sobota, 11 października 2014

Rozdział XXX

                   "Ale ja nigdzie nie jadę, Lou..."
                   W chwili, w której owe słowa opuściły wargi Harrego, odniosłem wrażenie jakoby świat wokół nas nagle się zatrzymał. Jakoby czas zwolnił, a łzy spływające po twarzy chłopca zastygły w miejscu. Nic jednak nie było w stanie opanować natarczywego bicia mego serca oraz niekontrolowanego drżenia rąk. Przez chwilę przyglądałem się zielonookiemu, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Oniemiały, poczułem jak cała krew odpływa z mojej zaniepokojonej twarzy. Za godzinę odpływał nasz pieprzony prom! Nie mógł tak po prostu zmienić zdania w ostatniej chwili! A już na pewno nie bez powodu.
-Ja nigdzie nie jadę, Lou... - powtórzył zdławionym szeptem, w dalszym ciągu zanosząc się płaczem.
-Ale... ale jak to? - wykrztusiłem wreszcie, klękając na ziemi, pomiędzy jego roztrzęsionymi nogami, słodko zwisającymi z krawędzi łóżka.
-Normalnie! Nigdzie nie jadę i już - zapłakał, trąc mokre powieki piąstkami.
-Dlaczego, Harry? Dlaczego? Nic nie rozumiem, przecież... - zacząłem, lecz nie było dane mi dokończyć.
-Okłamałeś mnie kiedyś? - spytał niespodziewanie.
-Nie, oczywiście, że nie! - zaprzeczyłem szybko, niemalże urażony.
-A dotrzymujesz wszystkich obietnic? - ciągnął, spoglądając na mnie wyzywająco, poprzez wypełnione po brzegi łzami, szmaragdowe tęczówki.
-Przecież już ci mówiłem, że tak. Gdybym nie zamierzał ich dotrzymać, nigdy bym ich nie złożył - zapewniłem, pocierając jego udo w kojącym geście.
-Przemyśl to. Jesteś pewien? - tym razem jego spojrzenie było smutne, natomiast ton nieco błagalny.
-Jestem pewien - odparłem hardo.
-Dlatego nie chcę nigdzie jechać! - zapłakał, mocno zaciskając powieki, spod których począł sączyć się kolejny potok łez.
-Harry, słoneczko, nadal nic nie rozumiem, co się stało? - spytałem głosem pełnym troski i przejęcia.
-Bo ja wcale nie chcę, żebyś zawsze był ze mną szczery. Nie mógłbyś choć raz mnie okłamać? - mówił, zupełnie zbijając mnie tym z tropu.
-O czym ty mówisz? Czemu miałbym to zrobić? - wypaliłem, zaciskając dłonie na jego udach.
-Ja nigdzie nie jadę... - powtórzył głucho, unikając odpowiedzi na moje pytania.
-Mógłbyś chociaż powiedzieć mi dlaczego? Myślałem, że wyjedziemy razem do Paryża i zaczniemy wszystko od początku. Czy nie tego chciałeś? - spojrzałem na niego zrezygnowany, a w moim głosie po raz pierwszy rozbrzmiało rozczarowanie.
-Chciałem, ale już nie chcę! - zawołał rozpaczliwie. - Nie chcę zaczynać niczego od początku, tak jak jest teraz jest mi dobrze! - dodał, wylewając z siebie kolejny potok łez.
-Co masz na myśli? - poruszyłem się niespokojnie.
-Jeszce, gdy byliśmy u Liama, powiedziałeś, że po dotarciu do Paryża nasze drogi się rozejdą. A przecież ty nigdy mnie nie okłamałeś! Nie chcę zaczynać od początku, jeśli ma by to początek mojego życia bez ciebie - płakał, spuszczając głowę, by tylko uniknąć kontaktu wzrokowego.
-Ja... - zacząłem, lecz chłopiec przerwał mi wpół słowa.
-Nie chcę płynąć do Francji. Wolę zostać w Anglii - wyszeptał, pociągają nosem. - Tu, gdzie mnie kochasz...
-Harry, ja... - ponownie starałem się odezwać, lecz chłopiec skutecznie ignorował wszystkie moje próby.
-Zaufałem ci, opowiedziałem o moich rodzicach, przebolałem Nialla i Valerie, wyznałem miłość, pozwoliłem odebrać coś czego z całą pewnością już nie odzyskam... - wyliczał. - Nie możesz po tym wszystkim tak po prostu mnie zostawić. Samego, w Paryżu. Nie rozumiesz, że jesteś wszystkim co mam? Zabierając mnie z domu oderwałeś mnie od poprzedniego życia i dałeś mi nowe. Ale ma ono jeden szkopuł, wiesz? Na chwilę obecną kręci się tylko i wyłącznie wokół ciebie. Co ja do jasnej cholery mam zrobić ze sobą w Paryżu? - dzielił się ze mną wszystkim co leżało mu na sercu, jednocześnie nie mogąc odnaleźć w sobie wystarczająco wiele odwagi, by spojrzeć mi w oczy. W chwilach takich jak ta, Harry zdejmował swoją maskę niedojrzałego dziecka, ukazując mi tak dogłębnie skrywaną część siebie. Tego przerażonego oraz przytłoczonego życiem nastolatka, który nie potrafił odnaleźć swego miejsca na świecie.
-Harry... - westchnąłem, by zwrócić na siebie jego uwagę, lecz chłopiec jedynie obdarzył mnie krótkim, przygnębionym spojrzeniem, ponownie spuszczając głowę.
-Zawsze myślałem, że jestem twoim Małym Księciem. Dlaczego teraz czuję się jak pieprzony lis? Jesteś odpowiedzialny za to co oswoisz, Lou - powiedział niemalże z wyrzutem, nie walcząc z kolejnym przypływem łez.
-Harry, słoneczko, kochanie, mój najdroższy, skarbie, kotku, misiu, księżniczko, bo nie potrafię odmienić słowa książę - szepnąwszy, ująłem zapłakaną twarz chłopca w dłonie, obserwując jak wraz z każdym pieszczotliwym określeniem, kąciki jego ust niemalże niedostrzegalnie unoszą się ku górze. - Chyba oszalałeś, jeśli myślisz, że potwierdzę choć jedno z tych absurdalnych słów, które właśnie opuściły twoje usta i razem składają się w jeszcze większy absurd - powiedziałem niemalże zdegustowany, by następnie czule ucałować skroń bruneta.
-Ale mówiłeś... - zaczął, po raz pierwszy prawidłowo spoglądając mi w oczy z pewną dozą niepewności.
-Wiem co mówiłem, nie musisz mi przypominać. I to nie tak, że cię okłamałem, oczywiście, że nie. Sądziłem, że to oczywiste, że wraz z naszą sytuacją zmianie ulegają również nasze plany. Wtedy u Liama wszystko wyglądało inaczej. Ale chyba nie myślisz, że teraz, gdy jestem twoim chłopakiem, gdy mi zaufałeś, gdy kocham ciebie, a ty mnie, gdy oddałeś mi to czego z pewnością nie jestem w stanie ci zwrócić i po tym wszystkim co nam się przydarzyło, tak po prostu cię zostawię? Wtedy to ja musiałbym być szalony - pokręciłem głową z dezaprobatą.
-Naprawdę? - jęknął, słabym głosem.
-Harry, wiem, że właściwie i tak jak na to zasługujesz, powiedziałem, że cię kocham dopiero dzisiejszego poranka, jednak mówiąc to, to właśnie miałem na myśli. I proszę cię, nigdy w to nie wątp - odparłem ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy.
-W porządku - szepnął z lekkim uśmiechem, delikatnie skinąwszy głową.

