpuści. W tamtym momencie poczułem palce siedemnastolatka mocno wbijające się w moje boki oraz jego nieco skrępowany ruch, w którym miednicą subtelnie otarł się o moje biodro. Zmuszając się do uchylenia ciężkich powiek, dostrzegłem świecące w ciemności tęczówki bruneta oraz jego pełne, lekko rozchylone wargi.
-Lou, przecież my nic nie robimy - zwrócił mi uwagę, patrząc na mnie spod wachlarza długich rzęs.
-Ale Zayn nie musi o tym wiedzieć, po prostu nie chciało mi się wstawać - westchnąłem, wywracając oczyma, by następnie je zamknąć.
-Ale Lou... - zaczął, lecz przerwałem mu wpół zdania.
-Jeśli się zamkniesz i pozwolisz mi spać to naprawdę zrobię ci dobrze, gdy tylko się obudzę - wymruczałem, układając się wygodniej na poduszce, na co chłopiec momentalnie opadł na moją klatkę piersiową z cichym "dobranoc" na ustach. Był tak rozkosznie przewidywalny. Typowy napalony nastolatek.
                   Nie zauważyłem nawet, gdy dzwonienie telefonu ustało, zostając zastąpionym przez subtelny szept Zayna. Byłem już blisko krainy snów, gdy niespodziewanie dobiegło mnie ciche pukanie do drzwi.
-Lepiej, żebyście już skończyli, bracia, bo naprawdę nie chcę na to patrzeć, a zamierzam wejść – palnął beznamiętnie, otwierając drzwi.
-Nic nie robimy idioto, idź już spać, jest po północy - westchnąłem zirytowany. Chyba naprawdę nie było mi dane wyspać się tej nocy.
-Ale jest tu ktoś kto chciałby z tobą porozmawiać - oznajmił nieco tajemniczo.
-Co za kretyn dzwoni do mnie w środku nocy i skąd do cholery wie, że u ciebie jestem? - warknąłem, pozostając sceptycznie nastawionym.
-Twoja mama... - odparł brunet, na co momentalnie poderwałem się w miejscu do pozycji siedzącej, tym samym zrzucając ze swojej klatki piersiowej nierozumiejącego nic Harrego.
-Chyba nie mówisz poważnie... - tchnąłem, czując jak cała krew odpływa mi z twarzy.
-Ona wszystko ci wytłumaczy - zapewnił. - Idź do salonu, czeka na linii - dodał, po czym wyszedł nie zamykając za sobą drzwi.
-Lou... - odezwał się nieśmiało zielonooki, delikatnie dotykając mojego ramienia, lecz zignorowałem go, podnosząc się z łóżka.
-Nie teraz, Harry - wycedziłem, kierując się do wyjścia.
-Ale... - ponownie nie było dane mu dokończyć.
-Zostań tu - rozkazałem srogim tonem, dostrzegając kątem oka podążającego za mną chłopca, na co ten zastygnął w miejscu, by po chwili pokornie opaść na łóżko.
                   Na drżących nogach udałem się do salonu, gdzie na stoliku obok kanapy czekał na mnie świecący w ciemności na czerwono aparat. Spoconą, lecz w dalszym ciągu chłodną dłonią chwyciłem słuchawkę, ostrożnie przykładając ją do ucha.
-Halo? - spytałem niepewnie, wstrzymując oddech.
-O mój Boże, Louis, kochanie, mój synku, mój najdroższy, o mój Boże, nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ty - mówiła moja matka w amoku, wyraźnie zalewając się łzami.
-To ja, mamo - odparłem, czując narastającą w moim gardle gulę.
-Tak dawno nie słyszałam twojego głosu, Matko Boska, jak dawno nie widziałam twojej twarzy, proszę kochanie, powiedz mi, czy byłeś w końcu u fryzjera? - mamrotała w dalszym ciągu roztrzęsiona.
-Nie byłem - szepnąłem słabym głosem.
