niedziela, 5 października 2014

Rozdział XXVIII

                   Spałem smacznie, otulony ciepłą kołdrą oraz słodkim zapachem Harrego, podczas gdy zegar z kukułką powieszony na ścianie pokoju gościnnego wybił północ. Chłopiec pochrapywał rozkosznie, zatapiając twarz w zagłębieniu mojej szyi, ze swoimi ramionami oplecionymi wokół mojej talii. Jego prawa noga przerzucona pozostawała przez moje biodro, odnajdując swoje miejsce pomiędzy moimi dolnymi kończynami. Skóra bruneta była miękka, a oddech odczuwalny na mojej szyi ciepły i równomierny. Z owego błogiego nastroju wyrwał mnie jednak dźwięk oczekującego na odebranie połączenia telefonu, dobiegający z salonu znajdującego się tuż za ścianą. Starając się go zignorować, mocniej obiąłem Harrego ramieniem, zatapiając twarz w burzy jego kasztanowych loków, pachnących truskawkowym szamponem. Zaciągając się owym aromatem, ucałowałem słodko czubek głowy zielonookiego, na co ten westchnął przez sen w niezwykle rozczulony sposób. Niespodziewanie z pokoju Zayna znajdującego się na wprost naszych, nieco uchylonych drzwi rozbrzmiał przeciągły, zirytowany jęk zagłuszający dzwonienie telefonu.
-Louuuuis! - zawołał brunet, gdy owy dźwięk zamiast ustać, począł stawać się coraz to bardziej nachalny.
-Louis, odbierz to ustrojstwo! - spróbował jeszcze raz, po tym jak postanowiłem go zignorować.
-Nie mogę rozmawiać! - odparłem unosząc głos, który mimo wszystko nadal sprawiał wrażenie zaspanego.
-A to dlaczego?! - prychnął.
-Mam zajęte usta! - rzuciłem pierwsze co przyszło mi do głowy.
-Niby czym?! - parsknął, tym razem nieco sarkastycznie.
-Robię Hrremu dobrze, więc odbierz telefon i nam nie przeszkadzaj! - zawołałem z cichą nadzieją, iż brunet w końcu odpuści. W tamtym momencie poczułem palce siedemnastolatka mocno wbijające się w moje boki oraz jego nieco skrępowany ruch, w którym miednicą subtelnie otarł się o moje biodro. Zmuszając się do uchylenia ciężkich powiek, dostrzegłem świecące w ciemności tęczówki bruneta oraz jego pełne, lekko rozchylone wargi.
-Lou, przecież my nic nie robimy - zwrócił mi uwagę, patrząc na mnie spod wachlarza długich rzęs.
-Ale Zayn nie musi o tym wiedzieć, po prostu nie chciało mi się wstawać - westchnąłem, wywracając oczyma, by następnie je zamknąć.
-Ale Lou... - zaczął, lecz przerwałem mu wpół zdania.
-Jeśli się zamkniesz i pozwolisz mi spać to naprawdę zrobię ci dobrze, gdy tylko się obudzę - wymruczałem, układając się wygodniej na poduszce, na co chłopiec momentalnie opadł na moją klatkę piersiową z cichym "dobranoc" na ustach. Był tak rozkosznie przewidywalny. Typowy napalony nastolatek.
                   Nie zauważyłem nawet, gdy dzwonienie telefonu ustało, zostając zastąpionym przez subtelny szept Zayna. Byłem już blisko krainy snów, gdy niespodziewanie dobiegło mnie ciche pukanie do drzwi.
-Lepiej, żebyście już skończyli, bracia, bo naprawdę nie chcę na to patrzeć, a zamierzam wejść – palnął beznamiętnie, otwierając drzwi.
-Nic nie robimy idioto, idź już spać, jest po północy - westchnąłem zirytowany. Chyba naprawdę nie było mi dane wyspać się tej nocy.
-Ale jest tu ktoś kto chciałby z tobą porozmawiać - oznajmił nieco tajemniczo.
-Co za kretyn dzwoni do mnie w środku nocy i skąd do cholery wie, że u ciebie jestem? - warknąłem, pozostając sceptycznie nastawionym.