                   Szczerze mówiąc nie pamiętam zbyt wiele z kolejnych kilku godzin. W głównej mierze wypełnione były one pośpiechem, pakowaniem się, wylewnym pożegnaniem z Zaynem, który odprowadził nas do portu oraz telefonem od mojej mamy. Cała podróż promem nie trwała dłużej niżeli siedemdziesiąt minut, które wraz z Harrym przegadaliśmy z moją rodzicielką. Nawet moje siostry postanowiły przywitać się z nami krótkim, lecz niezwykle wytęsknionym przeze mnie "cześć". Kolejnym przystankiem naszej eskapady było przekroczenie granicy, które szczerze mówiąc było jednym z najbardziej stresujących momentów w moim życiu. Zayn musiał jednak odwalić kawał dobrej roboty, albowiem nikt nie dostrzegł niczego podejrzanego w naszych "dowodach". Odetchnąwszy z ulgą, opuściliśmy port, piechotą udając się do najbliższej drogi. Uświadamiając sobie, iż po tylu tygodniach, przygodach i przeciwnościach losu, w końcu cali i zdrowi jak gdyby nigdy nic, szliśmy poboczem, francuskiej jezdni, niespodziewanie porwałem Harrego w ramiona, całując go ze wszystkich sił, jakby jutra nie było. Podzielając mój entuzjazm, chłopiec oddał pieszczotę z równym zapałem, ignorując trąbiące na nas samochody. Podążając dalej, w zupełnie obcym nam kierunku, wyciągnęliśmy swoje kciuki w górę, licząc na podwózkę jako naszą ostatnią deskę ratunku. Po niespełna piętnastu minutach (za co dziękowałem urokowi osobistemu Harrego) na poboczu zatrzymała się starsza pani, pytając nas dokąd chcielibyśmy się udać. Gdy padła nasza odpowiedź, kobieta nieco speszyła się, tłumacząc, iż to dość daleko, lecz w rezultacie nie mając nic lepszego do roboty zgodziła się zawieść nas do Paryża, pod warunkiem, że zapłacimy za paliwo. Uznając to za sprawiedliwe, wskoczyliśmy na tylne siedzenia nie mogąc doczekać się dotarcia do celu. Margaret okazała się być uroczą, otwartą na nowe znajomości staruszką, dzięki czemu podróż jej autem upłynęła nam niezwykle szybko oraz na dodatek w przemiłej atmosferze. Szczerze mówiąc nigdy w życiu nie przeszło mi przez głowę, że mógłbym kiedykolwiek być wdzięczny mojej mamie za zmuszanie mnie do nauki francuskiego, który ku mojemu zdziwieniu Harry znał równie dobrze co ja. Nie potrafię jednak opisać tego co działo się w mojej głowie i sercu, gdy w akompaniamencie pisków i szlochu Harrego, wyglądałem przez okno samochodu, uważnie śledząc wzrokiem pięknie oświetloną wierzę Eiffla. Nadal płacząc ze szczęścia oraz nie mogąc dojść so siebie, brunet począł dziękować mi za wszystko co dla niego zrobiłem oraz nieustannie powtarzać jak bardzo mnie kocha. Następnie nie zważając na obecność Margaret, złączył nasze usta w zachłannym pocałunku, na który na nasze szczęście kobieta zareagowała wybuchem rozczulonego śmiechu. W momencie, w którym chłopiec uwolnił moje wargi, a ja byłem zdolny do odpowiedzi, staruszka spytała nas o dokładny adres, w którym chcielibyśmy się zatrzymać. Podczas, gdy ja speszony drapałem się po głowie, Harry w pośpiechu przeszukał swój plecak, wyciągając z niego kopertę, którą pokazał staruszce. Czytając z niej adres, Margaret skinęła głową z ciepłym uśmiechem. Zaskoczony otwierałem już usta, by spytać zielonookiego o zaistniałą sytuację, lecz ten zamknął mi je kolejnym namiętnym pocałunkiem. Nie oponując, oddałem pieszczotę, zachowując swoje wątpliwości na potem. Zatrzymując się pod prześliczną kamienicą, Margaret pożegnała się z nami czule, wysłuchując mojej przemowy o tym jak niezmiernie jesteśmy jej wdzięczni. Następnie odjechała, pozostawiając nas samych sobie w ciemnej dzielnicy, która w przeciwieństwie do centrum, nie tętniła życiem.
-Hmm, Harry, gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce? Na czym do cholery zapisany miałeś ten adres? Kto ci go zapisał? Czemu...? - wyrzuciłem z siebie w amoku, dając się ponieść wciąż buzującym we mnie emocjom.
-To list - odparł prosto, nieco się spinając.
-Kiedy go dostałeś? - zdziwiłem się.
-Trzy lata temu - odparł, zniżając głos.
-I miałeś go przy sobie przez cały ten czas? - spojrzałem na niego wielkimi oczyma.
-Zawsze mam go przy sobie - odparł, podkreślając pierwsze słowo.
-Ale czemu? Kto ci go wysłał? Czemu tu jesteśmy? - pytałem, w dalszym ciągu nic nie rozumiejąc.
-Ona tu mieszka... - szepnął po chwili, spuszczając głowę.
-Możesz powtórzyć? - tchnąłem słabym głosem, czując jak grunt usuwa mi się spod nóg.
-Ona tu mieszka - powiedział jeszcze raz, podnosząc wzrok na moje płonące gniewem tęczówki.
-Nie, nie, nie, nie, nie... - mówiłem, z niedowierzaniem kręcąc głową. - Nie mówisz poważnie, prawda? Nie możesz być w tej chwili, kurwa poważny! - warknąłem, czując zalewającą mnie falę rozgoryczenia. - Jak mogłeś? Jak...? Nie wierzę po prostu nie wierzę. Wtedy u Nialla, ja... Ja podejrzewałem, że mnie wykorzystujesz, ale... Ale myślałem, że to tylko wymysł mojej wyobraźni. Byłem taki głupi! Nie mogę uwierzyć! Kto by pomyślał, że potrafisz być tak perfidny! I na dodatek cała ta dzisiejsza szopka! Miałeś to zaplanowane od początku do końca, prawda?! - krzyczałem, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu.