-Że ta grzywka ci nie przeszkadza, cały czas wchodzi ci w oczy - zaśmiała się przez łzy. - Miałeś wpaść na obiad w czwartek, kochanie - dodała miękko po chwili.
-Przepraszam, mamo - wykrztusiłem. - Tak bardzo przepraszam - powtórzyłem, tym razem zalewając się łzami. Nie płakałem często, jednak tym razem najzwyczajniej w świecie nie potrafiłem się powstrzymać.
-Nie szkodzi skarbie, ważne, że jesteś cały. Rozmawiałam z ciocią Karen, tak bardzo się martwiłam, miałeś rozładowany telefon... Codziennie dzwoniłam do Zayna, by spytać czy nie ma z tobą kontaktu i dziś prawie zapomniałam, ale... po prostu nie mogłam tak tego zostawić... nie mogłabym zasnąć ze świadomością, że nie spróbowałam... i dziś Zayn powiedział "tak, przyjechał rano"... Nawet nie wiesz jak bardzo chciałam to usłyszeć i jak bardzo się bałam, że nie będzie mi to dane... - płakała do słuchawki, a ja razem z nią.
-Tak bardzo przepraszam mamo, byłem taki głupi, nie wiem co sobie myślałem, przepraszam, że wyjechałem nic wam nie mówiąc, przeproś też tatę i dziewczynki i... - zachłysnąłem się, sam nie wiedząc czy może łzami, czy też powietrzem.
-Lou, skarbie nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ja i tata... - przerwała mi w pewnym momencie.
-Ja wiem, mamo, ja wszystko wiem, wiem, że się rozwodzicie, widziałem papiery. Ale to w porządku, bo to, że wy nie kochacie się nawzajem nie znaczy, że nie kochacie nas, prawda mamo, prawda? - łkałem, domagając się potwierdzenia.
-Oczywiście, że was kochamy, Lou, jesteście dla nas wszystkim - zapewniła.
-Ale ja wcale się tak nie czułem, mamo. Miałem wrażenie jakbym nie zostawiał niczego w tyle, rozumiesz? Tak bardzo przepraszam - odparłem, czując narastające we mnie poczucie winy i zrezygnowania.
-O mój Boże... - zapłakała, lecz zagłuszyło ją jej pękające na pół serce.
-Przepraszam mamo, ale to nie twoja wina, moja też nie, niczyja, albo wręcz wszystkich tak samo... ja.... ja sam już nie wiem. Po prostu przepraszam, w porządku? Za wszystko. Za to jaki byłem, za to, że was zawiodłem, za to, że uciekłem, za to, że dałem wam kolejny powód do zmartwień, za to, że padł mi telefon, za to, że nie obciąłem grzywki i... - urwałem biorąc głęboki wdech, jednocześnie przeczesując włosy palcami wolnej ręki.
-Nie przepraszaj skarbie, to ja przepraszam, powinniśmy byli zauważyć, że nie czujesz się dobrze i wspierać cię bardziej, gdy nie układało ci się po twojej myśli, jesteśmy twoją rodziną, to nasz obowiązek, który zaniedbaliśmy - mówiła drżącym głosem.
-Kocham cię, mamo - wyznałem, czując się niczym pięcioletnie dziecko.
-Ja ciebie też, Louis, najmocniej na świecie. Proszę cię, wróć do domu, nie bój się, nikt nie jest na ciebie zły, tęsknimy. Po co ten cały Paryż? Wróć do nas, razem coś wymyślimy - prosiła najczulszym tonem głosu, na jaki było ją stać.
-Ja... chciałbym wrócić... - zacząłem obracając się wokół własnej osi, gdy niespodziewanie w progu salonu dostrzegłem wielkie, wpatrujące się we mnie, zaszklone łzami, szmaragdowe tęczówki. Harry stał na wprost mnie w swojej tradycyjnie zbyt ciepłej piżamie, którą uparcie nosił każdej nocy, zupełnie jakoby obawiał się, iż któregoś dnia w magiczny sposób jego siniaki ponownie pojawią się na jego ciele oraz roztrzepanych od snu lokach. Prócz łez w oczach miał całe mnóstwo bólu i pytań bez odpowiedzi, których nie mogłem udzielić mu w obecnej chwili.