-Twoja mama... - odparł brunet, na co momentalnie poderwałem się w miejscu do pozycji siedzącej, tym samym zrzucając ze swojej klatki piersiowej nierozumiejącego nic Harrego.
-Chyba nie mówisz poważnie... - tchnąłem, czując jak cała krew odpływa mi z twarzy.
-Ona wszystko ci wytłumaczy - zapewnił. - Idź do salonu, czeka na linii - dodał, po czym wyszedł nie zamykając za sobą drzwi.
-Lou... - odezwał się nieśmiało zielonooki, delikatnie dotykając mojego ramienia, lecz zignorowałem go, podnosząc się z łóżka.
-Nie teraz, Harry - wycedziłem, kierując się do wyjścia.
-Ale... - ponownie nie było dane mu dokończyć.
-Zostań tu - rozkazałem srogim tonem, dostrzegając kątem oka podążającego za mną chłopca, na co ten zastygnął w miejscu, by po chwili pokornie opaść na łóżko.
                   Na drżących nogach udałem się do salonu, gdzie na stoliku obok kanapy czekał na mnie świecący w ciemności na czerwono aparat. Spoconą, lecz w dalszym ciągu chłodną dłonią chwyciłem słuchawkę, ostrożnie przykładając ją do ucha.
-Halo? - spytałem niepewnie, wstrzymując oddech.
-O mój Boże, Louis, kochanie, mój synku, mój najdroższy, o mój Boże, nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ty - mówiła moja matka w amoku, wyraźnie zalewając się łzami.
-To ja, mamo - odparłem, czując narastającą w moim gardle gulę.
-Tak dawno nie słyszałam twojego głosu, Matko Boska, jak dawno nie widziałam twojej twarzy, proszę kochanie, powiedz mi, czy byłeś w końcu u fryzjera? - mamrotała w dalszym ciągu roztrzęsiona.
-Nie byłem - szepnąłem słabym głosem.
-Że ta grzywka ci nie przeszkadza, cały czas wchodzi ci w oczy - zaśmiała się przez łzy. - Miałeś wpaść na obiad w czwartek, kochanie - dodała miękko po chwili.
-Przepraszam, mamo - wykrztusiłem. - Tak bardzo przepraszam - powtórzyłem, tym razem zalewając się łzami. Nie płakałem często, jednak tym razem najzwyczajniej w świecie nie potrafiłem się powstrzymać.
-Nie szkodzi skarbie, ważne, że jesteś cały. Rozmawiałam z ciocią Karen, tak bardzo się martwiłam, miałeś rozładowany telefon... Codziennie dzwoniłam do Zayna, by spytać czy nie ma z tobą kontaktu i dziś prawie zapomniałam, ale... po prostu nie mogłam tak tego zostawić... nie mogłabym zasnąć ze świadomością, że nie spróbowałam... i dziś Zayn powiedział "tak, przyjechał rano"... Nawet nie wiesz jak bardzo chciałam to usłyszeć i jak bardzo się bałam, że nie będzie mi to dane... - płakała do słuchawki, a ja razem z nią.
-Tak bardzo przepraszam mamo, byłem taki głupi, nie wiem co sobie myślałem, przepraszam, że wyjechałem nic wam nie mówiąc, przeproś też tatę i dziewczynki i... - zachłysnąłem się, sam nie wiedząc czy może łzami, czy też powietrzem.
-Lou, skarbie nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ja i tata... - przerwała mi w pewnym momencie.
-Ja wiem, mamo, ja wszystko wiem, wiem, że się rozwodzicie, widziałem papiery. Ale to w porządku, bo to, że wy nie kochacie się nawzajem nie znaczy, że nie kochacie nas, prawda mamo, prawda? - łkałem, domagając się potwierdzenia.
-Oczywiście, że was kochamy, Lou, jesteście dla nas wszystkim - zapewniła.
-Ale ja wcale się tak nie czułem, mamo. Miałem wrażenie jakbym nie zostawiał niczego w tyle, rozumiesz? Tak bardzo przepraszam - odparłem, czując narastające we mnie poczucie winy i zrezygnowania.
-O mój Boże... - zapłakała, lecz zagłuszyło ją jej pękające na pół serce.