-Lou, o czym ty mówisz? - chłopiec spojrzał na mnie przerażony.
-Zaciągnąłeś mnie do pieprzonego Paryża, żeby odzyskać swoją byłą dziewczynę! - wykrzyczałem, czując łzy napływające do moich oczu.
-Lou, jesteś taki głupi! - zawołał, łapiąc się za głowę.
-Oh, czyli teraz zamierzasz dodatkowo mnie obrażać, w końcu to nie tak, że upokorzyłeś mnie już wystarczająco - mówiłem załamany, natomiast patrzenie na chłopca stało się dla mnie na tyle trudne, by zmusić mnie do odwrócenia się od niego plecami, oraz schowania twarzy w drżących dłoniach. Do jasnej cholery! To ja miałem być Olivią w tym związku, nie on! Czemu to zawsze przydarzało się właśnie mnie?!
-Ale Lou! - pisnął chłopiec, łapiąc mnie za ramię, na które począł napierać z całej siły.
-Co ty wyprawiasz, idioto? - starałem się warknąć, lecz widok ten był zbyt rozczulający, bym mógł się nie uśmiechnąć.
-Chciałem popchnąć cię na ścianę i dać ci buziaka, żebyś wreszcie się zamknął, ale nie mam tyle siły. Zepsułeś taki romantyczny moment - powiedział, faktycznie rozgniewany.
-Jeśli ktoś tu coś zepsuł, to byłeś to ty - odparłem, starając się utrzymać chłodny ton głosu. - A teraz spieprzaj do tej swojej laski i mam nadzieję, że ona da ci to czego ja nie byłem w stanie, skoro moje wszystko, okazało się być niewystarczające - splunąłem, wyrywając się z jego uścisku, po czym ruszyłem przed siebie, w czarną otchłań.
-Jezu, Louis, jesteś taki bardzo, ale to bardzo głupi - warczał Harry, ponownie ciągnąc mnie za ramię w swoją stronę, po tym jak dorównał mi kroku.
-Mógłbyś do jasnej cholery, dać mi wreszcie spokój? Nie sądzisz, że zrobiłeś już wystarczająco wiele? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, na wprost jego twarzy, z całej siły przypierając go do ściany kamienicy. Zadowolony z takiego obrotu spraw, brunet wpił się w moje wargi składając na nich czuły pocałunek, którego nie odwzajemniłem.
-Louis, no! Całuj mnie! - zażądał, uderzając pięścią w moją klatkę piersiową.
-Niech twoja dziewczyna cię pocałuje - prychnąłem, pragnąc postawić krok do tyłu, lecz chłopiec przyciągnął mnie z powrotem za kołnierzyk mojej koszulki.
-Naprawdę jesteś głupi! Nie będę całował Gemmy, to ohydne! - jęknął zdegustowany, lekko się krzywiąc.
-Słucham? - ściągnąłem brwi, czując się kompletnie skołowany.
-Gemma to moja siostra - wyznał w końcu, delikatnie gładząc dłonią mój policzek.
-Masz siostrę? - wypaliłem, zszokowany, na co chłopiec twierdząco skinął głową. - I mówiąc "ona" cały czas miałeś na myśli ją? - ciągnąłem, po czym brunet powtórzył swój gest. - O mój Boże... - westchnąłem, załamany głupotą nas obu.
-Mówiłem, że jesteś głupi. I mówiłem, że to tylko ty. I, że ona kochała mnie w inny sposób. Jej, ty naprawdę jesteś głupi. Albo głuchy - zażartował ze mnie Harry, nadal nie tracąc dobrego humoru.
-Zamknij się. Nawet nie wiesz jak bardzo mnie wystraszyłeś, bałem się, że cię stracę - tchnąłem, przyciągając go do wręcz miażdżącego uścisku.
-Czyli jednak głupi - zachichotał w zagłębienie mojego ramienia. - Mógłbyś się ze mną kochać? - wypalił niespodziewanie, z zakłopotaniem mierząc białą kamienicę wzrokiem.
-Słucham? - odciągając go od siebie na odpowiednią odległość, posłałem mu pytające spojrzenie.
-Czyli jednak głupi i głuchy - posłał mi rozbawiony uśmiech. - Kochaj się ze mną - powtórzył, lecz tym razem nie było to pytanie.
-Co się stało? - westchnąłem, spoglądając na niego wyczekująco.
-Tu i teraz. Jestem gotowy - mówił szybko, unikając kontaktu wzrokowego.
-Harry, daj spokój. Co się stało? - powtórzyłem, domagając się odpowiedzi.
-Chciałem odwiedzić Gemmę, ale doszedłem do wniosku, że to jednak nie jest wcale taki dobry pomysł i próbowałem odwrócić twoją uwagę zanim zaczniesz o nią pytać - wyśpiewał jak na spowiedzi, spuszczając głowę.
-Czemu Gemma mieszka w Paryżu? Czemu nosisz przy sobie list, który wysłała ci trzy lata temu? - począłem wyliczać pytania. Nie chciałem robić Harremu na złość, one po prostu prędzej czy później musiały zostać zadane. - Czemu... czemu sądzisz, że ona już cię nie kocha...? - zakończyłem nieco ciszej, ujmując jego twarz w dłonie, by uświadomić sobie, iż przez ten czas zdążyła już zalać się łzami.
-Spokojnie, słoneczko, to nie pierwszy raz, gdy mówisz mi coś podobnego. Oddychaj, w porządku? - starałem się go uspokoić, w kojącym geście delikatnie przecierając kciukami jego policzki. - Na koniec dostaniesz buziaka i od razu poczujesz się lepiej, hmm? - zaproponowałem z lekkim uśmiechem, na co Harry zgodził się skinieniem głowy.