-Harry, wróć do sypialni - rozkazałem, lecz srogi ton mego głosu rozmył szloch. Nie chciałem, by brunet widział jak płaczę, albowiem pragnąłem zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa, a te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczały.
-Louis z kim rozmawiasz? Czy to ten chłopiec, o którym wspominała ciocia Karen? Kim on jest? Louis? - ze słuchawki dobiegł mnie głos mojej matki, który zignorowałem w dalszym ciągu płacząc otwarcie na wprost zielonookiego, który przyglądał mi się z mieszanką strachu i rozczarowania.
-Harry, błagam cię, idź stąd, to nie twoja sprawa, w porządku? Nie podsłuchuj - szlochałem, nie będąc w stanie się uspokoić.
-Lou, ja nie chcę wracać do domu - odezwał się niespodziewanie brunet, również wybuchając płaczem.
-Louis, co tam się dzieje? - pytała moja mama, równie zmartwiona co zdezorientowana.
-Harry, oddaj mi to! - zawołałem, gdy chłopiec niespodziewanie zmniejszył dystans między nami, wyrywając mi z dłoni słuchawkę telefonu.
-Dobry wieczór - powiedział, przełączając rozmowę na głośnik, zapewne wiedząc, iż nie pozwoliłbym mu na to, nie wiedząc co dzieje się po drugiej stronie linii.
-Dobry wieczór - odparła kobieta, nieco zmieszana.
-Dlaczego jest pani niemiła dla Lou? - spytał, starając się powstrzymać cisnące się do jego oczu łzy.
-Jestem jego mamą, nie mogę być dla niego niemiła - odparła natychmiast.
-Pani kłamie! Moja mam była niemiła! - oburzył się brunet, zacieśniając uścisk swojej drżącej dłoni na słuchawce telefonu.
-A co na to twój tata? - przejęła się, brzmiąc na zaniepokojoną.
-Gdy ostatnio rozmawiałem tak późno przez telefon, podbił mi oko słuchawką, żeby mnie tego oduczyć. Tylko rozpieszczone bachory rozmawiają w nocy przez telefon - wyznał, krztusząc się słowami dokładnie tak samo, jak w dniu, w którym wyjawił mi całą prawdę na temat swoich rodziców.
-Moje biedactwo... - westchnęła mama, słyszalnie rozbita.
-Nie odpowiedziała pani na moje pytanie - zwrócił jej uwagę, widocznie nie chcąc ciągnąć tematu.
-Nie jestem niemiła dla Lou, ja tylko.... - zaczęła, lecz chłopiec przerwał jej wpół zdania.
-Ale on płacze, on nigdy nie płacze, proszę pani. On zawsze jest dzielny i się mną opiekuje, gdy ja płaczę, bo ja płaczę trochę za dużo, w czasie, gdy on trzyma fason - mówił nieskładnie, ocierając łzy spływające po jego bladych policzkach.
-Oboje płaczemy, chłopcze, ja po prostu chcę mojego syna z powrotem - odparła, nie wytrzymując nagromadzających się w niej emocji.
-W porządku, ale czy nie mógłbym go sobie wziąć? Bo ja nigdy nie dostawałem tego czego chcę, a teraz mam Louisa i było naprawdę miło zanim pani zadzwoniła - powiedział prosto z mostu.
-Proszę cię, daj mi Louisa do telefonu - szepnęła po chwili ciszy zrezygnowana.
-Ale ja tak bardzo go kocham, dlaczego jest pani taka samolubna, nie możemy się nim podzielić? Proszę? - zapłakał, będąc w kompletnej rozsypce. Nie mogąc dłużej na to patrzeć, porwałem go w ramiona, przyciągając do najmocniejszego uścisku jaki dane nam było dzielić.
-Ja chciałbym wrócić.... ale nie mogę, po prostu nie mogę, widzisz czemu, mamo? - szlochałem do telefonu, w dalszym ciągu tuląc do siebie bruneta.