-Przepraszam mamo, ale to nie twoja wina, moja też nie, niczyja, albo wręcz wszystkich tak samo... ja.... ja sam już nie wiem. Po prostu przepraszam, w porządku? Za wszystko. Za to jaki byłem, za to, że was zawiodłem, za to, że uciekłem, za to, że dałem wam kolejny powód do zmartwień, za to, że padł mi telefon, za to, że nie obciąłem grzywki i... - urwałem biorąc głęboki wdech, jednocześnie przeczesując włosy palcami wolnej ręki.
-Nie przepraszaj skarbie, to ja przepraszam, powinniśmy byli zauważyć, że nie czujesz się dobrze i wspierać cię bardziej, gdy nie układało ci się po twojej myśli, jesteśmy twoją rodziną, to nasz obowiązek, który zaniedbaliśmy - mówiła drżącym głosem.
-Kocham cię, mamo - wyznałem, czując się niczym pięcioletnie dziecko.
-Ja ciebie też, Louis, najmocniej na świecie. Proszę cię, wróć do domu, nie bój się, nikt nie jest na ciebie zły, tęsknimy. Po co ten cały Paryż? Wróć do nas, razem coś wymyślimy - prosiła najczulszym tonem głosu, na jaki było ją stać.
-Ja... chciałbym wrócić... - zacząłem obracając się wokół własnej osi, gdy niespodziewanie w progu salonu dostrzegłem wielkie, wpatrujące się we mnie, zaszklone łzami, szmaragdowe tęczówki. Harry stał na wprost mnie w swojej tradycyjnie zbyt ciepłej piżamie, którą uparcie nosił każdej nocy, zupełnie jakoby obawiał się, iż któregoś dnia w magiczny sposób jego siniaki ponownie pojawią się na jego ciele oraz roztrzepanych od snu lokach. Prócz łez w oczach miał całe mnóstwo bólu i pytań bez odpowiedzi, których nie mogłem udzielić mu w obecnej chwili.
-Harry, wróć do sypialni - rozkazałem, lecz srogi ton mego głosu rozmył szloch. Nie chciałem, by brunet widział jak płaczę, albowiem pragnąłem zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa, a te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczały.
-Louis z kim rozmawiasz? Czy to ten chłopiec, o którym wspominała ciocia Karen? Kim on jest? Louis? - ze słuchawki dobiegł mnie głos mojej matki, który zignorowałem w dalszym ciągu płacząc otwarcie na wprost zielonookiego, który przyglądał mi się z mieszanką strachu i rozczarowania.
-Harry, błagam cię, idź stąd, to nie twoja sprawa, w porządku? Nie podsłuchuj - szlochałem, nie będąc w stanie się uspokoić.
-Lou, ja nie chcę wracać do domu - odezwał się niespodziewanie brunet, również wybuchając płaczem.
-Louis, co tam się dzieje? - pytała moja mama, równie zmartwiona co zdezorientowana.
-Harry, oddaj mi to! - zawołałem, gdy chłopiec niespodziewanie zmniejszył dystans między nami, wyrywając mi z dłoni słuchawkę telefonu.
-Dobry wieczór - powiedział, przełączając rozmowę na głośnik, zapewne wiedząc, iż nie pozwoliłbym mu na to, nie wiedząc co dzieje się po drugiej stronie linii.
-Dobry wieczór - odparła kobieta, nieco zmieszana.
-Dlaczego jest pani niemiła dla Lou? - spytał, starając się powstrzymać cisnące się do jego oczu łzy.
-Jestem jego mamą, nie mogę być dla niego niemiła - odparła natychmiast.
-Pani kłamie! Moja mam była niemiła! - oburzył się brunet, zacieśniając uścisk swojej drżącej dłoni na słuchawce telefonu.
-A co na to twój tata? - przejęła się, brzmiąc na zaniepokojoną.
-Gdy ostatnio rozmawiałem tak późno przez telefon, podbił mi oko słuchawką, żeby mnie tego oduczyć. Tylko rozpieszczone bachory rozmawiają w nocy przez telefon - wyznał, krztusząc się słowami dokładnie tak samo, jak w dniu, w którym wyjawił mi całą prawdę na temat swoich rodziców.
