środa, 8 października 2014

Rozdział XXIX

                   Po tym jak udało mi się nieco uspokoić Harrego, rozluźniając swój uścisk, zaprowadziłem go do salonu, gdzie sadzając go na kanapie, podarowałem mu czuły pocałunek, który ten z wdzięcznością odwzajemnił. Oderwawszy się od chłopca, po raz ostatni musnąłem wargami kącik jego ust, by następnie odgarnąć zabłąkane na jego mokrej od łez twarzy loki. Wykończony swoim nadmiernym wybuchem emocji, podziękował mi lekkim cieniem słabego uśmiechu. Siadając w jej rogu, poleciłem chłopcu, by położył się na sofie, układając głowę na moich kolanach. Nie musiałem dwa razy powtarzać, gdyż zielonooki już po chwili zwinięty w kłębek na moim podołku, ugniatał w palcach materiał moich spodni. Delikatnie głaszcząc ramię bruneta, by dodać mu nieco otuchy, obserwowałem Zayna dołączającego do nas wraz z ciepłym kocem, którym w czułym geście okrył Harrego. Zielonooki zareagował na to jedynie rozkosznym ziewnięciem, które stłumił tkaniną, mocno się w nią wtulając.
-Zdrzemnij się, słoneczko - szepnąłem, wplatając dłoń w jego włosy, na co ten westchnął z aprobatą.
-Chcę buzi na dobranoc. Mogę? - poprosił, podnosząc na mnie swoje zmęczone spojrzenie. Nie mając serca mu odmówić, pochyliłem się nad chłopcem, łącząc nasze wargi w słodkim pocałunku. Usatysfakcjonowany opadł z powrotem na mój podołek, układając się w wygodnej pozycji do snu.
                   Nim się obejrzałem, ciche pomieszczenie wypełnił dźwięk rozkosznego pochrapywania bruneta. Nie zaprzestając czułego gładzenia jego włosów, spojrzałem na siedzącego na wprost mnie Zayna. Poprawiając się w fotelu, mulat odwzajemnił moje spojrzenie, przenosząc je to raz na zielonookiego, to raz na mnie. Jego twarz wypełniał wyraz zdezorientowania wymieszanego z lekką nutą niepokoju. W końcu jednak postanowił przerwać panujące pomiędzy nami milczenie, przecierając swoją twarz dłońmi w zakłopotaniu.
-Mógłbyś mi do jasnej cholery wytłumaczyć co tu się właśnie stało? - spytał, starając się utrzymać nerwy i zbyt głośny ton na wodzy, mimo, iż na co dzień był on dosłowną oazą spokoju.
-Cóż... Harry miał gorszą noc - odparłem niechętnie.
-Zdążyłem zauważyć - prychnął sarkastycznie. - Jesteś pewien, że wszystko z nim w porządku? - spytał po chwili.
-Nie, niekoniecznie. Ostrzegałem cię, że nie miał w domu lekko. Dzieci z patologicznych rodzin bywają dość... wybuchowe i emocjonalne, tak sądzę. Powiedziałbym ci coś więcej na ten temat, jednak moja kariera psychologa skończyła się po pierwszym roku studiów, który spędziłem w większej mierze w pubach niż nad książkami - wyjaśniłem, lekko wzruszając ramionami.
-Patologicznych rodzin? - powtórzył głucho Zayn.
-To naprawdę długa historia, proszę, nie każ mi jej opowiadać. To wszystko i tak nie przeszłoby mi przez gardło - westchnąłem, przymykając powieki.
-W porządku - skinął głową ze zrozumieniem, posyłając mi nieprzeniknione spojrzenie.
-Co znowu kombinujesz? - spytałem podejrzliwie, zaniepokojony niezidentyfikowanym błyskiem w jego oku.
-Hej, niczego nie kombinuje! - zawołał w obronnym geście. - Ale tak jakby chcesz mi powiedzieć, że Harry jest chodzącym kłębkiem nerwów? - zaczął, spoglądając na mnie z zadziornym uśmiechem.
-Użyłbym raczej określenia "tykająca bomba zegarowa", ale niech będzie. Nadal jednak nie wiem do czego zmierzasz... - tchnąłem, odwzajemniając jego spojrzenie spod ściągniętych brwi.
-Nie sądzisz, że Harry powinien się trochę... wyluzować? - rzucił niby od niechcenia.
-Sądzę...? - wykrztusiłem niepewnie.
-Bo wiesz, tak się składa, że znam na to pewne sposoby... - odparł na tyle sugestywnie, by dotarła do mnie prawdziwa istota jego słów.
-Chyba nie mówisz poważnie! Nie ma mowy! - oburzyłem się, karcąc go spojrzeniem.
-Oh, daj spokój, będzie fajnie - przekonywał mnie Zayn.
-Stary, on ma siedemnaście lat - warknąłem.
-Przypomnieć ci co my robiliśmy w wieku piętnastu? - uniósł jedną brew.
-To co innego - tchnąłem, zaciskając szczękę, na co chłopak wywrócił oczyma.
-Jesteś zwyczajnie przewrażliwiony na jego punkcie - westchnął zrezygnowany.
-Wcale nie, po prostu się o niego troszczę - odwróciłem wzrok, szczelniej obejmując Harrego ramieniem.
-Rozumiem, że chcesz zapewnić mu to czego nie miał w domu? - spytał, a ja skinąłem głową w dalszym ciągu na niego nie patrząc. - Więc powinieneś pozwolić mu nieco się zabawić. Takie jest moje zdanie - rzucił, nonszalancko wzruszając ramionami.
-Dlatego ja jestem byłym studentem psychologii, a ty artystą-hipisem mieszkającym w starym magazynie - prychnąłem ironicznie.
-Jednak koniec końców mnie nie wyrzucono z uczelni i mam jakikolwiek dach nad głową - odgryzł się podobnym tonem.
-Wow, widzę, że robimy się niepotrzebnie złośliwi? - rzuciłem, wytykając mu język.
-Przepraszam, bracie. W każdym razie ja nie byłem na haju od kilkunastu godzin i muszę coś zapalić zanim stanę się poważnym młodym, człowiekiem - ostatnie słowa wypowiedział wręcz z obrzydzeniem.
-I nawet mnie nie poczęstujesz? - jęknąłem, wzorkiem odprowadzając Zayna do kuchni.
-Myślałem, że... - zaczął, lecz uprzedziłem jego pytanie, odpowiadając na nie.
-Rozmawialiśmy o Harrym, z tego co pamiętam o mnie nie było mowy - rzuciłem z zadziornym uśmiechem, który mulat odwzajemnił.