-Um, ja... Kiedyś opowiem ci wszystko dokładnie, ale jeszcze nie teraz, w porządku? - zaczął, a ja przytaknąłem, zachęcając do go kontynuowania. - To co zrobiłem wtedy u Zayna... ja naprawdę nie chciałem... nie wiem czemu to zrobiłem... ja po prostu... - urwał, a ja postanowiłem dodać mu odwagi, czułym pocałunkiem. - W każdym razie to co mówiłem to była prawda... tata rzucił we mnie wtedy tą szklanką... albo kilkoma... jedna... rozbiła się i tam było tak dużo krwi, Lou, tak dużo... wtedy zrobił mi to... - wyszeptał, dotykając blizny na swoim lewym obojczyku, którą ja czule ucałowałem, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy po opuszczeniu Cornerstone kąpaliśmy się w jeziorze. Byłem z niego taki dumny, gdy na jego policzkach przestały pojawiać się świeże łzy. - I nagle... nagle pojawiła się Gemma... krzyczała... broniła mnie... Nie tak jak mama... ona zawsze była po mojej stronie... Ale wtedy... wtedy tata... i ona... i my... - zaciął się, poczynając przegrywać walkę ze łzami.
-Cii, słoneczko, nie musisz mówić, przejdź dalej - uspokoiłem go, delikatnie głaszcząc jego policzek.
-Trafiliśmy razem do szpitala... Któregoś dnia przyszli tam panowie policjanci... Rodzice kazali nam skłamać, że to była głupia zabawa i sami to sobie zrobiliśmy, a oni... a oni uwierzyli... - załamał się, kręcąc głową z niedowierzaniem, a jedyną rzeczą powstrzymującą go od wybuchnięcia płaczem były moje czułe gesty. - Potem ja wyszedłem, ale Gemma została jeszcze na kilka dni... Gdy ją odwiedziłem, powiedziała, że nie wróci do domu... Wyprowadziła się do Briana, jej chłopaka... On był bardzo fajny, lubiliśmy się... Często ich odwiedzałem, ale któregoś dnia nie zastałem ich w domu... Kilka dni później dostałem list... My... my nie mieliśmy telefonów. Napisała mi list. Z drugiego końca kraju... Napisała, że szukają z Brianem swojego miejsca... Nie odzywała się miesiąc. Kolejny list był z Paryża... Rozumiesz, Lou, z cholernego Paryża?! - jęknął wręcz rozpaczliwie. - Pisała, że mieszkają u pewnej starszej pani, którą się opiekują. Ona była chora, bardzo chora. Po jej śmierci mieli dostać mieszkanie, więc na pewno nadal tam są. Gemma obiecała, że gdy uzbierają wystarczająco dużo pieniędzy, wrócą po mnie... Ale ja nie uwierzyłem... Ona zostawiła mnie tam samego, Lou! Zostawiła mnie samego z tatą! Był taki zły, gdy dowiedział się, że wyjechała... Jak myślisz, komu się za to oberwało? Oczywiście, że mnie! Ja... Czytając te list byłem taki zły... Zacząłem pisać, że jej nienawidzę, że nie chcę żeby kiedykolwiek więcej się do mnie odzywała i całą masę przykrych słów... Zanim się obejrzałem wrzuciłem ten list do skrzynki, a gdy uświadomiłem sobie co zrobiłem, pobiegłem do domu napisać drugi... z przeprosinami... Ale gdy chciałem wyjść, żeby go wysłać, w drzwiach wpadłem na tatę... zobaczył, że kontaktuję się z Gemmą... jeszcze nigdy nie widziałem go tak wściekłego, Lou, to było straszne... - w tym momencie łzy oblały jego policzki, natomiast szloch wstrząsnął ramionami, jednak w obliczu takich wspomnień, na marne poszłyby moje próby uspokojenia go. Po prostu pozwoliłem mu mówić dalej, mając nadzieję, iż zdawał sobie sprawę z tego, że mimo wszystko zawsze mógł na mnie liczyć. - Krzyczał na mnie... bił... robił to co zawsze, ale dwa razy gorzej... aż nie podarł listu i nie złamał mi ręki, bym nie mógł napisać kolejnego... - zapłakał, a ja przyciągnąłem go do mocnego uścisku. - Nie odważyłem się napisać znowu... Gemma musiała dostać moją pierwszą wiadomość i tak jak ją prosiłem, więcej się nie odezwała... Wszystko zepsułem Lou... Ona była jedyną osobą, która mnie kochała... Wszystko zepsułem... - płakał w zagłębienie mojego ramienia, tuląc mnie do siebie mocno, zupełnie jakoby prosił, bym nigdy go nie puszczał.
-Oh, słoneczko - westchnąłem, całując czule jego skroń. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Już nigdy nie zobaczysz swoich rodziców, nie musisz się o to martwić - szeptałem do jego ucha, kojąco gładząc go po plecach.
-W porządku - załkał w materiał mojej koszulki.
-A teraz chodźmy do Gemmy, na pewno ucieszy się na twój widok - zaproponowałem, rozluźniając swój uścisk.
-Nie, Lou, ona mnie nienawidzi. Wszystko zepsułem. Nie mogę tak po prostu przyjechać do niej po trzech latach, ona nawet mnie nie pozna - zapłakał, spoglądając na mnie przekrwionymi tęczówkami.
-Harry, mam cztery siostry i z ręką na sercu mogę przysiąc ci, że w takich okolicznościach nie gniewałbym się na nie dłużej niż pięć minut. A już na pewno nie trzy lata. Poza tym nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz - przekonywałem go, ścierając łzy spływające wzdłuż jego bladych policzków.
-W porządku - w końcu zgodził się niechętnie, wzdychając głęboko.