-Rozumiem, mój Boże, rozumiem... Po prostu obiecaj mi, że jeszcze cię zobaczę, nie zostawiaj mnie tak, w porządku? - odparła starając się być wyrozumiała i powstrzymać płacz.
-Nie będę w Paryżu wiecznie, jak tylko będę miał możliwość to cię odwiedzę, obiecuję mamo, ale rozumiesz dlaczego nie mogę wrócić, prawda? Nie jesteś na mnie zła? - postanowiłem się upewnić.
-Nie, kochanie, nigdy nie byłam z ciebie bardziej dumna - rozkleiła się, tym samym wywołując kolejny potok łez u mnie.
-Boże... - zapłakałem.
-Jak ten skarbeniek, z którym rozmawiałam ma na imię? - spytała po chwili.
-Harry - wychrypiałem w odpowiedzi.
-Harry, kochanie, nie będę samolubna i pożyczę ci Louisa, ale musisz mi obiecać, że będziesz kochać go tak mocno jak ja i że kiedyś mi go oddasz, chociaż na chwilkę - zwróciła się do Loczka.
-Obiecuję - odparł bez zająknięcia. - Jest pani taka kochana - dodał, na co mimowolnie wyciągnąłem wargi w słabym uśmiechu.
-Idźcie spać, misiaczki, zadzwonię za kilka dni - szepnęła po chwili.
-Naładuję Lou telefon - wtrącił Harry.
-A ja obetnę grzywkę - dodałem, na co wszyscy zaśmiali się cicho.
-Dobranoc - pożegnała się kobieta.
-Dobranoc - odparliśmy w tym samym momencie.
-Tak bardzo się cieszę, że nic ci nie jest, Louis - powiedziała bliska łez, niemalże od razu się rozłączając, po czym w pokoju zapanowała grobowa cisza.
                   Przez chwilę staliśmy tak, trzymając się w objęciach, słysząc jedynie bicie naszych serc oraz świst przyspieszonych oddechów. Jako pierwszy odsunąć się postanowiłem ja. Chłopiec obdarzył mnie wtedy smutnym spojrzeniem, które przepędziłem za pomocą czułego pocałunku. Żadnego lizania, przygryzania, czy walczących języków. Jedynie wargi na wargach oraz moja dłoń na jego sercu.
-Lou, zapal proszę światło, nie widzę jak na mnie patrzysz, a ja muszę wiedzieć - wyszeptał po chwili chłopiec, owiewając moje usta swoim ciepłym oddechem, zupełnie jakoby obawiał się, iż mógłbym się na niego gniewać.
-Haz, jestem kompletnie zalany łzami i czuję się strasznie upokorzony, bo widziałeś mnie płaczącego jak małe dziecko i patrząc na ciebie widzę praktycznie czarną plamę, ale mimo wszystko patrzę ładnie, ponieważ dzisiaj doszedłem do wniosku, że chyba nawet już nie umiem inaczej - odparłem równie cicho, czując dłoń bruneta kreślącą abstrakcyjne wzory na moim ramieniu.
-Jestem śpiący, Lou - odpowiedział jedynie, potwierdzając swoje słowa przeciągłym ziewnięciem.
-Chodź, położę cię spać, słoneczko - zaproponowałem.
-Lubię, gdy mnie tak nazywasz. Nigdy nie byłem niczyim księciem ani słoneczkiem. Książęta i słońca są ważni. Ja nigdy dla nikogo nie byłem. Przynajmniej nie tak jak oni dla mnie - wyznał, splatając ze sobą nasze dłonie, a ja postanowiłem porozmawiać z nim o tym rano.
-Jako mój Mały Książę jesteś ważny, słoneczko. Przynajmniej dla mnie - szepnąłem, prowadząc go z powrotem do sypialni i choć było ciemno, mógłbym przysiąc, iż jego wargi zdobił delikatny uśmiech.