-No i to jest Louis, którego znam! - zawołał uradowany, znikając w drugim pomieszczeniu.
                   Do salonu wrócił po niespełna piętnastu minutach, niemalże siłą wciskając mi między wargi jointa, którego podpalił zapalniczką trzymaną w drugiej dłoni. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia co dokładnie zawierał, ani jak silny był owy narkotyk, lecz jak zwykle postanowiłem zdać się na Zayna, który w sprawach tego typu posiadał niezaprzeczalnie większe doświadczenie. Delektując się wciąganym do płuc dymem, okręcałem wokół palca pojedyncze loki bruneta, smacznie drzemiącego na moim podołku. Zafascynowany tym jak z każdą minutą wszystko zdaje się być coraz to bardziej zabawne, rozpocząłem z Zaynem konwersację na temat niebieskich krów, która w tamtym momencie wydała mi się być znacznie bardziej inteligentna niżeli dnia poprzedniego. Głownie składała się ona jednak z wyrwanych z kontekstu zdań, absurdalnych argumentów oraz ogromnej porcji śmiechu. Wypuszczając dym spomiędzy moich warg, obserwowałem jak tworzy on siwą aureolę unoszącą się ponad moją głową.
-Hej, Zayn, myślisz, że Święty Mikołaj mnie kocha? - spytałem w pewnym momencie, zupełnie poważnie, posyłając brunetowi zmartwione spojrzenie.
-Nie ma mowy, bracie. Gdy byłem młodszy co roku obsypywał mnie prezentami, to musiało coś znaczyć - odparł, postanawiając złamać moje serce.
-To nie fair, znajdź sobie dziewczynę czy coś - jęknąłem.
-Nie stać mnie na dziewczynę, ani na Świętego Mikołaja. Tacy jak oni lubią prezenty, a ja muszę zbierać na dragi i własną, niebieską krowę - oświadczył, wypuszczając przy tym całą chmurę dymu.
-Lubię krowy. Harry też. Myślisz, że to przeznaczenie? - zachichotałem niczym trzynastolatka, zakrywając usta dłonią.
-Myślę, że będziecie mile widziani na mojej farmie - odparł, po czym niespodziewanie wystawił język, dotykając nim czubka nosa.
                   Ni stąd ni zowąd Harry począł niespokojnie wiercić się na moim podołku, wyraźnie się rozbudzając. Ziewając przeciągle, uchylił ciężkie powieki, przecierając jedną z nich zwiniętą w piąstkę dłonią. Unosząc się nieco na łokciach, spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem, omiatając spojrzeniem moją roześmianą twarz oraz trzymanego w dłoni jointa. Na widok tego drugiego, otrząsnął się z resztek snu, sprawiając wrażenie jakoby jego oczy planowały wypaść ze swych orbit.
-Lou, co ty wyprawiasz?! - pisnął zszokowany.
-Rozmawiam z Zaynem - odparłem, posyłając mu nieco nieporządny uśmiech.
-Ale czemu palisz?! Papierosy są niezdrowe! Nie chcę, żebyś się rozchorował! - mówił przejęty, potrząsając moim ramieniem.
-To nie jest papieros - zaśmiałem się.
-Więc to jest... - urwał, spoglądając na mnie z niedowierzaniem. - Ale Lou! - jęknął, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Nie czekając aż chłopiec zdecyduje się kontynuować, po raz ostatni zaciągając się skrętem, wpiłem się w wargi chłopca, całując go tak mocno jak tylko byłem w stanie. Nieco zdezorientowany, lecz zawsze chętny brunet oddał pieszczotę z podobną gorliwością, pozwalając mojej dłoni wśliznąć się pomiędzy jego uda. Odrywając się ode mnie z głośnym jękiem, chłopiec z fascynacją i szeroko rozchylonymi wargami, obserwował wydobywającą się z nich smugę dymu. Biorąc do płuc głęboki wdech czystego powietrza, skierował na mnie spojrzenie swoich lśniących podnieceniem tęczówek. Mimo, iż jeszcze chwilę temu był jej przeciwny, nagle wydał się być niezwykle zauroczony wizją swojego chłopaka z jointem. Po raz kolejny zaciągając się narkotykiem oraz pozwalając siwemu obłokowi wymknąć się spomiędzy moich warg, czułem jak z każdą chwilą między nogami Harrego zaczyna brakować miejsca dla mojej spoczywającej tam dłoni.
-Aż tak ci się to podoba? - zaśmiałem się, głaszcząc delikatnie wybrzuszenie widniejące w jego spodniach, na co ten jęknął przeciągle, przygryzając dolną wargę.
-Lou, przestań - tchnął, rzucając przelotne spojrzenie w kierunku Zayna, który szczerze mówiąc nie wydawał się być zbytnio przejęty rozgrywającą się tuż na wprost niego sceną.
-Wiesz co mam ochotę ci teraz zrobić? - szepnąłem wprost do ucha bruneta zmysłowym tonem.
-Lou, Zayn patrzy - upomniał mnie łamiącym się głosem, lekko ocierając się o moją dłoń.
-Mam... ochotę... zrobić... ci... - mruczałem na wprost jego skóry, pomiędzy składanymi na niej pocałunkami. - …naleśniki.
-Naleśniki? - zdziwił się, lecz w tonie jego głosu dostrzegłem nutkę rozczarowania.
-Naleśniki - powtórzyłem, skinąwszy głową, po czym po raz kolejny zaciągnąłem się skrętem.
-Umiesz gotować? - spytał niepewnie, w dalszym ciągu nie mogąc oderwać ode mnie wzroku.
-Absolutnie nie - odparłem, posyłając mu szeroki uśmiech.
-Lou, głupio się zachowujesz - zwrócił mi uwagę, przygryzając dolną wargę.
-Jesteś taki słodki - wypaliłem niespodziewanie, łapiąc go za nos. Wyrwawszy się z mojego uścisku, chłopiec posłał mi zdezorientowane spojrzenie spod ściągniętych brwi. Nie czekając na jego pozwolenie, umieściwszy skręta pomiędzy wargami, przyciągnąłem zielonookiego bliżej siebie. Oplatając sobie jego ramiona wokół szyi, chwyciłem go pod udami, podnosząc się z kanapy. Obawiając się upadku, Harry wtulił się mocno w moją pierś, czekając cierpliwie aż zaniosę go do kuchni, gdzie usadziłem go wygodnie na jednym z blatów.