                   Doprowadziwszy go do względnego porządku, wraz z Harrym przekroczyliśmy próg jeden z klatek, poczynając w ciszy wspinać się po schodach. Sprawdzając numer mieszkania na zniszczonym, nieco pożółkłym już papierze, chłopiec zatrzymał się przed drzwiami z numerem 505. Przez chwilę wpatrywał się w nie nieprzytomnym wzrokiem, z drżącą pięścią zawieszoną nad nimi w powietrzu. Pragnąc mu pomóc, zapukałem w jego imieniu, w zamian zostając nagrodzonym, spanikowanym, piorunującym spojrzeniem. Ignorując je, nachyliłem się, by tym razem użyć dzwonka, gdy drzwi niespodziewanie otworzyły się z cichym skrzypnięciem. W ich progu stanęła odziana jedynie w letnią piżamę dziewczyna, na oko w moim wieku. Nie była ona wysoka, w dalszym ciągu pozostając przy tym niezwykle zgrabną. Skłonny byłem użyć słowa filigranowa. Rysy jej twarzy do złudzenia przypominały te należące do Harrego, natomiast jej głowę zdobiła burza niebieskich włosów. Zaintrygowany niecodzienną fryzurą dziewczyny, przegapiłem moment, w którym zainteresowana wybuchła potężnym płaczem, zasłaniając swoją śliczną twarz, drżącymi dłońmi.
-O mój Boże, ja... O mój Boże, to się nie dzieje naprawdę... - mamrotała do siebie przez łzy. - Brian! Brian, wstawaj, Brian! - poczęła krzyczeć do wnętrza domu, nie zważając na późną godzinę. - O mój Boże... Nie wierzę... - powróciła do mamrotania.
-Gem... - wychrypiał chłopiec, również bliski łez.
-Harry - jęknęła dziewczyna, przyciągając zielonookiego do mocnego uścisku. - Nie mogę uwierzyć, że to ty. Tak dawno cię nie widziałam. Jesteś taki przystojny! Kiedy mnie przerosłeś?! - płakała, wtulając się w klatkę piersiową swojego znacznie wyższego brata.
-Przepraszam za to co napisałem, ja wcale tak nie myślę, byłem zły, przepraszam, chciałem przeprosić cię wcześniej, ale tata mi zabronił, złamał mi rękę, gdy próbowałem, za bardzo się bałem, ja... - począł się tłumaczyć, drżącym głosem.
-Domyśliłam się, Harry, to dlatego więcej nie pisałam. Nie chciałam, żeby stała ci się krzywda. Ale to nie ma znaczenia. Ważne, że teraz jesteś tu. Cały i zdrowy, bezpieczny i co najważniejsze ze mną - łkała, ściskając go z całych sił.
-Kocham cię Gem - wykrztusił chłopiec, ponownie roniąc dopiero co otarte przeze mnie łzy.
-Ja ciebie też, skarbie. Mój mały chłopiec - gruchotała pieszczotliwie, delikatnie głaszcząc go po włosach. - Ale skąd się tu wziąłeś? - spytała, starając się uspokoić.
-Wracałem ze szkoły i spotkałem Lou. On spytał mnie o drogę nad morze, bo był w drodze do Francji. Widzisz jakie miałem szczęście? - odparł, posyłając jej szeroki uśmiech.
-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że przywiózł cię tu nieznajomy?! O mój Boże, czy on zrobił ci krzywdę?! Uderzył cię?! Dotykał?! Harry, jak mogłeś być tak nieodpowiedzialny?! Przecież mogła... stać ci się... krzywda... - swój początkowy wybuch zakończyła bez przekonania, jakoby uświadamiając sobie, iż w domu nie czekałoby go nic lepszego.
-Ale Lou nie jest nieznajomym! On się mną zajmował, dbał o mnie i dawał mi jeść, gdy byłem głodny - mówił rozmarzony, ocierając ostatnie łzy. - Ale wiesz co jest najlepsze? On jest moim chłopakiem, Gem. On mnie kocha. Rozumiesz, Gem? Ktoś mnie kocha. Ktoś naprawdę mnie kocha... - wykrztusił, mimo wszystko ponownie wybuchając płaczem. Nie mogąc znieść widoku chłopca w tym stanie (nawet jeśli były to łzy szczęścia), pokonałem ostatnich kilka schodów, zagarniając go w swoje ramiona, w które brunet wpasował się idealnie, zupełnie jakoby były stworzone specjalnie dla niego.
-Może... może wejdziemy do środka? - tchnęła Gemma, zaskoczona moim widokiem, co pozwoliło mi dojść do wniosku, iż dopiero wtedy dostrzegła moją obecność.
                   W dalszym ciągu nie puszczając Harrego, przekroczyłem próg mieszkania, zamykając za sobą drzwi. W środku powitał nas wysoki brunet o niebieskich oczach, który przedstawił się jako Brian. Uścisnąwszy dłoń najpierw Gemmie, a następnie jemu, delikatnie ucałowałem skroń zielonookiego, prosząc go szeptem, by przestał płakać. Gdy nieco udało nam się uspokoić roznoszące wszystkich emocje, nie zważając na niezwykle późną porę, udaliśmy się do salonu, gdzie przy kawie streściłem Gemmie i Brianowi całą naszą podróż. Przysłuchiwali się jej z zaciekawieniem, niejednokrotnie rozpamiętując własną eskapadę. Chcąc nie chcąc musieli również być świadkami scen z przymilającym się do mnie Harrym w roli głównej, gdyż jak nigdy potrzebował on czułości. Niepotrzebnie obawiałem się jednak potępienia z ich strony, albowiem każdy nasz pocałunek odbywał się w akompaniamencie rozczulonych westchnień. Gdy po upływie kilku godzin brunet z trudem utrzymywał swoje powieki otwarte, Gemma poleciła, bym zaprowadził go do pokoju obok, w którym znajdowała się złożona wersalka. Nie kłopocząc się ścieleniem jej, ułożyłem na niej Harrego, przykrywając go ciepłym kocem. Brian również pożegnał się z nami przed wyjściem do sypialni, które usprawiedliwił przymusem wczesnej pobudki. Nim Gemma zdecydowała się do niego dołączyć, w ostatniej chwili złapałem ją za nadgarstek, posyłając jej poważne spojrzenie.