                   Wchodząc do ciemnego pokoju, oświetlonego jedynie blaskiem księżyca, ułożyłem Harrego na posłaniu, szczelnie okrywając go kołdrą. Kładąc się tuż obok niego, pozwoliłem chłopcu wtulić się w mój bok, po czym czule ucałowałem czubek jego głowy, szepcząc ciche "dobranoc". Wpatrując się w sufit, słuchałem jak oddech bruneta uspokaja się, a spomiędzy jego warg poczynają wymykać się słodkie westchnienia, które z czasem przeobraziły się w rozkoszne pochrapywanie stłumione przez materiał mojej koszulki. Mimo, iż byłem równie śpiący co on, myśli kłębiące się w mojej głowie skutecznie ściągały sen z mych powiek. Dzisiejszy dzień pełen był wzlotów i upadków. Zaczął się niezbyt pomyślnie, by następnie przynieść ze sobą najlepsze chwile mojego życie oraz zakończyć się z wielkim hukiem. Dopiero telefon od mamy pomógł mi uświadomić sobie jak wielką krzywdę wyrządziłem mojej rodzinie, wyjeżdżając bez słowa oraz nie dając znaku życia przez kolejne trzy tygodnie. Bałem się w ogóle pomyśleć co przeżywała moja rodzicielka w owym czasie.
                   Będąc pewnym, iż tej nocy niedane mi będzie zasnąć, ostrożnie wyswobodziłem się z uścisku Harrego, po cichu podnosząc się z łóżka. Poruszając się na palcach, opuściłem pokój gościnny, zamykając za sobą drzwi. Następnie udałem się do kuchni, gdzie napełniając szklankę wodą, wypiłem ją do dna w drodze do salonu. Ułożywszy się wygodnie na kanapie, westchnąłem dyskretnie, chowając twarz w dłoniach. Cóż, miałem nie myśleć o tym co przeżywała moja rodzicielka, lecz wcale nie było to takie łatwe. W tamtym momencie marzyłem tylko o tym, by wsiąść w pierwszy, lepszy pociąg i rzucić jej się do stóp z przeprosinami. Ni stąd ni zowąd poczęło mi również brakować donośnych śmiechów i krzyków moich młodszych sióstr, które jeszcze miesiąc temu doprowadzały mnie do białej gorączki. Nie było jednak mowy o tym, bym wrócił do domu. Nie teraz, nie w tej sytuacji, nie póki miałem Harrego. Przez całe życie byłem egoistycznym samolubem i gdy w końcu dostałem od losu szansę przełożenia czyjegoś dobra nad swoje własne, nie zamierzałem jej zmarnować. W tamtym momencie byłem w stanie zrobić dla chłopca wszystko, tak długo jak nagrodą był jego szczery uśmiech. Tej nocy myślałem dużo. Nawet zbyt dużo. W końcu jednak, nawet nie zdając sobie z tego sprawy odpłynąłem do krainy snów z podjętą i dobrze przemyślaną decyzją. "Zrobię wszystko, byle tylko Harry był szczęśliwy".
                 O poranku obudził mnie miękki głos Zayna oraz uczucie jego dłoni spoczywającej na moim ramieniu. Unosząc ciężkie powieki, dostrzegłem pochylającego się nade mną z kubkiem zielonej herbaty mulata, który wielokrotnie powtarzał moje imię.
-Obudź się, bracie. Zajmujesz całą kanapę, nie mam gdzie usiąść - powiedział następnie, na co ja zaśmiałem się cicho.
-Jaka urocza pobudka - odparłem sarkastycznie, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Trzeba było spać w łóżku, a nie na kanapie, to może Harry lepiej by o nią zadbał - droczył się ze mną, zajmując miejsce na kanapie.
-Nie mogłem zasnąć, nie chciałem mu przeszkadzać - odparłem, ziewając przeciągle.
-Rozumiem. A jak tam z twoją mamą? - spytał, upijając łyk swojej herbaty.
-Emocjonalnie - udzieliłem wymijającej odpowiedzi, wzruszając ramionami.