-Moje biedactwo... - westchnęła mama, słyszalnie rozbita.
-Nie odpowiedziała pani na moje pytanie - zwrócił jej uwagę, widocznie nie chcąc ciągnąć tematu.
-Nie jestem niemiła dla Lou, ja tylko.... - zaczęła, lecz chłopiec przerwał jej wpół zdania.
-Ale on płacze, on nigdy nie płacze, proszę pani. On zawsze jest dzielny i się mną opiekuje, gdy ja płaczę, bo ja płaczę trochę za dużo, w czasie, gdy on trzyma fason - mówił nieskładnie, ocierając łzy spływające po jego bladych policzkach.
-Oboje płaczemy, chłopcze, ja po prostu chcę mojego syna z powrotem - odparła, nie wytrzymując nagromadzających się w niej emocji.
-W porządku, ale czy nie mógłbym go sobie wziąć? Bo ja nigdy nie dostawałem tego czego chcę, a teraz mam Louisa i było naprawdę miło zanim pani zadzwoniła - powiedział prosto z mostu.
-Proszę cię, daj mi Louisa do telefonu - szepnęła po chwili ciszy zrezygnowana.
-Ale ja tak bardzo go kocham, dlaczego jest pani taka samolubna, nie możemy się nim podzielić? Proszę? - zapłakał, będąc w kompletnej rozsypce. Nie mogąc dłużej na to patrzeć, porwałem go w ramiona, przyciągając do najmocniejszego uścisku jaki dane nam było dzielić.
-Ja chciałbym wrócić.... ale nie mogę, po prostu nie mogę, widzisz czemu, mamo? - szlochałem do telefonu, w dalszym ciągu tuląc do siebie bruneta.
-Rozumiem, mój Boże, rozumiem... Po prostu obiecaj mi, że jeszcze cię zobaczę, nie zostawiaj mnie tak, w porządku? - odparła starając się być wyrozumiała i powstrzymać płacz.
-Nie będę w Paryżu wiecznie, jak tylko będę miał możliwość to cię odwiedzę, obiecuję mamo, ale rozumiesz dlaczego nie mogę wrócić, prawda? Nie jesteś na mnie zła? - postanowiłem się upewnić.
-Nie, kochanie, nigdy nie byłam z ciebie bardziej dumna - rozkleiła się, tym samym wywołując kolejny potok łez u mnie.
-Boże... - zapłakałem.
-Jak ten skarbeniek, z którym rozmawiałam ma na imię? - spytała po chwili.
-Harry - wychrypiałem w odpowiedzi.
-Harry, kochanie, nie będę samolubna i pożyczę ci Louisa, ale musisz mi obiecać, że będziesz kochać go tak mocno jak ja i że kiedyś mi go oddasz, chociaż na chwilkę - zwróciła się do Loczka.
-Obiecuję - odparł bez zająknięcia. - Jest pani taka kochana - dodał, na co mimowolnie wyciągnąłem wargi w słabym uśmiechu.
-Idźcie spać, misiaczki, zadzwonię za kilka dni - szepnęła po chwili.
-Naładuję Lou telefon - wtrącił Harry.
-A ja obetnę grzywkę - dodałem, na co wszyscy zaśmiali się cicho.
-Dobranoc - pożegnała się kobieta.
-Dobranoc - odparliśmy w tym samym momencie.
-Tak bardzo się cieszę, że nic ci nie jest, Louis - powiedziała bliska łez, niemalże od razu się rozłączając, po czym w pokoju zapanowała grobowa cisza.
                   Przez chwilę staliśmy tak, trzymając się w objęciach, słysząc jedynie bicie naszych serc oraz świst przyspieszonych oddechów. Jako pierwszy odsunąć się postanowiłem ja. Chłopiec obdarzył mnie wtedy smutnym spojrzeniem, które przepędziłem za pomocą czułego pocałunku. Żadnego lizania, przygryzania, czy walczących języków. Jedynie wargi na wargach oraz moja dłoń na jego sercu.
-Lou, zapal proszę światło, nie widzę jak na mnie patrzysz, a ja muszę wiedzieć - wyszeptał po chwili chłopiec, owiewając moje usta swoim ciepłym oddechem, zupełnie jakoby obawiał się, iż mógłbym się na niego gniewać.