-Potrzymaj - poleciłem, wręczając mu mojego skręta, którego ten przyjął, przyglądając mi się wielkimi oczyma. Ignorując jego spanikowane spojrzenie, wróciłem do salonu, łapiąc Zayna za nadgarstek. - Chodź, Zaynie, zrobimy naleśniki! - zawołałem, ciągnąc go w swoją stronę niczym pięcioletnie dziecko proszące mamę o nową zabawkę. Niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, iż nie byłem wtedy sobą. Śmiejąc się równie niepohamowanie i histerycznie co ja, mulat pozwolił mi zaprowadzić się do kuchni, gdzie w dalszym ciągu czekał na nas Harry.
-Hej, Lou, ale ja nie mam patelni - powiedział niespodziewanie Zayn, zupełnie jakoby właśnie opowiadał najlepszy na świecie kawał.
-Jakoś sobie poradzimy - zaśmiałem się, wyciągając z jednej z szafek metalowy garnek. Niespodziewanie dobiegł nas odgłos potężnego kaszlu. Instynktownie odwracając się w kierunku źródła dźwięku, dostrzegłem duszącego się Harrego, który bijąc się w pierś otwartą dłonią, wypluwał kolejne smugi dymu. - Harry, jesteś idiotą - wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem, widząc lśniące od łez tęczówki bruneta. W każdym innym przypadku zapewne zmartwiłbym się, pytając czy wszystko w porządku, lecz wtedy wydało mi się to być wręcz nad wyraz zabawne.
-Ja... chciałem tylko spróbować - odparł nieśmiało, odkasłując.
-Jak wypalisz to do końca to kupię wieczorem patelnię i jutro z samego rana usmażę wam na śniadanie naleśniki - zaproponował Zayn.
-Mogę, Lou? - poprosił, spoglądając na mnie oczyma szczeniaczka.
-Tylko pod warunkiem, że będą to naleśniki z mleka niebieskich krów - odparłem zupełnie poważnie, będąc zbyt na haju, by wykrzesać z siebie choć odrobinę zdrowego rozsądku i moralności. Składając mi obietnicę, której zapewne nie dotrzyma (w końcu skąd miałby wziąć mleko niebieskich krów, lub choćby samą niebieską krowę?) Zayn pokazał Harremu jak prawidłowo zaciągnąć się jointem, którego trzymał w dłoni. Przyglądając mu się uważnym wzrokiem, chłopiec skopiował jego gest, ponownie dostając napadu duszności. Podchodząc bliżej niego, ująłem jego zarumienione policzki w dłonie, delikatnie przecierając je kciukami. - Słoneczko, spokojnie, to tylko skręt - szepnąłem najbardziej kojącym tonem głosu, na jaki było mnie stać, dostrzegając mieszankę poirytowania z zażenowaniem wymalowaną na twarzy Harrego. Dając mu czułego całusa na zachętę, przeniosłem swoje ręce na jego uda, przyglądając mu się w oczekiwaniu. Drżącą dłonią ponownie umieścił jointa między swoimi pełnymi wargami, delektując się dymem wypełniającym jego płuca, który już po chwili w postaci siwej smugi opuścił jego usta, buchając prosto w moją twarz. Nieustannie utrzymując kontakt wzrokowy z chłopcem, zachodziłem w głowę czemu nie zgodziłem się na to wcześniej, albowiem bardziej seksowny niż w tamtej chwili, brunet był jedynie w swoich ogrodniczkach. Po kilkunastu minutach i paru napadach kaszlu, pod moim czujnym okiem Loczek dokończył mojego jointa, przyglądając mi się nieprzytomnie.
-I jak? - spytałem, czując niewyjaśnioną potrzebę uszczypnięcia go w policzek.
-Zabawnie - zaśmiał się, wyciągając wargi w szerokim, nieco nieporządnym uśmiechu.
-Wiecie co powinniśmy zrobić? - odezwał się niespodziewanie Zayn.
-Hmm? - zanuciłem, tym samym zachęcając go do kontynuowania.
-Bazę z koców i poduszek, po czym za mieszkać w niej na znak naszej niezależności, w proteście przeciwko systemowi - odparł, z jedynie sobie znanych powódek wkładając palec wskazujący do ust.
-Tak! Tak! Proszę! Nigdy nie miałem bazy! Lou, proszę! Aaaa! - piszczał, zeskakując z blatu, by począć biegać dookoła z dłońmi wyrzuconymi w powietrze. Przyłączając się do niego, wraz z Zaynem przemknęliśmy po całym domu, zgarniając z każdego pokoju wszelkie kołdry, narzuty i koce. Następnie poczęliśmy ustawiać w salonie krzesła, fotele, stolik i kanapę w odpowiedniej odległości.
-Śliwka wpadła w kompot - mówił Harry, robiąc fikołki na drewnianych panelach podłogowych, w czasie, gdy wraz z mulatem, staraliśmy się wcielić naszą wizję bazy w życie. Gdy sufit i ściany były już gotowe, pozostałe kołdry posłużyły nam jako wykładzina. Zaciągając ciemne rolety w oknach, utworzyliśmy odpowiedni nastrój do... szczerze mówiąc sam nie wiem czego. Ponieważ w moim stanie powtarzanie "śliwka wpadła w kompot" podczas robienia fikołków nie wydało mi się być ani trochę dziwne, chwyciłem bruneta za rękaw koszulki, tym samym zwracając na siebie jego uwagę. Posyłając mi promienny uśmiech, chłopiec zachichotał głośno, czołgając się na czworaka do naszej bazy. Podążając za nim, opadłem na ziemię, wygodnie układając się na stercie kołder, by Loczek mógł wtulić się w mój bok. Skłamałbym twierdząc, iż zdziwił mnie widok Zayna dołączającego do nas z kolejną porcją skrętów...
                   Śmiech, palenie, głupie rozmowy, palenie, wylegiwanie się na podłodze, śmiech i jeszcze raz palenie. Dokładnie w taki sposób upłynął nam niemalże cały dzień. W momencie, gdy zorientowałem się, iż zapewne nie tylko mieszkanie Zayna spowijają ciemności, byłem nieco bardziej trzeźwy niżeli on czy Harry. Mulat wypalił z nas najwięcej, natomiast niedoświadczony brunet zdawał się być bardziej podatny na działanie narkotyku. Starając się nieco ochłonąć, westchnąłem ciężko, przecierając twarz dłońmi. Następnie rzuciłem okiem na Harrego, który leżąc na plecach, machał dłońmi oraz nogami w powietrzu, wydając przy tym bliżej nieokreślone dźwięki. Dochodząc do wniosku, iż to już najwyższa pora, by chłopiec poszedł spać, ująłem jego twarz w dłonie, tym samym zmuszając go do nawiązania ze mną kontaktu wzrokowego.