-Słyszałem wasz płacz - zaśmiał się, kręcąc głową z rozbawieniem.
-Oh, zamknij się, to nie jest zabawne - szturchnąłem go łokciem, lecz sam również nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu cisnącego się na moje wargi.
                   Niespodziewanie w progu salonu stanął Harry. Jego włosy były roztrzepane, piżama zwichrzona, a puste oczy podkrążone. Przez chwilę chłopiec wpatrywał się w nas obojętnie, by następnie przenieść wzrok na kubek Zayna. Odgarniając kilka niesfornych loków z twarzy, podrapał się po policzku, przerywając panującą pomiędzy nami ciszę.
-Mogę dostać coś do picia? - poprosił, brzmiąc przy tym niepokojąco słabo.
-Jasne, weź sobie z kuchni - odparł mulat z ciepłym uśmiechem na ustach, którego brunet nie był w stanie odwzajemnić.
-Na pewno mogę? - postanowił się upewnić, nieśmiało ruszając w stronę drzwi.
-Oczywiście, czuj się jak u siebie w domu - rzucił uprzejmie, upijając kolejny łyk herbaty.
-Jak w domu? - powtórzył Harry drżącym głosem, a ja poczułem, iż nie wyniknie z tego nic dobrego.
-Tak? - odparł zmieszany Zayn.
-W porządku - tchnął Loczek, pokonując próg kuchni, a ja momentalnie poderwałem się z kanapy, ruszając za nim. Przyglądając się owej scenie ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy, mulat uczynił to samo, stając obok mnie. Zanim jednak zdążyliśmy go powstrzymać, Harry wyciągnął z szafki szklankę, którą z zimną krwią upuścił na ziemię, patrząc jak rozbija się na drobne kawałeczki.
-O mój Boże, tak bardzo przepraszam - jęknął z faktyczną skruchą. Zayn otwierał już usta, zapewne, by powiedzieć, że nic się nie stało, gdy nagle brunet postanowił kontynuować.
-Przepraszam? Przepraszam? Myślisz, że to twoje pieprzone przepraszam odkupi szklankę, na którą pracowałem w pocie czoła?! - mówił chłopiec, nieco zniżając ton.
-Nie... Przepraszam, ja nie chciałem - wykrztusił, powracając do swojego zwykłego głosu.
-Ja też nie chciałem mieć za syna takiego cholernego nieudacznika, który psuje wszystko czego się dotknie, ale jakimś cudem skończyłem tu z tobą! - uniósł się, kontynuując swój podzielony na role monolog, w czasie, gdy ja i Zayn przyglądaliśmy się mu w osłupieniu, kompletnie nie mając pojęcia co ze sobą począć.
-Przepraszam, tato, to było niechcący - tchnął, kuląc się w sobie, by po chwili uronić pierwszą łzę.
-Niechcący? Nawet się nie waż drugi raz błagać matki na kolanach o jedzenie, bo nawet gdyby się nad tobą zlitowała to nie miałaby ci go na czym podać, jeśli do tego czasu zdążysz zniszczyć wszystkie talerze! Co jest z tobą nie tak? Jesteś jakimś niedorozwojem, czy tłuczenie naczyń to twoje nowe hobby?! Chyba dawno nie miałeś złamanej ręki, co?! - krzyczał, lecz obniżenie głosu uniemożliwił mu wstrząsający jego ciałem szloch.
-Przepraszam, ja ją odkupię, naprawdę, przepraszam - płakał otwarcie, zaciskając pięści w swoich włosach.
-Odkupisz? Nie rozśmieszaj mnie! Skąd niby weźmiesz na to pieniądze?! Spróbuj tylko zacząć żebrać albo się sprzedawać, a następnym raz zatłukę cię na śmierć jak psa, którego zdecydowanie wolałbym mieć zamiast ciebie! Już wystarczający wstyd przyniosłeś mojej rodzinie! - wrzeszczał przez łzy.
-Ale tato, to tylko szklanka, przepraszam, że ją stłukłem, to był wypadek - płakał, krztusząc się słowami.