-Haz, jestem kompletnie zalany łzami i czuję się strasznie upokorzony, bo widziałeś mnie płaczącego jak małe dziecko i patrząc na ciebie widzę praktycznie czarną plamę, ale mimo wszystko patrzę ładnie, ponieważ dzisiaj doszedłem do wniosku, że chyba nawet już nie umiem inaczej - odparłem równie cicho, czując dłoń bruneta kreślącą abstrakcyjne wzory na moim ramieniu.
-Jestem śpiący, Lou - odpowiedział jedynie, potwierdzając swoje słowa przeciągłym ziewnięciem.
-Chodź, położę cię spać, słoneczko - zaproponowałem.
-Lubię, gdy mnie tak nazywasz. Nigdy nie byłem niczyim księciem ani słoneczkiem. Książęta i słońca są ważni. Ja nigdy dla nikogo nie byłem. Przynajmniej nie tak jak oni dla mnie - wyznał, splatając ze sobą nasze dłonie, a ja postanowiłem porozmawiać z nim o tym rano.
-Jako mój Mały Książę jesteś ważny, słoneczko. Przynajmniej dla mnie - szepnąłem, prowadząc go z powrotem do sypialni i choć było ciemno, mógłbym przysiąc, iż jego wargi zdobił delikatny uśmiech.
                   Wchodząc do ciemnego pokoju, oświetlonego jedynie blaskiem księżyca, ułożyłem Harrego na posłaniu, szczelnie okrywając go kołdrą. Kładąc się tuż obok niego, pozwoliłem chłopcu wtulić się w mój bok, po czym czule ucałowałem czubek jego głowy, szepcząc ciche "dobranoc". Wpatrując się w sufit, słuchałem jak oddech bruneta uspokaja się, a spomiędzy jego warg poczynają wymykać się słodkie westchnienia, które z czasem przeobraziły się w rozkoszne pochrapywanie stłumione przez materiał mojej koszulki. Mimo, iż byłem równie śpiący co on, myśli kłębiące się w mojej głowie skutecznie ściągały sen z mych powiek. Dzisiejszy dzień pełen był wzlotów i upadków. Zaczął się niezbyt pomyślnie, by następnie przynieść ze sobą najlepsze chwile mojego życie oraz zakończyć się z wielkim hukiem. Dopiero telefon od mamy pomógł mi uświadomić sobie jak wielką krzywdę wyrządziłem mojej rodzinie, wyjeżdżając bez słowa oraz nie dając znaku życia przez kolejne trzy tygodnie. Bałem się w ogóle pomyśleć co przeżywała moja rodzicielka w owym czasie.
                   Będąc pewnym, iż tej nocy niedane mi będzie zasnąć, ostrożnie wyswobodziłem się z uścisku Harrego, po cichu podnosząc się z łóżka. Poruszając się na palcach, opuściłem pokój gościnny, zamykając za sobą drzwi. Następnie udałem się do kuchni, gdzie napełniając szklankę wodą, wypiłem ją do dna w drodze do salonu. Ułożywszy się wygodnie na kanapie, westchnąłem dyskretnie, chowając twarz w dłoniach. Cóż, miałem nie myśleć o tym co przeżywała moja rodzicielka, lecz wcale nie było to takie łatwe. W tamtym momencie marzyłem tylko o tym, by wsiąść w pierwszy, lepszy pociąg i rzucić jej się do stóp z przeprosinami. Ni stąd ni zowąd poczęło mi również brakować donośnych śmiechów i krzyków moich młodszych sióstr, które jeszcze miesiąc temu doprowadzały mnie do białej gorączki. Nie było jednak mowy o tym, bym wrócił do domu. Nie teraz, nie w tej sytuacji, nie póki miałem Harrego. Przez całe życie byłem egoistycznym samolubem i gdy w końcu dostałem od losu szansę przełożenia czyjegoś dobra nad swoje własne, nie zamierzałem jej zmarnować. W tamtym momencie byłem w stanie zrobić dla chłopca wszystko, tak długo jak nagrodą był jego szczery uśmiech. Tej nocy myślałem dużo. Nawet zbyt dużo. W końcu jednak, nawet nie zdając sobie z tego sprawy odpłynąłem do krainy snów z podjętą i dobrze przemyślaną decyzją. "Zrobię wszystko, byle tylko Harry był szczęśliwy".