-Wstań, słoneczko, powinniśmy już iść do łóżka - powiedziałem miękko.
-A co będziemy tam robić? - zachichotał, uroczo marszcząc nosek.
-Spać - odparłem, pomagając mu podnieść się do pozycji siedzącej.
-Ale spać-spać, czy będziemy spać ze sobą? - spytał nieśmiało, w dalszym ciągu wykrzywiając wargi w uśmiechu.
-Spać-spać, przyda ci się trochę snu - wywróciłem oczyma, chwytając zielonookiego pod pachami, by postawić go na nogi, na których lekko zatoczył się do tyłu, a jedyną rzeczą ratującą go przed upadkiem okazały się być moje umieszczone na jego talii dłonie.
-Do jutra, Zaynie, pamiętaj, że wisisz Harremu naleśniki - pożegnałem się z mulatem, wręcz siłą zaciągając Loczka do naszej sypialni. Chłopiec zapierał się i protestował, krzycząc, iż jest już dużym chłopcem i sam może decydować o tym, kiedy kłaść się spać. Szybko jednak udało mi się udobruchać go czułymi pocałunkami. Układając go na posłaniu w piżamie, w której spędził cały dzień, pobiegłem szybko do salonu, skąd kradnąc jedną ze ścian naszej bazy, wróciłem do sypialni, okrywając nią Harrego. Po raz ostatni całując go na dobranoc, pozwoliłem mu wtulić się w swój bok i schować twarz w zagłębieniu mojego ramienia. Wdychając jego słodki zapach wymieszany z dymem, odpłynąłem do krainy snów w akompaniamencie słodkiego pochrapywania bruneta.

                   Leżałem na łóżku, rozkosznie zakopany w pościeli, delektując się radosnym śpiewem ptaków wpadającym do ciemnego pokoju poprzez uchylone, zasłonięte roletami okna. Wzdychając dyskretnie, mocniej wtuliłem się w poduszkę, mając nadzieję, iż uda mi się jeszcze zasnąć. Byłem już na granicy jawy i snu, gdy niespodziewanie poczułem pełne wargi leniwie lecz stanowczo napierające na moje. Delikatnie, z pewną dozą czułości oddałem pocałunek, układając dłoń na ciepłym policzku bruneta. Chłopiec natomiast pochylał się nade mną, leżąc wygodnie na mojej klatce piersiowej. Nie mając pojęcia kiedy odgrywanie roli poduszki stało się moim życiowym priorytetem, westchnąłem cicho w rozchylone wargi bruneta, tym samym wywołując u niego przyjemny dreszcz. Nie przerywając zabawy moimi włosami, chłopiec w końcu oderwał się ode mnie, po raz ostatni cmokając kącik moich ust, by następnie posłać mi jeden z najpiękniejszych uśmiechów jakie w życiu widziałem. Jego ciężkie, zaspane powieki opuszczone były do połowy, wyciągnięte wargi pełne i niesamowicie różowe, natomiast jego policzki zdobiły lekkie rumieńce oraz para przeuroczych dołeczków. Patrząc na niego nieprzytomnym wzrokiem, ziewnąłem przeciągle, wplatając dłoń w jego loki. W momencie, gdy delikatnie podrapałem chłopca za uchem, ten zamruczał z aprobatą, wtulając się ciepło w moją klatkę piersiową.
-Przepraszam, że cię obudziłem. Po prostu chciałem buziaka - ziewnął w materiał mojej koszulki.
-W porządku, nie gniewam się - odparłem zaspanym głosem. Czując oraz słysząc zdławione chrząknięcie bruneta, posłałem mu zmartwione spojrzenie spod wachlarza długich rzęs. - Jak się czujesz? - spytałem z troską.
-Tak sobie - odparł nieśmiało, mocniej obejmując mnie ramionami.
-To znaczy? - zażądałem szczegółów.
-Trochę mi słabo. I duszno - wyjaśnił, bawiąc się materiałem mojej koszulki.
-Chyba trochę wczoraj przesadziliśmy. Przepraszam, że cię nie powstrzymałem - szepnąłem ze skruchą, czule całując jego skroń. Dopiero wtedy uderzyło we mnie to jak nieodpowiedzialne i lekkomyślne musiało być moje wczorajsze zachowanie. Nie do końca w ten sposób planowałem opiekowanie się Harrym.
-Nie, to w porządku, było zabawnie. Lubię, gdy jest zabawnie, w domu nigdy nie było - wyznał, zatapiając nos w mojej koszulce, by uniknąć nawiązania kontaktu wzrokowego.
-W porządku - szepnąłem, nie chcąc, by czuł się zobowiązany do rozwinięcia tematu, po czym złożyłem delikatny pocałunek na czubku jego głowy.
-Bardzo, bardzo cię kocham, Lou - wyznał chłopiec po chwili, opierając brodę na mojej klatce piersiowej, by posłać mi pełne uczucia i szczerości spojrzenie. - Naprawdę - dodał nieco ciszej, muskając wargami linię mojej szczęki.
-Wiem, słoneczko, wiem - westchnąłem rozczulony, delikatnie głaszcząc go po głowie. - Ja... - zacząłem, lecz chłopiec zakrył mi usta dłonią, wydając przy tym charakterystyczny, syczący dźwięk.
-Ciii - uciszył mnie. - Nie musisz tego mówić, po prostu na mnie spójrz - wymruczał, posyłając mi lekki uśmiech. - Tylko ładnie - dodał szybko.
-Słoneczko, czy mógłbyś proszę powiedzieć mi co masz na myśli, prosząc mnie o to? - spytałem, przyglądając mu się wyczekująco, podczas gdy subtelnie odgarnąłem parę niesfornych loków za jego ucho. - O co dokładnie chodzi z tym "ładnym patrzeniem"? - oblizałem wargi, tonąc w zieleni jego tęczówek.
-Po prostu wiem, że nie lubisz o tym mówić, a ja tego nie potrzebuję, ponieważ wiem, że mnie kochasz - wyjaśnił, lecz cała jego pewność siebie uleciała na moment, w którym spojrzał na mnie dyskretnie jakoby poszukując potwierdzenia, którego udzieliłem mu krótkim skinieniem głowy. - To przez sposób w jaki na mnie patrzysz, robisz to tak ładnie, że po prostu wiem - zapewnił, nie przerywając ze mną kontaktu wzrokowego. - Najważniejsze nie jest widoczne dla oczu, lecz w oczach - wyszeptał na zakończenie, słodko całując mój policzek.