-Wypadek? A czy jeśli stłukę ci kolejną na tej parszywej mordzie, to też będzie wypadek?! - wypluł z obrzydzeniem.
-Tato, proszę, nie - jęknął, zalewając się potokiem łez. Następnie wyciągnął z szafki kolejną szklankę, zawieszając rękę w powietrzu, zupełnie jakoby przymierzał się do rozbicia jej o własną głowę. Zaalarmowany szybko podbiegłem do chłopca wyrywając mu ją z drżącej dłoni, po czym odstawiając ją na blat, przyciągnąłem bruneta do mocnego uścisku.
-Harry, już wystarczy! - zawołałem przerażony, tuląc go do siebie z całej siły, gdy ten starał się za wszelką cenę dosięgnąć szklanki.
-Nie, jeszcze "A teraz posprzątaj tu, sukinsynu" - zapłakał, w dalszym ciągu mi się wyrywając.
-Nie to Zayn miał na myśli mówiąc, żebyś czuł się jak w domu - powiedziałem, trzymając go mocno, by nie pokaleczył się o odłamki szkła rozrzucone się po podłodze w czasie, gdy mulat zabrał się za ich zamiatanie.
-Ale tak było w domu i skoro mam wrócić to powinienem już zacząć się przyzwyczajać - wykrztusił, dusząc się łzami, w końcu poddając się i obejmując mnie ramionami.
-Przecież nigdzie nie wracasz, słoneczko - starałem się go uspokoić, czule gładząc jego plecy.
-Ale wczoraj mówiłeś, że chcesz wrócić... - szepnął ledwie słyszalnie.
-Mówiłem też, że nie mogę. Obiecałem, że zabiorę cię do Paryża i to właśnie zmierzam zrobić, bo ja... - zapewniłem.
-...bo ty dotrzymujesz obietnic... - dokończył w moim imieniu brunet.
-Właśnie - wymruczałem, czule całując jego skroń.
-Ale wszystkich? - postanowił się upewnić.
-Oczywiście - odparłem, jednak odniosłem wrażenie, jakoby jeszcze bardziej go to dobiło. - Już wszystko w porządku? - spytałem po chwili z troską wymalowaną na twarzy.
-Nie. Nigdy nie było, nie jest i nie będzie, bo ja nie jestem w porządku - ponownie wybuchnął płaczem.
-Harry, nie mów tak... - westchnąłem, czując jak moje serce rozsypuje się na drobne kawałeczki.
-Ale gdyby tak nie było to nie zostawiłbyś mnie dziś w nocy. Dlaczego kazałeś mi spać samemu, Lou? - załkał w zagłębienie mojego ramienia i nagle wszystko stało się dla mnie jasne.
-O mój Boże, tak bardzo przepraszam, nie mogłem zasnąć i nie chciałem ci przeszkadzać, zupełnie zapomniałem o... Jezus Maria, Harry, tak strasznie mi przykro... - mruczałem na wprost jego skóry, całując kolejno jego szyję, policzki oraz żuchwę i linię szczęki. - Znów miałeś ten sen? - spytałem, na co ten słabo skinął głową. - Przepraszam, słoneczko, zupełnie o tym zapomniałem, ale to był tylko sen, jestem tu z tobą i wszystko jest już w porządku. Możesz się dla mnie uśmiechnąć? - jęknąłem błagalnym tonem, lecz chłopiec zignorował moją prośbę. - Nie pamiętasz już czemu nazywam się słoneczkiem? - spytałem, unosząc jedną brew. Nie mogąc dłużej wytrzymać, brunet wyciągnął wargi w lekkim, jednakowoż szczerym uśmiechu, spoglądając na mnie przez łzy. - Wyglądasz lepiej, gdy się uśmiechasz - szepnąłem, składając na czubku jego nosa słodkiego całusa.
-Patrzysz na mnie ładniej, gdy się uśmiecham - wychrypiał w odpowiedzi, ponownie się we mnie wtulając.