                 O poranku obudził mnie miękki głos Zayna oraz uczucie jego dłoni spoczywającej na moim ramieniu. Unosząc ciężkie powieki, dostrzegłem pochylającego się nade mną z kubkiem zielonej herbaty mulata, który wielokrotnie powtarzał moje imię.
-Obudź się, bracie. Zajmujesz całą kanapę, nie mam gdzie usiąść - powiedział następnie, na co ja zaśmiałem się cicho.
-Jaka urocza pobudka - odparłem sarkastycznie, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Trzeba było spać w łóżku, a nie na kanapie, to może Harry lepiej by o nią zadbał - droczył się ze mną, zajmując miejsce na kanapie.
-Nie mogłem zasnąć, nie chciałem mu przeszkadzać - odparłem, ziewając przeciągle.
-Rozumiem. A jak tam z twoją mamą? - spytał, upijając łyk swojej herbaty.
-Emocjonalnie - udzieliłem wymijającej odpowiedzi, wzruszając ramionami.
-Słyszałem wasz płacz - zaśmiał się, kręcąc głową z rozbawieniem.
-Oh, zamknij się, to nie jest zabawne - szturchnąłem go łokciem, lecz sam również nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu cisnącego się na moje wargi.
                   Niespodziewanie w progu salonu stanął Harry. Jego włosy były roztrzepane, piżama zwichrzona, a puste oczy podkrążone. Przez chwilę chłopiec wpatrywał się w nas obojętnie, by następnie przenieść wzrok na kubek Zayna. Odgarniając kilka niesfornych loków z twarzy, podrapał się po policzku, przerywając panującą pomiędzy nami ciszę.
-Mogę dostać coś do picia? - poprosił, brzmiąc przy tym niepokojąco słabo.
-Jasne, weź sobie z kuchni - odparł mulat z ciepłym uśmiechem na ustach, którego brunet nie był w stanie odwzajemnić.
-Na pewno mogę? - postanowił się upewnić, nieśmiało ruszając w stronę drzwi.
-Oczywiście, czuj się jak u siebie w domu - rzucił uprzejmie, upijając kolejny łyk herbaty.
-Jak w domu? - powtórzył Harry drżącym głosem, a ja poczułem, iż nie wyniknie z tego nic dobrego.
-Tak? - odparł zmieszany Zayn.
-W porządku - tchnął Loczek, pokonując próg kuchni, a ja momentalnie poderwałem się z kanapy, ruszając za nim. Przyglądając się owej scenie ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy, mulat uczynił to samo, stając obok mnie. Zanim jednak zdążyliśmy go powstrzymać, Harry wyciągnął z szafki szklankę, którą z zimną krwią upuścił na ziemię, patrząc jak rozbija się na drobne kawałeczki.
-O mój Boże, tak bardzo przepraszam - jęknął z faktyczną skruchą. Zayn otwierał już usta, zapewne, by powiedzieć, że nic się nie stało, gdy nagle brunet postanowił kontynuować.
-Przepraszam? Przepraszam? Myślisz, że to twoje pieprzone przepraszam odkupi szklankę, na którą pracowałem w pocie czoła?! - mówił chłopiec, nieco zniżając ton.
-Nie... Przepraszam, ja nie chciałem - wykrztusił, powracając do swojego zwykłego głosu.
-Ja też nie chciałem mieć za syna takiego cholernego nieudacznika, który psuje wszystko czego się dotknie, ale jakimś cudem skończyłem tu z tobą! - uniósł się, kontynuując swój podzielony na role monolog, w czasie, gdy ja i Zayn przyglądaliśmy się mu w osłupieniu, kompletnie nie mając pojęcia co ze sobą począć.
-Przepraszam, tato, to było niechcący - tchnął, kuląc się w sobie, by po chwili uronić pierwszą łzę.