-Przekręciłeś trochę ten cytat - zaśmiałem się rozczulony, również muskając wargami czubek jego nosa. - Ale nie zmienia to faktu, że naprawdę to czuję, Harry. I mogę powiedzieć to głośno, ja po prostu... po prostu potrzebowałem czasu - westchnąłem, na co chłopiec skinął głową ze zrozumieniem. - Ale cię kocham. Kocham cię. Naprawdę kocham - wykrztusiłem słabym głosem, obserwując wargi chłopca wyciągające się w niebywale szerokim uśmiechu. Wyglądając co najmniej jakoby wygrał nagrodę na loterii, wpił się w moje usta, całując je z ogromną ilością pasji. Śmiejąc się w jego rozchylone wargi, oddałem pieszczotę, nieco ją pogłębiając.
-Ja też cię kocham - odparł wesoło, po raz ostatni składając całusa w kąciku moich ust. - Jesteś drugą osobą, która mi to mówi - dodał nieco ciszej, a jego uśmiech opadł diametralnie. Niespodziewanie tracąc dobry humor, ponownie wtulił się w moją klatkę piersiową, unikając kontaktu wzrokowego.
-Drugą? - powtórzyłem głucho. Kogo chłopiec mógł mieć na myśli? Szczerze wątpiłem, by słowa te padły z ust jego rodziców, bądź innych bliskich, którzy nigdy nie pomogli mu wydostać się z rodzinnego piekła.
-Mhm, ale ona nie kochała mnie tak jak ty - szepnął dość zagadkowo, zaciskając pięści w materiale mojej koszulki.
-Ona? - odchrząknąłem, zaskoczony.
-Ona - potwierdził i mimo przygnębienia nie mógł powstrzymać warg od wyciągnięcia się w lekkim, sentymentalnym uśmiechu.
-Więc kiedy zrozumiałeś, że wolisz chłopców? - wypaliłem, zmieszany wizją Harrego u boku... dziewczyny.
-Ależ Lou, przecież ja wcale ich nie wolę - westchnął, wywracając oczyma.
-Nie wmówisz mi, że lubisz tylko dziewczyny - prychnąłem nieco sarkastycznie, przejeżdżając dłonią przez burzę jego loków.
-Nie, ich też nie lubię - uniósł na mnie wzrok, przecząco kręcąc głową. - Tak naprawdę nigdy o tym wszystkim nie myślałem - wyznał, wzruszając ramionami. - To tylko ty. Kocham tylko ciebie, naprawdę - zapewnił, przypieczętowując swoje słowa słodkim całusem złożonym na moim prawym obojczyku.
-Ale ją też kochałeś - tchnąłem dość chłodno, czując jak poczyna przemawiać przeze mnie zazdrość. Szczerze mówiąc nigdy nie przeszło mi przez myśl, iż Harry mógł kiedykolwiek kogoś mieć. Sam bowiem twierdził, iż w swojej rodzinnej miejscowości nie miał przyjaciół.
-Tak, ale nie martw się, ona już mnie nie kocha - obiecał, widząc moją skwaszoną minę. Delikatnie muskając wargami skórę mojej szyi oraz linię szczęki, starał się rozładować powstałe między nami napięcie.
-A ty kochasz ją? - wypaliłem, nim zdążyłem ugryźć się w język. Brunet jednak nie zaszczycił mnie odpowiedzią, jedynie wkładając więcej serca w składanie pocałunków. W momencie, gdy spojrzałem na niego wyczekująco, ten postanowił rozproszyć mnie, wpijając się w moje usta. Nie odwzajemniając pieszczoty, odepchnąłem go od siebie delikatnie.
-Zadałem ci pytanie - upomniałem go, posyłając mu karcące spojrzenie.
-Wiem, po prostu postanowiłem na nie nie odpowiadać - odparł nieco drżącym głosem, spuszczając głową, by z uporem począć wpatrywać się w abstrakcyjne wzory kreślone przez jego palec na mojej piersi.
-W porządku - warknąłem, zirytowany, odwracając się do niego plecami. Byłem rasowym egoistą, nie lubiłem się dzielić, a już na pewno nie zamierzałem dzielić się Harrym. Moim Harrym.
-Lou, gniewasz się na mnie? - spytał malutkim głosem, wtulając się ciepło w moje plecy.
-Nie - westchnąłem, zdając sobie sprawę z tego, iż nawet nie umiałem. Okej, może trochę zabolało mnie to, iż Harry w dalszym ciągu czuł coś do swojej byłej dziewczyny, jednak nie miałem na to żadnego wpływu. Moje fochy również nie zdawały się pomagać. Musiałem to zwyczajnie przełknąć i nauczyć się z tym żyć. Co biorąc pod uwagę, iż to ja byłem teraz u boku bruneta, leżąc z nim w jednym łóżku, w oczekiwaniu na nasz wspólny wyjazd do Paryża, dzięki któremu Harry miał nigdy więcej nie spotkać swojej poprzedniej miłości lub nawet o niej zapomnieć, nie było trudne.
-Na pewno? - ciągnął zmartwiony.
-Na pewno - przytaknąłem, odwracając się do niego przodem, by złączyć nasze wargi w słodkim pocałunku.
-Czyli możemy się już kochać? - wymruczał tuż na wprost moich ust, owiewając je swoim ciepłym oddechem.
-Mówiłeś, że źle się czujesz - zwróciłem mu uwagę, lekko ściągając brwi w zmieszaniu.
-Bo czuję się źle - potwierdził skinieniem głowy. - Ale gdy się kochamy czuję się dobrze, więc to tak jakby lekarstwo, prawda? - posłał mi pytające spojrzenie.
-Oh słoneczko - westchnąłem rozczulony, miękko całując jego wargi.
-Czy to znaczy tak? - tchnął, pełen nadziei.
-Co tylko zechcesz - odparłem z ciepłym uśmiechem, zadowolony z siebie, albowiem miałem szansę dać brunetowi to czego jego była dziewczyna z całą pewnością nie mogła.
-A czy to będzie w porządku jeśli ja tylko poleżę, a ty się mną zajmiesz? Czy w ten sposób również będzie miło? Bo w pociągu było baaaardzo miło, ale jestem trochę zmęczony - wymruczał nieco zawstydzony, lekko spuszczając wzrok.
-Oczywiście, słoneczko. Jak chcesz, żebym to zrobił? - spytałem niezwykle rozczulony jego wypowiedzią. Nie sądziłem, iż możliwe jest pozostanie słodkim podczas składania tego typu propozycji.