-Wiem, że jest późno... W sumie jest już praktycznie ranek... Ale czy moglibyśmy porozmawiać? To naprawdę ważne i zajmie tylko chwilę - poprosiłem, na co ta bez wahania zgodziła się, prowadząc mnie do kuchni, której drzwi na wszelki wypadek zamknęła na zamek.
-O co chodzi? Stało się coś złego? - spytała przejęta.
-Cóż, miałem nadzieję, że ty mi to powiesz - odparłem szczerze, siadając przy stole. - Mam parę pytań. Odnośnie Harrego - sprostowałem.
-Więc słucham. Zrobię wszystko co w mojej mocy, by pomóc, jednak nie wiem czy będę w stanie. Przypominam ci, że w ciągu ostatnich trzech lat nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu - westchnęła z nostalgią, siadając tuż na wprost mnie.
-Ja... um... naprawdę nie wierzę, że o to pytam, ale... Hmm, przemknęło mi to przez głowę raz lub dwa, jednak tak naprawdę nigdy nie chciałem o tym myśleć. Szczerze mówiąc chyba wolałem żyć w słodkiej niewiedzy, ale pragnąc ułożyć sobie życie z Harrym, po prostu powinienem wiedzieć. Nie mam jednak serca go o to spytać, więc zwracam się z tym do ciebie - odchrząknąłem, po stanowczo zbyt długim wstępie, w końcu przechodząc do rzeczy. - Zdaję sobie sprawę z tego co działo się w waszym domu, jednak Harry nigdy nie opowiadał mi o tym zbyt często, ani tym bardziej szczegółowo. Czy wasz ojciec... jakby to... hmm...
-Po prostu wykrztuś to z siebie - westchnęła, wywracając oczyma.
-Czy posuwał się do czegoś innego niż przemoc? - odchrząknąłem zażenowany.
-Co skłoniło cię do myślenia w ten sposób? - spojrzała na mnie oniemiała.
-Cóż, mam ku temu pewne powody, ale naprawdę... - zacząłem, lecz nie dane mi było dokończyć.
-Chcę je usłyszeć - oświadczyła prosto z mostu, tonem nieznoszącym sprzeciwu.
-Okej... - odparłem dość niepewnie. Musiałem przyznać, iż była naprawdę silną psychicznie kobietą, człowiek automatycznie czuł sie nieco przytłoczony w jej towarzystwie. - Cóż... ja... to znaczy Harry... gdy my... - w ty miejscu odchrząknąłem wymownie - zarzekał się, że był to jego pierwszy raz, ale szczerze mówiąc nie zauważyłem, by cokolwiek go... hmm... bolało? A poza tym, jeszcze zanim zadeklarowaliśmy sobie jakiekolwiek uczucia... wielokrotnie proponował mi tego typu zbliżenia, jednak nie... nie bezinteresownie. Za ich pomocą starał się prosić, przepraszać i dziękować za największe drobiazgi, wliczając w to kanapki za pół funta i... Niech nawet nie przejdzie ci przez myśl, że kiedykolwiek to wykorzystałem! Oczywiście, że nie! - zadeklarowałem szybko, czując na sobie uważne spojrzenie Gemmy. - Tylko on... traktował to tak... beztrosko, jednocześnie twierdząc, że mogą robić to tylko osoby kochające się nawzajem. Nie wiem. Jestem po prostu strasznie tym wszystkim skołowany - zakończyłem zrezygnowanym westchnieniem.
-W porządku, rozumiem - odparła dziewczyna, starając się rozluźnić atmosferę ciepłym uśmiechem. - Zacznę od rozwiania twoich wszelkich wątpliwości. Owszem, nasz ojciec był potworem, jednak nigdy nie posunąłby się do czegoś takiego. - Czując jak kamień spada mi z serca, oczekiwałem na dalsze wyjaśnienia. - Nawiązując do twoich słów... Harry wychowywał się w domu, w którym za próbę napisania listu do siostry, skończył ze złamaną ręką. Naprawdę sądzisz, że mógłby zrobić na nim wrażenie taki rodzaj bólu? - uniosła jedną brew, na co ja przecząco pokręciłem głową, zdając sobie z tego sprawę. - Um, w każdym razie, starając się przełknąć fakt, że posuwasz mojego małego braciszka... - zaczęła, lecz wszedłem jej w słowo.
-Gdy mówisz to w ten sposób, brzmi to okropnie - zwróciłem jej uwagę, krzywiąc się lekko.
-Bo to jest okropne! - zaśmiała się.
-Oh, czyli ty... to znaczy masz coś przeciwko... to znaczy...? - ponownie począłem się jąkać, przytłoczony jej spojrzeniem.
-Nie, źle mnie zrozumiałeś! Nie mam nic przeciwko tobie, ani twojej więzi z Harry, broń Boże! Wiem jak się poznaliście i że nie trwa to długo, ale jeszcze nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego, więc cokolwiek robisz, rób to dalej. Po prostu, gdy wyjeżdżałam Harry miał czternaście lat, a poza tym najzwyczajniej w świecie jest moim bratem, naprawdę trudno mi myśleć o nim w ten sposób. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona, ani tym bardziej rozczarowana takim... obrotem spraw. Harry potrzebował jakiejś silnej ręki, kogoś porządnego, kto by się nim zajął. Naprawdę nie widzę go u boku wymalowanej cizi, byłaby dla niego jedynie kolejnym problemem - wyznała, a ja poczułem jak moje wargi mimowolnie wyciągają się w ciepłym uśmiechu, który dziewczyna odwzajemniła. - Jak już mówiłam, starając się przełknąć fakt, że posuwasz mojego małego braciszka, rozjaśnię ci nieco drugą część twoich wątpliwości - westchnęła ciężko. - Cóż, jak już pewnie się domyśliłeś, rodzice karali nas nie tylko przemocą, ale też i głodówkami. Mieliśmy ograniczony dostęp do lodówki, lub zupełny jego brak. Nie było jednak legalnego sposobu, w który moglibyśmy samodzielnie zebrać pieniądze, które wystarczyłyby na wyżywienie dwójki dorastających dzieciaków. Gdy... - w tym momencie zawahała się, biorąc głęboki wdech. - Gdy miałam szesnaście lat, ja... przespałam się z synem kierownika pobliskiego sklepu. Tylko jeden jedyny raz, przysięgam! On... on w zamian, względem możliwości, dawał nam jedzenie. Któregoś dnia... któregoś dnia Harry dowiedział się o naszym... układzie i zrobił mi awanturę. Widzisz, ja i Brian byliśmy wtedy razem, ale naprawdę nie miałam wyjścia. Zaczęłam tłumaczyć Harremu, że zrobiłam to, by poprosić i podziękować temu chłopcu za pomoc, ale kocham tylko i wyłącznie Briana i jeśli kiedykolwiek to z nim zrobię, to po to, by mu to pokazać - wyznała, łamiącym się głosem. - Ja... ja byłam jego jedynym autorytetem Louis, nie potępiaj go za moje błędy... - wymruczała w swoje złączone dłonie, ze wstydem zakrywając nimi twarz. Nie mogąc się powstrzymać, obiąłem dziewczynę ramionami, pozwalając jej wtulić się w moją klatkę piersiową.
-Mam młodsze rodzeństwo, Gem, nie mógłbym potępiać cię za coś, co również zrobiłbym w twojej sytuacji - odparłem pocierając jej plecy w kojącym geście.
-Dziękuję Louis, nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy - szepnęła, pociągając nosem, by następnie rozluźnić nasz uścisk.
-Mogę zadać ci jeszcze kilka pytań? Mam nadzieję, że łatwiejszych? - poprosiłem, wracając na swoje miejsce.
-Oczywiście - skinęła głową z ciepłym uśmiechem, ocierając kąciki oczu.
-Pokemony - powiedziałem, na co ona zaśmiała się dźwięcznie.
-To nawet nie było pytanie! - zwróciła mi uwagę, rozbawiona.
-Daj spokój i tak wiesz o co mi chodzi! - wykonałem lekceważące machnięcie dłonią.
-Ja i Harry mieliśmy w pokoju telewizor, ale rodzice nie pozwalali nam go włączać, więc oglądaliśmy kablówkę dopiero około północy, gdy oni już spali. Jedynym ciekawym dla nas programem o tej porze były Pokemony. Sądzę, że to jedyna kreskówka jaką Harry kiedykolwiek oglądał - wyjaśniła, a ja westchnąłem, czując mój opadający uśmiech. Mimo wszystko przemknęło mi przez myśl, iż z wiekiem Loczka poczęły interesować również inne programy emitowane po północy, co dał mi odczuć na własnej skórze.
-Kolory? - spytałem, pozbywając się całego entuzjazmu.
-Oh, naprawdę nadal pyta o to ludzi? - zdziwiła się. - To był pewnego rodzaju kod. Używaliśmy go w pobliżu rodziców. Ja pytałam jaki jest jego ulubiony kolor, a on odpowiadał czarny - jeśli ojciec znów go uderzył, szary - jeśli był głodny, czerwony - gdy chciał, żebym go przytuliła i tak dalej. Wymyśliłam go, gdy Harry miał osiem lat, szczerze wątpię, by to pamiętał - wzruszyła ramionami.
-Podświadomie wciąż pamięta, przypisując określonym kolorom różne odczucia oraz funkcje - ziewnąłem, przecierając zmęczoną twarz dłońmi.
-Wow. Powinieneś studiować psychologię czy coś w tym stylu - rzuciła, przyglądając mi się rozbawiona.
-Myślę, że to, że mnie z niej wyrzucili było pewnego rodzaju znakiem - zaśmiałem się sucho, wstając z krzesła.
-Słucham? - ściągnęła brwi w konsternacji.
-To długa historia. Opowiem ci ją kiedy indziej. A póki co, czas najwyższy kłaść się spać, nie sądzisz? Robi się już jasno - zauważyłem, ruszając do drzwi.
-Louis - głos Gemmy zatrzymał mnie w progu. - Widzę jak Harry na ciebie patrzy. On przez całe swoje życie nie kochał nikogo prócz mnie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, z tego jaki zaszczyt, ale i odpowiedzialność spotkały cię zarazem. Mam tylko jedną prośbę. Nie opuszczaj go, w momencie, gdy jesteś wszystkim co ma. Nie popełnij mojego błędu. Nie zrań go w ten sam sposób, co ja - mówiła śmiertelnie poważnym tonem, patrząc na mnie poprzez lśniące w jej oczach łzy.
-Mogę ci to obiecać - odparłem, by następnie opuścić kuchnię i udać się do niewielkiego pokoju, gdzie zastałem Harrego smacznie śpiącego na bordowej wersalce. Wciskając się obok niego, okryłem nas obu kocem, mocno wtulając się w jego plecy.
-O czym rozmawiałeś z Gemmą? - spytał sennym głosem, nie kłopocząc się otwieraniem oczu.
-O tym jak śliczny jesteś - szepnąłem, całując czule jego ramię.
-Nieprawda - ziewnął, zatapiając twarz w miękkiej poduszce.
-Owszem, nieprawda - przytaknąłem. - Jednak z tego co pamiętam, sam prosiłeś mnie o to, bym choć raz cię okłamał. Właśnie wykorzystałem swój jeden raz - wymruczałem w skórę jego ramienia, delikatnie muskając ją wargami.
-W porządku - pogodził się z tym nadzwyczaj łatwo. - Kocham cię - szepnął po chwili, odnajdując zagubiony element układanki znanej również jako nasza rozmowa.
-Wiem, słoneczko, wiem. Ja też cię kocham.