-Niechcący? Nawet się nie waż drugi raz błagać matki na kolanach o jedzenie, bo nawet gdyby się nad tobą zlitowała to nie miałaby ci go na czym podać, jeśli do tego czasu zdążysz zniszczyć wszystkie talerze! Co jest z tobą nie tak? Jesteś jakimś niedorozwojem, czy tłuczenie naczyń to twoje nowe hobby?! Chyba dawno nie miałeś złamanej ręki, co?! - krzyczał, lecz obniżenie głosu uniemożliwił mu wstrząsający jego ciałem szloch.
-Przepraszam, ja ją odkupię, naprawdę, przepraszam - płakał otwarcie, zaciskając pięści w swoich włosach.
-Odkupisz? Nie rozśmieszaj mnie! Skąd niby weźmiesz na to pieniądze?! Spróbuj tylko zacząć żebrać albo się sprzedawać, a następnym raz zatłukę cię na śmierć jak psa, którego zdecydowanie wolałbym mieć zamiast ciebie! Już wystarczający wstyd przyniosłeś mojej rodzinie! - wrzeszczał przez łzy.
-Ale tato, to tylko szklanka, przepraszam, że ją stłukłem, to był wypadek - płakał, krztusząc się słowami.
-Wypadek? A czy jeśli stłukę ci kolejną na tej parszywej mordzie, to też będzie wypadek?! - wypluł z obrzydzeniem.
-Tato, proszę, nie - jęknął, zalewając się potokiem łez. Następnie wyciągnął z szafki kolejną szklankę, zawieszając rękę w powietrzu, zupełnie jakoby przymierzał się do rozbicia jej o własną głowę. Zaalarmowany szybko podbiegłem do chłopca wyrywając mu ją z drżącej dłoni, po czym odstawiając ją na blat, przyciągnąłem bruneta do mocnego uścisku.
-Harry, już wystarczy! - zawołałem przerażony, tuląc go do siebie z całej siły, gdy ten starał się za wszelką cenę dosięgnąć szklanki.
-Nie, jeszcze "A teraz posprzątaj tu, sukinsynu" - zapłakał, w dalszym ciągu mi się wyrywając.
-Nie to Zayn miał na myśli mówiąc, żebyś czuł się jak w domu - powiedziałem, trzymając go mocno, by nie pokaleczył się o odłamki szkła rozrzucone się po podłodze w czasie, gdy mulat zabrał się za ich zamiatanie.
-Ale tak było w domu i skoro mam wrócić to powinienem już zacząć się przyzwyczajać - wykrztusił, dusząc się łzami, w końcu poddając się i obejmując mnie ramionami.
-Przecież nigdzie nie wracasz, słoneczko - starałem się go uspokoić, czule gładząc jego plecy.
-Ale wczoraj mówiłeś, że chcesz wrócić... - szepnął ledwie słyszalnie.
-Mówiłem też, że nie mogę. Obiecałem, że zabiorę cię do Paryża i to właśnie zmierzam zrobić, bo ja... - zapewniłem.
-...bo ty dotrzymujesz obietnic... - dokończył w moim imieniu brunet.
-Właśnie - wymruczałem, czule całując jego skroń.
-Ale wszystkich? - postanowił się upewnić.
-Oczywiście - odparłem, jednak odniosłem wrażenie, jakoby jeszcze bardziej go to dobiło. - Już wszystko w porządku? - spytałem po chwili z troską wymalowaną na twarzy.
-Nie. Nigdy nie było, nie jest i nie będzie, bo ja nie jestem w porządku - ponownie wybuchnął płaczem.
-Harry, nie mów tak... - westchnąłem, czując jak moje serce rozsypuje się na drobne kawałeczki.
-Ale gdyby tak nie było to nie zostawiłbyś mnie dziś w nocy. Dlaczego kazałeś mi spać samemu, Lou? - załkał w zagłębienie mojego ramienia i nagle wszystko stało się dla mnie jasne.