-Na pewno tak, żeby tobie też było dobrze, lubię gdy wzdychasz moje imię. Robisz to prawie tak ładnie jak na mnie patrzysz. Więc po prostu się ze mną kochaj - powiedział, zalewając się rumieńcem.
-W porządku - zaśmiałem się, całując jego rozgrzany policzek. Nieco się ode mnie odsuwając, chłopiec położył się na brzuchu, słodko wtulając się w swoją poduszkę, by następnie posłać mi wyczekujące spojrzenie.
-Harry, co ty robisz? - wypaliłem zaskoczony. W końcu w sytuacjach tego typu, brunet zawsze wręcz wymagał ode mnie utrzymania z nim kontaktu wzrokowego.
-Kładę się? - odparł, nie dostrzegając mojego problemu.
-Myślałem, że... - zacząłem, lecz chłopiec ubiegł moje pytanie, odpowiadając na nie.
-Oh, to - tchnął ze zrozumieniem. - Już widziałem i słyszałem, że mnie kochasz. Teraz jestem zmęczony, więc wystarczy mi, jeśli poczuję - wymruczał, posyłając mi lekki uśmiech.
-Jesteś pewien? - spojrzałem na niego nadal nieprzekonany.
-Lou, ja tu czekam - jęknął zniecierpliwiony.
                   Dochodząc do wniosku, iż chłopiec sam wie najlepiej czego pragnie, uśmiechnąłem się ciepło, przysuwając się bliżej niego. Delikatnie całując jego kark, od razu zabrałem się za ściąganie z niego granatowo-kraciastych spodni. Wzdychając z aprobatą w poduszkę, brunet uniósł lekko biodra, nieco mi w tym pomagając. W momencie, gdy skrawek materiału opadł na ziemię, przetarłem pośladek Harrego w czułym geście, za co nagrodzony zostałem przeciągłym jękiem. Nasiliły się one, gdy subtelnie rozsuwając nogi bruneta, pochyliłem się nad jego ciałem, delikatnie całując wewnętrzną stronę jego ud. Obawiając się, iż przypadkowo mógłbym ozdobić jego aksamitną skórę kolejną malinką, których zielonooki sobie nie życzył, przeniosłem się z pocałunkami na obszar powyżej gumki jego bokserek. Oddychając przy tym ciężko, chłopiec pomógł mi zdjąć z siebie koszulkę, co po chwili uczyniłem również z moją. Nieco się niecierpliwiąc, brunet postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, łapiąc mnie za nadgarstek, oraz przyciągając bliżej siebie moją dłoń. Obserwując jak dokładnie oblizuje moje palce, doszedłem do wniosku, iż nie ma on dziś nastroju na grę wstępną. Podczas, gdy ja dawałem mu to czego chciał, w kojącym geście scałowując ścieżkę wzdłuż jego kręgosłupa, ten jęczał w amoku moje imię, tym samym błagając mnie o więcej. Rozebrawszy nas obu do końca, pochyliłem się nad chłopcem, łącząc nasze wargi w zachłannym pocałunku, który ten oddał ze zdwojoną siłą. Po chwili jednak nasze oddechy wyrównały się, a pieszczota stała się nieco subtelniejsza. Delikatnie odrywając się ode mnie, brunet posłał mi lśniące spojrzenie pięknych, szmaragdowych tęczówek, spod wachlarza swoich długich rzęs. Spomiędzy jego pełnych, krwistoczerwonych i opuchniętych od pocałunku warg, wymknęło się rozkoszne westchnienie. Ponieważ jego twarz nie wyrażała nic poza potrzebą, nie miałem serca kazać mu dłużej czekać. Tak więc kochaliśmy się. Zupełnie inaczej niżeli w pociągu. Bez pośpiechu i skrępowania, za to delikatniej i mniej niechlujnie. Każdy swój ruch umyślnie przeciągałem, starając się maksymalnie wydłużyć przyjemność oraz każdy słodki jęk Harrego, który ani myślał się dotknąć, nie pozwalając na to również mnie, ze świadomością, iż wtedy wszystko mogłoby dobiec końca zbyt wcześnie. W momencie, gdy chłopiec począł niekontrolowanie drżeć, obróciłem nas na bok, mocno wtulając się w jego plecy, by po chwili począć składać mokre pocałunki na skórze jego ramienia. Pozostając w swoim własnym świecie ekstazy, chłopiec nawet nie próbował być cicho. Zawsze miał problem z tłumieniem czegokolwiek w sobie, lecz szczerze mówiąc, nie przeszkadzało mi to ani trochę. Z każdym moim ruchem spomiędzy jego warg wydobywało się niskie stęknięcie, które starał się stłumić, ukrywając twarz w miękkiej poduszce.
-Kocham cię - szepnąłem mu do ucha, całując jego płatek i tyle wystarczyło, by chłopiec skończył w białej pościeli, na którą opadłby bezwładnie, gdyby nie moje silne ramiona trzymające go w żelaznym uścisku.
-Ja ciebie też - westchnął, gdy przyszła kolej i na mnie. - Kocham cię bardzo, bardzo mocno - ucałował moją pierś, mocno się nią wtulając, gdy opadłem na posłanie tuż obok niego.
-A ja was nienawidzę! - dobiegło nas wołanie Zayna, zza jak się okazało, uchylonych drzwi. Wybuchając śmiechem, czule ucałowałem czubek głowy bruneta, którego ramionami również wstrząsnął chichot.
                   Po niespełna kilkunastu minutach wylegiwania się w ciepłym łóżku, w końcu udało nam się wstać, udając się pod prysznic, który wzięliśmy razem, dla oszczędności czasu oraz wody. Odziani w czyste ubrania oraz z kropelkami wody skapującymi na drewniane panele podłogowe z naszych w dalszym ciągu wilgotnych włosów, pojawiliśmy się w kuchni, gdzie Zayn powitał nas jednym, zdegustowanym spojrzeniem.
-Jesteście obrzydliwi - splunął, powracając do czytania swojej gazety.
-Oh, daj spokój - wywróciłem oczyma, opierając się o blat.
-Macie uprać mi pościel - zażądał.
-Chyba śnisz - prychnąłem pobłażliwie.
-Umm... Lou? Może jednak to zróbmy... - szepnął zawstydzony, posyłając mi wymowne spojrzenie.
-Oh, tak, faktycznie - odchrząknąłem. - Upierzemy ją.
-Wiecie co? Po prostu ją spalcie - skrzywił się Zayn, najwidoczniej zdając sobie sprawę z tego o czym mówił Harry.