✗ ✗ ✗

Tak więc witam was z ostatnim rozdziałem, w którym jak mniemam wyjaśniłam już wszystkie możliwe zagadki (jeśli nadal macie jakieś wątpliwości bądź coś pominęłam, piszcie śmiało, ponieważ teraz będę mogła tłumaczyć bez spojlerowania). Jeśli chodzi o epilog jest on tylko krótką formalnością, jednak na tyle ważną, że tym którzy przebrnęli przez całość radziłabym go nie pomijać, ponieważ wtedy czas poświęcony na czytanie tego opowiadania stałby się czasem zmarnowanym (tak tylko mówię, ponieważ moja przyjaciółka ma nawyk odpuszczania sobie epilogów i po prostu was przed tym uczulam). I co wy na to, żeby ostatnia część pojawiła się we wtorek, który jak mniemam jest dniem wolnym od szkoły?

17 komentarzy:

  1. Nie moge uwierzyc ze to ostatni rozdzial :( no ale coz wszystko ma swoj koniec :) cale opowiadanie bylo cudowne jak i twoja pozostala tworczosc! czekam na epilog x pozdrawiam /karolciasel

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale jak to "ostatni rozdział"? :c to było jedno z najlepszych ff jakie czytałam... taki uroczy Hazzuś i trochę zagubiony Lou <3 Pozostaje mi tylko czekać na epilog...
    pozdrawiam @inginiaxoxo x

    OdpowiedzUsuń
  3. rozryczalam sie. nie przez pieprzone wydarzenia, cale ff, ale to juz koniec i to straszne. moje zycie polega na czekaniu na to fanfiction i szkole, co ja bede teraz robic? :(
    @tajnypseudonim

    OdpowiedzUsuń
  4. Awww
    Juz sie pod koniec przestraszylam, ze Lou zostawi Jazze przed tym domem.
    Ale tak pieknie to wsxystko wymyslilas! Gratulacje :)
    Nie moge doczekac sie epilogu!
    I nie, niestety ja nie mam wolnego wtorku :/ Ale sobie sama pozwalam zostac w domu xd

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak to ostatni?? Mogłabym przeczytać jeszcze z dziesięć miliardów, bo kocham to opowiadanie!!! Brak mi słów, żeby opisać jak cholernie dobra jesteś w pisaniu i uważam, że powinnaś zostać pisarką. Czekam na epilog i płaczę, że to Twoje ostatnie opowiadanie :**

    OdpowiedzUsuń
  6. Boże to nie jest możliwe że "Mały Książę" się już kończy! Mimo że znalazłam ten blog jakieś 2 dni temu strasznie się z nim zżyłam<3
    Jestem pod wielkim wrażeniem, te wszystkie uczucia i to jest tak wszystko cudnie opisane (Wiem że to nie jest poprawnie gramatycznie ale jest po 23 i za dużo emocji jak na jeden dzień :D ) Więc chce ci tylko powiedzieć że odwaliłaś kawał dobrej roboty, no i... czekam niecierpliwie na epilog :(
    Do wtorku <3 xx

    OdpowiedzUsuń
  7. Jejuuu to ostatni rozdział,chyba będę płakać... Ten rozdział jest taki kochany omg, Gemma taka kochana i o boże serio rozczuliłaś mnie. Ulżyło mi kiedy Gemma powiedziła ze ojciec nie robił mu gorszych rzeczy od bicia.. to by było bardzo przytłaczające. Tak się cieszę że dotarli już do swojego celu ale moja druga strona jest strasznie smutna bo jeszcze tylko epilog i już się pożegnamy. Bo nie będziesz już pisła? Będę tęsknić,naprawdę omg ;-; czekam na epilog (omg niby tak niedawno pisałam "czekam na 1 rozdział ;-;) ily xx

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie mogę uwierzyć, że to koniec tego iopowiadania. Oczywiście przeczytam epilog. Będziesz pisać kolejne opowiadanie?

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak to możliwe, że tak bardzo przywiązałam się do fikcyjnych postaci? Chce mi się płakać a jednocześnie mam nadzieję, że to nie jest twoja ostatnia historia i może kiedyś napiszesz coś jeszcze. Rozdział mnie zmiażdżył, wszystkie anomalie i dziwności się wyjaśniły za co jestem ci cholernie wdzięczna, bo zaprzątały mi bez przerwy głowę.
    Bardzo dziękuję.
    @PolishCurls

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie wierze że to koniec opowiadania...tak bardzo sie przyzwyczaiłam do codziennego sprawdzania czy nie wstawiłaś nowego rozdziału, a to że to twój ostatni blog wcale nie pomaga.No cóż wszystko co dobre kiedys sie konczy czekam na prologa pozdrawiam~HungryKilljoys

    OdpowiedzUsuń
  11. Ostatni rozdział ?? Nie tylko nie to :'(To było jedno z najlepszych ff jakie czytałam nie licząc twoich poprzednich bo one również były cudowne :) Nie spodziewałam się takiego obrotu akcji ale bardzo fajnie to wymyslilas :) Cóż nie pozostaje mi nic innego jak czekać na epilog

    OdpowiedzUsuń
  12. Już się bała, że przez Harry'ego będą musieli zostać w Anglii... Ale na szczęście są wreszcie w tym wyczekiwanym przeze mnie Paryżu. I wszystko się powyjaśniało. I jest Gemma! I zazdrosny Lou (owww <3). Szkoda, że to Twoje ostatnie opowiadanie, bo piszesz genialnie, a całą Twoją twórczość czyta się z uwielbieniem. Po prostu cud miód i malina :D Czekam z utęsknieniem do wtorku na epilog!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  14. matko łamiesz mi serce kończąc to opowiadanie jest takie cudowne, strasznie się do niego przywiązałam i chyba będę płakać przy usuwaniu zakładki z nim a co do rozdziału to świetny był, tak jak cała reszta.. nie mogę pisać bo mi się płakać chce.. i dobrze, że napisałaś o epilogu bo też mam nawyk ich pomijania pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na epilog <3

    OdpowiedzUsuń
  15. Z całą pewności był to mój ulubiony ff o Larrym. Płakać mi się chcę, że już ta piękna historia dobiegła końca. Zapewne niedługo powrócę do niego i będę go czytała od początku, bo nie da się od niego odejść.

    OdpowiedzUsuń
  16. NIESAMOWITY!!!!
    Nie wiem co napisac naprawde...
    A ten moment gdy Lou myslal, ze Harry zawiozl go do swojej bylej >>>>>
    Harry jak zwykle byl wtedy mega slodki, jejku kocham go calym sercem naprawde!
    A teraz ide sie ciac w smutku, bo to ostatni rozdzial, moje zycie naprawde stracilo sens ;((((
    Ale najpierw przeczytam epilog xd

    OdpowiedzUsuń
  17. Jaki wspaniały rozdział! Piękny wręcz!

    OdpowiedzUsuń