-O mój Boże, tak bardzo przepraszam, nie mogłem zasnąć i nie chciałem ci przeszkadzać, zupełnie zapomniałem o... Jezus Maria, Harry, tak strasznie mi przykro... - mruczałem na wprost jego skóry, całując kolejno jego szyję, policzki oraz żuchwę i linię szczęki. - Znów miałeś ten sen? - spytałem, na co ten słabo skinął głową. - Przepraszam, słoneczko, zupełnie o tym zapomniałem, ale to był tylko sen, jestem tu z tobą i wszystko jest już w porządku. Możesz się dla mnie uśmiechnąć? - jęknąłem błagalnym tonem, lecz chłopiec zignorował moją prośbę. - Nie pamiętasz już czemu nazywam się słoneczkiem? - spytałem, unosząc jedną brew. Nie mogąc dłużej wytrzymać, brunet wyciągnął wargi w lekkim, jednakowoż szczerym uśmiechu, spoglądając na mnie przez łzy. - Wyglądasz lepiej, gdy się uśmiechasz - szepnąłem, składając na czubku jego nosa słodkiego całusa.
-Patrzysz na mnie ładniej, gdy się uśmiecham - wychrypiał w odpowiedzi, ponownie się we mnie wtulając.

14 komentarzy:

  1. Śmiech,płacz, śmiech przez łzy a później rozpacz.
    Biedactwo. Harry jest taki wrażliwy, jak można zrobić coś takiego? on jest jak pluszowy miś, ciągle chce się go przytulać i kochać do końca życia.
    Jestem ciekawa jak to się skończy...
    @PolishCurls

    OdpowiedzUsuń
  2. MATKO MATKO TO JEST TAKIE PIĘKNE, ŻE DOSŁOWNIE TERAZ KAŻDY ROZDZIAŁ I KAŻDE ZDANIE CZYTAM Z PISKIEM I ŁZAMI W OCZACH <3 :') Masz taaaaaaaaaaaaaaaaaaaki wielki talent do pisania że po prostu jak się czyta to to trafia tak prosto do serca.
    Jesteś wspaniała, czekam na kolejny rozdział! xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Super po prostu bomba!!Wzruszyłam się to czytając biedactwo z Harrego jest ten telefon od mamy to że wszyscy płakali to było naprawde super!!
    Masz wielki talent!!Uwielbiam twoje dzieła i z niecierpliwością czekam na następny!!!
    @Biskarolinka

    OdpowiedzUsuń
  4. hahhaha, "robie Harremu dobrze" xd I ten Hazz z nadzieją^^
    Rozdział świetny (as always <3)
    Nie moge się doczekać, aż w końcu naprawdę zrobi Harremu dobrze^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś jakaś niewyżyta?

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  5. Jeju tyle emocji za duzo dla mnie,jezu ;-; I Harry wpadający w ten monolog o matko,to było straszne. Dobrze że Lou go uspokoił... Boże cudowny rozdział,co ja zrobię jak już się skończy te opowiadanie? To uzależnia,serio... najhhakh czekam na kolejny xx @Larreh3

    OdpowiedzUsuń
  6. Jezu. Płacze. Po raz pierwszy nie wiem co napisać.

    OdpowiedzUsuń
  7. och tyle płaczu ...
    Nie mogę uwierzyć, że to nie długo koniec :"(

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja pitole... To chyba najbardziej wzruszająca rzecz, jaką kiedykolwiek przeczytałam... Tyle płaczu ;( Kocham to! <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Omg omg omg kocham to tak bardzo isisidiis jejku jaki emocjonujący rozdział.. Aż się prawie sama popłakałam, serio.. A Lou pierwszy raz zapomniał o obietnicy, ale w sumie po takiej nocy można mu wybaczyć.. Jestem strasznie ciekawa co będzie dalej w takiej sytuacji.. Czekam na next xx
    Kocham Cię xx
    //@ShipperMonte

    OdpowiedzUsuń
  10. Ooo! My feelings!! Najpierw wszyscy płakali i mi też się chciało wyć, potem było dobrze, a potem Harry zaczął udawać swojego ojca i już myślałam, że zabiję sukinsyna, ale potem Lou go uspokoił, ale mnie i tak się chce płakać, bo koniec był taki mega słodki!!! Boże, jesteś cudowna! Szkoda, że to opowiadanie się kończy i że nie będziesz już pisać :( Kckckc :**

    OdpowiedzUsuń
  11. O matko, niesamowite! Wzbudzasz we mnie tyle emocji! Kocham to opowiadanie calym sercem

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak pięknie piszesz!

    OdpowiedzUsuń