-Przepraszam - tchnął w pewnym momencie zażenowany brunet, na co mulat lekceważąco machnął dłonią.
-Nie rozmawiajmy o tym więcej. Naleśniki? - zaproponował, wstając z krzesła, by zrobić dla nas miejsce.
-Poproszę - odparliśmy wraz z Loczkiem w tym samym czasie, zasiadając do stołu.
-Hej, Louis, nie to, żebym was wyganiał, ani nic z tych rzeczy, ale pamiętasz, że dziś w nocy odpływa wasz prom? - zagaił Malik w pewnym momencie, wyjmując z lodówki składniki potrzebne do przygotowania śniadania.
-Oh, faktycznie. Jak szybko to zleciało - tchnąłem zaskoczony.
-W każdym razie, macie wszystkie potrzebne rzeczy i dokumenty, prawda? - spytał, rzucając mi przez ramię przelotne spojrzenie.
-Um... jest coś o czym chyba muszę ci powiedzieć... - zacząłem niepewnie, zaskarbiając sobie jego uwagę. - Nie martw się, to nic takiego - dodałem szybko, czując na sobie jego sądny wzrok. - Tak się składa, że Harry nie ma przy sobie żadnych dokumentów, a jakieś trzy tygodnie temu ktoś nas napadł i tak jakby ukradli mi portfel... - rzuciłem jak gdyby nigdy nic, nonszalancko wzruszając ramionami.
-Chyba sobie ze mnie żartujesz?! - zawołał, łapiąc się za głowę.
-Szczerze mówiąc nie jest mi ani trochę do śmiechu - odparłem, ściągając brwi w konsternacji.
-Jesteś największym idiotą jakiego znam - westchnął, kręcąc głową z dezaprobatą. - Spiszcie mi tu swoje najważniejsze dane, ja to załatwię - obiecał, rzucając na stolik notes oraz dwa długopisy. Wyrywając sobie jedną kartkę, począłem zapisywać na niej swoje nazwisko, datę urodzenia i całą resztę informacji widniejącą głównie w różnego rodzaju aktach, podczas gdy Zayn powrócił do przyrządzania naleśników.
-Lou? - zaczął w pewnym momencie Harry, tym samym zwracając na siebie moją uwagę. - Jak brzmi twoje nazwisko? - spytał, nieco się przy tym pesząc, a słodki róż pokrył jego blade policzki.
-Naprawdę nie wiesz? - wypaliłem zaskoczony, na co chłopiec niepewnie pokręcił głową. - Tomlinson - powiedziałem w końcu, za co nagrodzony zostałem czułym uśmiechem.
-Jak ładnie - wymruczał pod nosem zadowolony, powracając do zapełniania swojej kartki.
                   Po upływie kilkunastu minut, stawiając na stole talerz pełen naleśników, Zayn chwycił nasze notatki, po czym opuścił mieszkanie, życząc nam smacznego. Ufając mu na tyle, by nie pytać co dokładnie zamierza zrobić, wraz z Harrym zabraliśmy się za pałaszowanie śniadania. Gdy nasze brzuchy były już pełne (w przeciwieństwie do talerzy), wstawiliśmy brudne naczynia do zlewu, udając się z powrotem do naszej sypialni. Jakież było moje zdziwienie, gdy Zayn napisał do mnie z prośbą wysłania mu zdjęć moich i Harrego. Wzruszając ramionami, poczęliśmy pstrykać sobie głupie fotki, przepełnione zabawnymi minami i całą masą pocałunków, kolejno wysyłając je mulatowi. W pewnym momencie jednak zadzwonił on do mnie, wyjaśniając, iż zdjęcia te potrzebne są do naszych nowych "dowodów" oraz prosząc, byśmy w końcu zrobili choć dwa porządne. Stawiając Harrego na tle białej ściany, odgarniając kosmyk włosów za jego lewe ucho, oraz nie pozwalając mu się uśmiechać, przerwałem panującą w domu ciszę dźwiękiem migawki. Po tym jak przyszła kolej i na mnie, wysłaliśmy Zaynowi efekty naszej pracy, otrzymując w odpowiedzi pochlebną wiadomość, która byłaby zdecydowanie bardziej pochlebna, gdyby tylko odpuścił sobie nazwanie mnie idiotą. W momencie, gdy Harry wyznał, iż w dalszym ciągu czuje się dość słabo, postanowiliśmy wrócić do łóżka, w którym planowaliśmy spędzić cały dzień. Wyrwał nas z niego dopiero powrót Zayna, kilka godzin później. Wpadając na niego w salonie, przywitaliśmy go szerokimi uśmiechami.
-Proszę bardzo - powiedział, niemalże od razu wręczając nam dwa fałszywe dowody. - Nie pytajcie jak to zrobiłem. Przejdźmy do części, w której wielbicie mnie na kolanach - zaśmiał się, wygodnie zasiadając na kanapie.
-Wow, wygląda jak prawdziwy - tchnąłem pełen podziwu, oglądając swój dokument z każdej strony. - Mogę zobaczyć twój? - zagaiłem, rzucając Harremu pytające spojrzenie.
-Nie - wymruczał, energicznie kręcąc głową, by następnie w obronnym geście przyciągnąć plakietkę do piersi.
-Oh, daj spokój - wywróciłem oczyma, wyrywając mu dowód z dłoni. - Harry Edward Tomlinson - przeczytałem na głos, unosząc jedną brew, na co policzki chłopca pokryły się wręcz purpurowym rumieńcem. - Czyli Harry to twoje pełne imię? Nie Harold? Kto by pomyślał - rzuciłem od niechcenia, obojętnym tonem.
-Serio? Tylko to przykuło twoją uwagę?! - zawołał Zayn z niedowierzaniem.
-Przecież żartuję - westchnąłem w kierunku mulata, wywracając oczyma. - Hej, słoneczko - wymruczałem, łapiąc zielonookiego za podbródek, by unieść ku górze jego spuszczoną ze wstydem twarz. - Dlaczego nie podałeś swojego nazwiska? - spytałem najbardziej kojącym tonem głosu, na jaki było mnie stać.
-Nie lubię go - wyznał drżącym głosem, unikając mojego spojrzenia.
-Dlaczego? - delikatnie przetarłem jego policzki kciukami.
-Bo to nazwisko mojego taty, a ja wcale nie chcę go nosić - wykrztusił, bliski łez.
-Hej, już w porządku, przepraszam, że spytałem - szepnąłem, czule całując jego skroń. - Harry Tomlinson brzmi bardzo ładnie - dodałem, posyłając mu ciepły uśmiech.
-Naprawdę? - tchnął nieprzekonany.
-Naprawdę - potwierdziłem, przyciągając go do mocnego uścisku.
-Kocham cię - wymruczał w zagłębienie mojego ramienia.
-Ja ciebie też - odparłem, składając całusa na czubku jego głowy.
-Jesteście uroczy - westchnął rozczulony Zayn, przyglądając nam się rozmarzonym wzrokiem.
-Myślałem, że obrzydliwi - zaśmiałem się, znacząco poruszając brwiami, by w tym samym czasie umieścić dłoń na lewym pośladku Harrego.
-Taaak, jednak obrzydliwi - wycedził zdegustowany, w momencie, gdy brunet westchnął z aprobatą w zagłębienie mojego ramienia.
                   Mimo, iż wraz z Harrym planowaliśmy spędzić dzisiejszy dzień w łóżku, jakimś sposobem skończyliśmy z Zaynem na mieście. Uznając to za idealną okazję, by pożegnać się z mulatem, nie musiał dwa razy przekonywać mnie do wyjścia. Okolica niezwykle spodobała się Loczkowi, który za żadne skarby nie pozwoliłby nam obojętnie minąć plaży, na którą, odnotowałem, powinienem zabierać go jak najczęściej. Nie tylko z powodu jego uwielbienia, ale także śnieżnobiałej skóry, której zdecydowanie nie zaszkodziłoby muśnięcie promieniami słońca. W międzyczasie postanowiliśmy również wstąpić do kwiaciarni, gdzie kupiłem chłopcu bukiet róż. Całując mnie czule w geście podzięki, zabrał się za sprawdzanie, czy aby na pewno żadna z nich nie posiada kolców, by następnie w jedynie sobie znany sposób stworzyć z nich pokaźny wianek.
                   Ponieważ gonił nas czas, wróciliśmy do domu pod wieczór, niemalże od razu przygotowując się do wyjazdu. Wziąwszy szybki prysznic, zwolniłem Harremu łazienkę, samemu wybiegając do pobliskiego sklepu, by zrobić małe zakupy na drogę. Wracając do magazynu z torbami pełnymi jedzenia, począłem wypełniać swój plecak ubraniami, które podczas pobytu u Zayna udało mi się wyprać. Zapinając wszystko na ostatni guzik, rzuciłem okiem na zegar wiszący na ścianie przedpokoju, którego układ wskazówek wyznaczał dokładnie sześćdziesiąt siedem minut do odpłynięcia naszego promu. Ustawiając gotowe bagaże przy drzwiach, zajrzałem do pokoju gościnnego, w którym spodziewałem się zastać Harrego. Musiałem jednak przyznać, iż przywitał mnie nieoczekiwany widok. W stercie swoich ubrań, odziany jedynie w biały t-shirt, czarne bokserki oraz kwiecistą koronę zdobiącą jego wciąż wilgotne po prysznicu loki, siedział brunet ze spuszczoną głową. Dopiero po chwili zorientowałem się, iż mokrej plamy na jego koszulce nie utworzyły krople wody skapujące z jego włosów, lecz łzy, natomiast dźwięk rozbrzmiewający w ciemnym pomieszczeniu był niczym innym, jak żałosnym szlochem. Zaalarmowany rzuciłem się w stronę zielonookiego, ujmując jego twarz w dłonie. Moje zmartwione spojrzenie chłopiec odwzajemnił w niezwykle zbolały sposób, wydobywając z siebie rozpaczliwy jęk.
-Harry, słoneczko, co się stało? Dlaczego się nie pakujesz? Za godzinę odpływa nasz prom, musimy się pospieszyć, jeśli chcemy... - mówiłem w amoku, głaszcząc jego głowę i policzki, lecz moje drżące dłonie wcale nie pomogły mi uczynić z tego kojącego gestu.
-Ale ja nigdzie nie jadę, Lou...

9 komentarzy:

  1. Zjarany Zayn to zdecydowanie mój ulubiony Zayn.
    Co się dzieje? I'm confused...
    Przecież Hazz tak bardzo chciał jechać do Paryża. Dezorientacja na poziomie 253683269
    Może Loczek ma wyrzuty sumienia, że przez niego Louis nie zobaczy się z rodziną, a może to coś więcej?
    Rozdział świetny x
    @PolishCurls

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział super śmiałam się gdy czytałam o niebieskich krowach.
    Ale zmartwił mnie Harry jak to nie jedzie ale co się stało z czym to ma związek.Teraz do następnego rozdziału rozkminiać będe o co harremu chodzi.Skąd bierzesz natchnienia na twoje opowiadania bo genialne są!!
    Pozdrawiam i ściskam!!@Biskarolinka

    OdpowiedzUsuń
  3. jak moglas przerwac w takim momencie?!
    A rozdzial bardzo bardzo ale to bardzo mi sie podoba.
    DZIEKUJE ZA TAK WSPANIALY ROZDZIAL :) JEST NAPRAWDE CUDOWNY, TYLKO CZEMU TA KONCOWKA?

    OdpowiedzUsuń
  4. Co tu się dzieje? Harry znowu jarałeś? No i teraz zamiast uczyc się historii będę rozkminiała co się stało :D Do następnego! ~`HungryKilljoys

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też musze się historii pouczyć na poniedziałek ; )

      Usuń
    2. I jak Ci poszło? :D~HubgryKilljoys

      Usuń
  5. Jak to nie jedziesz do tego pieprzonego Paryża?! Wszystko było takie piękne, zjarany Harry jest genialny, a potem nagle takie coś?! Dlaczego?! Co się stało?! I najważniejsze, czy naprawdę musiałaś przerwać w takim momencie??
    Mimo wszystko, jesteś genialna i kocham Twoje blogi :**

    OdpowiedzUsuń
  6. Omg jestem w szoku bo nie wiem jak to zrobilam ale nie zauwazylam.powiadomienia do tego rozdzialu i dopiero dzis go zauwazylam razem z nowym! Zayn Lou i Hazz najarani to najlepsze co moze byc omg ahdkdshgagdk i poranne kochanie się Larrego było mega (awww jak ładnie to brzmi) jeju dlaczego Harry nie chce jechaać.... czytam kolejny bo nie mogę się doczekac omg

    OdpowiedzUsuń
  7. Hahaha, zjarany Lou i Zayn rzadza XDD
    strasznie podoba mi sie Zayn tutaj, rozwala mnie na lopatki xd
    ale to zakonczenie?! NO WTF?!?!?
    LECE CZYTAC DALEJ BO NIE WYTRZYMAM

    OdpowiedzUsuń